sensacja

Jacek Piekara, Szubienicznik


Od dawna już nie czytałem jakichś powieści historycznych, skusiłem się na Jacka Piekarę. Mając w pamięci jego inne książki, nie spodziewałem się niczego wstrząsającego moim jestestwem, ale liczyłem na odrobinę dobrej zabawy. Nic z tego, w dwóch tomach „Szubienicznika” na próżno szukać jakiejkolwiek akcji. Przez 800 stron nie dzieje się właściwie nic.

Jacek Piekara, Szubienicznik

Jacek Piekara, Szubienicznik

Pomysł miał Piekara dość interesujący i mogło z tego wyjść coś ciekawego. Kryminał rozgrywający się głównie na płaszczyźnie psychologicznej wymaga jednak niebywałej precyzji w trzymaniu czytelników w napięciu. Tego brakuje tym książkom przede wszystkim. Zwroty akcji nie występują niemalże w ogóle, wszystko jest rozmyte i właściwie mocno, mocno przegadane.

Piekara trochę jakby zaczerpnął z tradycji gawęd szlacheckich i w tym poniósł największą porażkę. Wzorem swoich poprzedników nie uniknął rozgadania, nadmiernej ilości nic nie wnoszących do książki dygresji, ogólnego braku spójności wypowiedzi. Na dodatek autor postanowił nas edukować, więc dużo z tych dygresji będzie odnosiło się do polityki, obyczajów, języka, historii, bitew, religii itd. itp. Strasznie to nudne, bo nie tylko spowalnia akcję, ale często po prostu powtarza informacje, najczęściej banalne i oczywiste. Ileż to razy wspomniana jest staropolska gościnność, zamiłowanie szlachty do koni, swoiście pojęty patriotyzm szlachty czy kwestie religijne. Co prawda czyni to nieco subtelniej od łopatologicznych wykładów Komudy skierowanych do gimnazjalistów, ale pewien niesmak pozostaje. Czyta się to z coraz większą irytacją, z jakimś niejasnym przeczuciem, że właściwie autor nie ma wiele do powiedzenia i te wszystkie wykłady mają jedynie nadmuchać objętość książek.

Piekara warsztatowo sobie radzi nieźle, staropolska stylizacja mu wychodzi, nie męcząc nawet w narracji, gdzie zdania również noszą wyraźne ślady dawnej szlacheckiej gawędy. Niemniej jednak sam warsztat to jedynie część składowa książki, a tu próżno szukać ciekawych rozwiązań fabularnych.

Szubienicznik na pewno odwołuje się do tego nieszczęsnego rozumienia sarmatyzmu, jaki pozostał nam w spadku po sienkiewiczowskim widzeniu świata i Polski w XVII wieku. Jeśli było to potrzebne i dobre w wieku XIX, na pewno nie do końca odpowiada wiekowi XXI. Zajął się tym tematem świetnie prof. Czapliński, mogę tylko dodać, że fałszywy obraz ówczesnej Polski pokutuje do dziś właśnie w powieściach, bo ich odbiorcy wciąż jeszcze mają wrażenie, że życie ówczesne to wspaniałe życie szlacheckiego pana, pełne wojen, polowań i biesiad, bez większych trosk i zmartwień. W tym tkwi siła tych powieści, bo rzucają one urok na wszystkich tęskniących za wielkością naszego kraju. Kto chce wspominać czasy chwały, nie znajdzie w Szubieniczku ani grama nudy, bo żyć będzie w wymarzonym przez siebie świecie. Jeśli zaś ktoś nie szuka takiego akurat przeżycia, może sobie lekturę spokojnie darować.

Reklamy

Paweł Szlachetko, Ballada o kuternogach


Nie ma chyba w naszym kraju nikogo, kto nie znałby filmu Vabank, będącego niezwykle udanym połączeniem kryminalnej intrygi i dużej dawki humoru. Jeśli zatem komuś odpowiada akurat taki rodzaj, może odnaleźć bardzo podobny klimat w powieści o emerytowanych przestępcach z warszawskiej Pragi. Na pewno się nie zawiedzie, powieść Pawła Szlachetki doskonale wpisuje się ten rodzaj literatury.

