wydawnictwo Amber

Ann Cleeves, Ukryta głębia


Niemal każdy zna literackie przedstawienie postaci stereotypowego detektywa – mężczyzna po przejściach, w wieku średnim, samotny, nadużywający alkoholu, żonaty z własną pracą. Nierzadko ścigają go demony z przeszłości. Mało w literaturze kryminalnej kobiet wpisujących się w ten schemat. Jeśli już kobiety prowadzą śledztwa, ich osoby są przeważnie obdarzone niepoślednią inteligencją i równie nieprzeciętną urodą. Detektyw Vera Stanhope jest natomiast postacią niemalże wyjątkową, bo unika tego wyświechtanego schematu. Powieści o jej dochodzeniach doczekały się ekranizacji, dzięki czemu możemy i my przeczytać te historie, wydawane przez wydawnictwo Amber. Uprzejmie donoszę, że warto.

Ann Cleeves, Ukryta głębia

Ann Cleeves, Ukryta głębia

Ukryta głębia wprowadza nas w ten specyficzny nastrój angielskiego prowincjonalnego życia, które toczy się leniwie i jakby od niechcenia. Tę egzystencję można chyba najtrafniej porównać do życia morza. Na powierzchni nie dzieje się wiele, a to, co istotne, ukrywa się w głębinach. Relacje między bohaterami tej książki są właśnie takie – złożone i skrywane. Autorka analizuje zbrodnię wpisaną w dość klasyczny w gruncie rzeczy schemat. W tym wypadku Vera przypomina najlepsze dochodzenia panny Marple. Rozmowy z ludźmi zamieszkującymi małą społeczność, odkrywanie kolejnych warstw powiązań i skrywanych tajemnic musi prowadzić do rozwikłania tajemniczej śmierci i ujęcia sprawcy. Cała istota popełniania – a także i odkrywania przecież – zbrodni opiera się najmocniej na psychologii, na empatii, na zrozumieniu pobudek postępowania innych.

Przywołałem tu miss Marple nie bez powodu. Ann Cleeves zdaje się postrzegać świat bardzo podobnie do swej wielkiej poprzedniczki, Agathy Christie. Autorka Ukrytej głębi zdaje się również uważać, że w małych społecznościach, gdzie ludzie przecież nie są anonimowymi mieszkańcami wielkich metropolii, wszystko odbywa się w dość tradycyjny sposób. Życie ma określone tory, podobnie ma się rzecz ze śmiercią, także tą gwałtowną i zadawaną przez innych Najczęściej zatem zabija ktoś bliski ofierze, najczęściej też motywami są pieniądze, zawiedzione uczucia, zazdrość lub zwykły przypadek. Dlatego też Vera Stanhope słucha uważnie, patrzy równie wnikliwie i zawsze znajduje sprawcę.

Wspomniałem już, że postać Very jest zupełnie nietypowa. Duża, mało pociągająca kobieta jest twarda niczym skała, a jednocześnie niesie w sobie głęboko ukrytą wrażliwość, jaką na ogół przypisuje się kobietom. Samotna i pogodzona właściwie z losem, sporo czasu poświęca na rozpamiętywanie swoich pogmatwanych relacji z ojcem – tyranem. Można się domyślać, że oprócz kolejnych spraw kryminalnych kolejne tomy serii przyniosą także odkrycie tajemnicy bądź tajemnic dawniejszego życia samej Very Stanhope. Jej twórczyni udało się nakreślić osobowość wyjątkową i zwyczajną zarazem. Wyjątkowa inteligencja, postura czy bezkompromisowość tworzą świetną całość ze zwyczajnym wpisywaniem się w policyjny stereotyp detektywa. Jeśli dodamy do tego wspomnianą kobiecość – kierowanie się emocjami i przeczuciami, ogromne współczucie dla ofiar i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, otrzymamy prostą odpowiedź na źródło fenomenalnej popularności książek Ann Cleeves. Jej bohaterka jest po prostu prawdziwa i tyle.