Paweł Szlachetko Ballada o kuternogach

Paweł Szlachetko Ballada o kuternogach

Trójka panów w wieku emerytalnym – Mateusz, Krzywy i Tolo – wychodzi z więzienia po dwudziestu latach odsiadki. Zmęczeni życiem za kratami, postanawiają nigdy więcej nie wrócić do przestępczego życia. Jednak utrzymanie się z uczciwej pracy nie jest takie łatwe. Kiedy więc nadarza się okazja do zrobienia kolejnego skoku, nie namyślają się długo. Jakoś trzeba zabezpieczyć sobie starość. Aby to zrobić, będą musieli nie tylko przechytrzyć policję, ale i ubiec innych chętnych do zgarnięcia kilku milionów. Czy ich spryt jest w stanie zapewnić im zwycięstwo w nowych czasach, których nie do końca rozumieją?

Rozwój fabuły skłania do wspomnianego na wstępie nawiązania do filmu Juliusza Machulskiego. Trójka bohaterów powieści przypomina niemalże postaci, które znamy z filmowego ekranu. Każdy ma jakieś uzdolnienia, każdy jest istotny dla planu. Motyw odegrania się na policjancie Mogielnickim również jest niemal identyczny z zemstą po latach, obecną przecież w Vabanku. Podobnie jak i ogromne pokłady humoru, tak sytuacyjnego jak i w warstwie słownej. Wszystko razem tworzy umiejętnie złożoną całość, którą czyta się bardzo dobrze.

Poza oczywistym na pierwszy rzut oka nawiązaniem jest też w powieści obecne coś jeszcze. Kto zna książki Marka Nowakowskiego, opisujące półświatek powojennej Warszawy, zrozumie bez trudu. Autor powieści także należy do grona patrzących na dawnych przestępców z dużą dozą sympatii. Wyrazy tego przewijają się na wielu stronach książki. To szczególny rodzaj nostalgii za czasami, gdy nawet w przestępczej działalności obowiązywał swoistego rodzaju kodeks honorowy. Dzisiejsi gangsterzy są jedynie brutalni i pozbawieni wszelkich zasad. Dawna szemrana Praga staje się reliktem historii, mitem obecnym jedynie we wspomnieniach garstki wciąż żyjących jej przedstawicieli. Może jeszcze w starych piosenkach.

Wspólnym elementem z prozą Nowakowskiego jest również genialne wręcz wyczucie językowe Pawła Szlachetki. Kiedy czytamy dialogi, nie mamy wątpliwości co do faktu, że jesteśmy świadkami rozmowy żywych ludzi. Nawet jeżeli postaci są nieco przerysowane, w pewien sposób będące ucieleśnieniem archetypicznych przedstawień łotrzykowskich figur, to działają i mówią przekonywająco.

Nie bez znaczenia jest też fakt umiejscowienia akcji książki w latach dziewięćdziesiątych. Transformacja ustrojowa sprawiła, że runęły dawne zasady nie tylko w półświatku. Teraz każdy jest sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, kierowanym amerykańskim mitem o karierze od pucybuta do milionera. Mit ten nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością, w której świat nie potrzebuje już żadnych reguł, za wyjątkiem jednej. Bogacenie się za wszelką cenę to właśnie ta jedyna zasada. W nowym wspaniałym wolnym świecie przetrwają tylko jednostki najsilniejsze i pozbawione wszelkich hamulców.

Ballada o kuternogach to zatem dobra sensacja z elementami humoru. Ten humor często jest dość gorzki, ale nie zmienia to jego siły oddziaływania. Dzięki temu powieść Pawła Szlachetki nie tylko świetnie bawi, ale także zmusza do chwili refleksji nad otaczającym nas światem. Dlatego przeczytać trzeba koniecznie.