Kto lubi ten specyficzny rodzaj angielskiego kryminału prowincjonalnego – w rodzaju nie tylko starszej pani z powieści Agathy Christie ale także na przykład Morderstw w Midsomer, jak najszybciej powinien sięgnąć po powieści Ann Cleeves. Telewizyjny serial również wart jest polecenia. I tylko żal, że przygody nietuzinkowej pani detektyw poznajemy od części trzeciej. To już jednak wina wydawnictwa Amber, nie samej autorki przecież.

Reklamy

Åsa Schwartz, Arka zabójców


Kiedy czytam na okładce książki: „wybuchowa mieszanka Stiega Larssona i Dana Browna” nie spodziewam się wiele. Jakoś jest tak, że im słabsza książka tym więcej podpierania się autorytetami największych nazwisk. Zawartość zawsze okazuje się miałka i niewarta uwagi. Podobnie jest w przypadku Arki zabójców.

Åsa Schwartz, Arka zabójców

Åsa Schwartz, Arka zabójców

Kiedy Nova Barakel próbuje walczyć z efektem cieplarnianym pisząc obraźliwe hasła w mieszkaniach właścicieli firm zatruwających środowisko wpada w sam środek podwójnego morderstwa. W chwili, gdy ginie kolejny szef wielkiej firmy, sama staje się podejrzaną o popełnienie tych zbrodni. Wszak te nazwiska znajdują się na liście Novy i jej przyjaciół. Musi zatem uciekać przed sprawiedliwością, by uzyskać sprawiedliwość. Okaże się przy okazji, że zamieszana jest w to z powodów osobistych, o których nie ma pojęcia. Klucz do rozwikłania tajemnicy tkwi w Biblii.

Co ma wspólnego z Millenium Larssona? Niewiele, za wyjątkiem dwóch rzeczy. Po pierwsze główna bohaterka jest kobietą. I to właśnie kobietą odludkiem, kobietą odtrąconą przez rodzinę, kobietą niezwiązaną ze społeczeństwem. W tym podobna jest do Lisbeth Salander. Po drugie jest też kwestia społecznego zaangażowania. Książka jest napisana przeciw zmianom klimatycznym i to, niestety, widać. Piszę niestety, bo częste odniesienia do liczb i statystyk wplecione są w narrację bardzo słabo, poza tym nużą czytelników swoją powtarzalnością, mówiąc najczęściej o tym samym. Autorka przypomina tu ludzi, którzy tak są skoncentrowani na temacie ochrony środowiska, że nie potrafią mówić na inny temat. Osobiście nie uważam, żeby tak nachalne przedstawianie tych ważnych kwestii mogło jakoś pomóc sprawie. Wręcz odwrotnie – nudne wykłady raczej odstraszają.

Jeszcze mniej w powieści z Dana Browna. Jeśli ktoś sięga po książkę szukając tu tajemnic, dawnych kodów i szyfrów, to srodze się zawiedzie. Tajemnicy tu bowiem nie ma żadnej. Jest biblijny fragment o nefilimach, stworach w rodzaju upadłych aniołów, które żyją na ziemi. I tyle. Nie wiadomo dlaczego walczą z ludźmi, autorka nie zdecydowała się o tym powiadomić czytelników swojej powieści. Samo stwierdzenie, że chodzi o panowanie nad światem jakoś w ogóle nie przekonuje. Podobnie jak wątek poszukiwań Arki Noego, wpleciony na siłę i właściwie nie mający większego sensu. Użyty jest tu jako przyczyna samych wydarzeń, bo złe stwory chcą powstrzymać ludzkość przed znalezieniem artefaktu, ale w ogóle to się kupy nie trzyma.

Książka Schwartz jest po prostu słaba – konstrukcyjnie i fabularnie. Kto lubi takie ledwie sklecone opowiastki, może się skusić. Elementy najpopularniejszych obecnie książek wymieszane ze sobą bez ładu i składu na niektórych wszak robią wrażenie, wystarczy popatrzeć na szczyty list bestsellerów. Tym, którzy szukają choćby godziwej rozrywki, nieco ambitniejszej od sensacyjnych fabuł klasy B, polecam Arkę zabójców omijać szerokim łukiem.