Robert Ziółkowski, Łowcy głów


Ostatnio poznęcałem się trochę nad książką byłego policjanta, co opisał życie naszych rodzimych „psów” w sposób tak płytki, że nie dało się tego czytać bez zażenowania. Dla zachowania duchowej równowagi polecam debiut Roberta Ziółkowskiego. Jego Łowcy głów to książka uczciwa. Po prostu.

Fabuła to rzecz prosta i jednocześnie intrygująca w swojej prostocie. Trzy różne opowieści, które łączy jedno – policyjne poszukiwania mordercy. Powieść policyjna Ziółkowskiego nie opiera się jednak na schematyzmie wymyślonym za biurkiem.

Robert Ziółkowski, Łowcy główy

Robert Ziółkowski, Łowcy głów

 Ziółkowski daje nam historie z życia wzięte, bez większych upiększeń mówiące o nas więcej, niż tomy psychologicznych analiz. Pierwsza opowieść to rzecz o tym, jak zazdrosny mąż szuka krwawej zemsty, a policjanci szukają jego. Niby nic wielkiego, zwykła policyjna robota i jej blaski i cienie, ale Ziółkowskiemu udaje się przedstawić to, czego nikt przed nim nie zrobił. Jego bohaterowie to nie tylko ludzie z krwi i kości, ale to przede wszystkim zwyczajni ludzie.

Druga, najobszerniejsza historia dwóch braci i dawnego morderstwa jest opowieścią o tym, jak łatwo przypadek decyduje o wszystkim, zmieniając nasze życie diametralnie. Dwóch zwykłych młodych ludzi musi uciekać, stosować przemoc, staje się nieczułymi zabójcami i bezwzględnymi zabójcami. Przypadek niczym z antycznej tragedii, w której tak naprawdę nie ma wygranych.

Ostatnia historia opowiada nie tylko o poszukiwaniu zbrodniarza, który morduje kilkuletniego chłopca. Jej główną historią jest reakcja jednego z policjantów, który tak się angażuje w sprawę, że chce po prostu zabić sprawcę. Ten cały proces opisany jest bez zbędnych ozdobników, bez wielkich teorii tłumaczących takie czy inne zachowanie. To po prostu opowieść o tym, jak łatwo w tej pracy się załamać, stać się kimś zupełnie innym w sposób zupełnie niezauważalny dla samego siebie. Stąd te wszystkie rozwody, rodzinne tragedie, nałogi.

Ziółkowski nie moralizuje, nie demonizuje, nie straszy. Pisze jak jest, ni mniej ni więcej. Jasne, że czasem robi to nieco nieporadnie językowo, bo niektóre zwroty rażą nieco gimnazjalnym natchnieniem, ale ma przy tym coś, czego nie mają autorzy sensacyjnych powieści. Autentyzm wzięty z życia na ulicy. Jeśli ktoś nie boi się stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, książkę Ziółkowskiego przeczytać musi.

Sensacyjny Wrocław


 Muszę szczerze przyznać, że mam problem z książkami Andrzeja Ziemiańskiego. Po objawieniu wręcz – nomen omen – fantastycznym w opowiadaniach takich jak choćby Waniliowe plantacje Wrocławia, nie najgorszej przecież trylogii Achaja czy dość dobrym kryminale wojennym Ucieczka z Festung Breslau, zdarzały mu się też wpadki w rodzaju Toy wars chociażby. Powieść najnowsza, Tuż za progiem grobu, lokuje się gdzieś pośrodku tego spektrum.

imagesFabuła książki nie jest zbyt skomplikowana, sprawia wrażenie zbudowanej na schematach znanych już z wielu innych tytułów. Kryminalna zagadka porwań bezdomnych we Wrocławiu prowadzi do odkrycia dużo głębszej i poważniejszej intrygi. Prywatny detektyw, który detektywem określać się nie chce, przy współpracy znajomego policjanta i utalentowanej współpracowniczki, dojdzie do prawdy bardzo szybko, bo dla niego nie ma spraw nierozwiązywalnych. Po drodze będzie jeszcze trochę różnych pobocznych wątków i mniej lub bardziej nieoczekiwanych zwrotów akcji, zaś w finale weźmie udział duża ilość trupów, jak na sensacyjną fabułę przystało.

Cechą gatunkową powieści sensacyjnej jest pewna schematyczność. Schemat to schemat, trzeba się go trzymać w mniejszym bądź większym stopniu. Ważne jest raczej to, co pomiędzy. I tutaj można znaleźć zarówno dobre jak i złe strony. Najpierw może te godne uwagi.

Plus pierwszy – Wrocław i okolice. Od niemal dwóch dekad stolica Dolnego Śląska pojawia się bardzo często w twórczości Ziemiańskiego. I bardzo dobrze, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Nie dlatego tylko, że sam jestem z tego miasta. Osadzenie własnych opowieści w mieście o tak pogmatwanej historii daje dużo klimatu książkom, uwiarygodniając w oczach czytelników niekiedy nieprawdopodobne przecież wydarzenia. Miasto też przywoływane jest jako pełnoprawny uczestnik wydarzeń, niemal jako żywy bohater. Na pewno pisarz robi niekiedy więcej dla promocji miasta niż magistracki dział PR. W sposób znacznie bardziej naturalny, dodajmy.

Plus drugi – dbałość o szczegóły. Ta cecha ma duży związek z tą wspomnianą wcześniej. Tu każde, nawet najdrobniejsze zdanie, jest kolejnym krokiem w budowaniu opowieści, która zajmie czytelnika. Oszczędne opisy, krótkie zdania je tworzące mają za zadanie przede wszystkim budować tempo rozwoju wydarzeń. Jednocześnie jednak nie dzieje się to kosztem tego, co można dopowiedzieć. W tej materii procentuje chyba biegłość Ziemiańskiego w posługiwaniu się krótką formą – opowiadaniem.

Były pochwały, czas na minusy. A właściwie jeden, ale za to poważny, bo rzutujący na całość książki. Wspomniany wcześniej schematyzm, a raczej niemożność jego przezwyciężenia w realizacji, jednak nieco razi, zwłaszcza w przedstawianiu głównych bohaterów. Każdy jest nakreślony wyraziście, to prawda. Ten wyraz jest jednak tak mocny, że prowadzi niemal do karykatury. Polski James Bond to jedno, ale towarzysząca mu polska Larę Croft to już przegięcie. W ogóle postaci kobiece u Ziemiańskiego muszą być nadludzkie – piękne, mądre, wykształcone, umiejące się bić i wierne swoim mężczyznom aż do masochistycznego niewolnictwa. Chodzący ideał to za mało na określenie tego, co wyszło spod pióra wrocławskiego pisarza. Być może to efekt wyobrażeń autora o tym, czego pragną mężczyźni.

Tuż za progiem grobu jest w ogóle książką swojego gatunku – sensacyjną opowieścią dla dużych chłopców. W tej kategorii odnajduje się świetnie. Jeśli ktoś zatem szuka tego rodzaju rozrywki, powieść Ziemiańskiego będzie w sam raz. Inni mogą sobie darować.

Jacek Rębacz „Zakopane:Sezon na samobójców”, „Zakopane:Pokój z widokiem na cmentarz”


Postanowiłem tym razem opisać te dwie książki razem, bo tworzą całość. Każda z książek opowiada swoją historię do końca, ale łączy je i miejsce akcji, zaznaczone w tytule, i postacie najważniejszych bohaterów.

Obie zostały wydane przez Niezależną Oficynę Wydawniczą NOWA w serii superNowa Sensacja, co tłumaczy potencjalnemu czytelnikowi wszystko. Mamy przed sobą literaturę, którą niektórzy nazywają „męską”. Nie mam zamiaru dociekać na ile to stwierdzenie jest uprawnione, jedynie chcę zwrócić uwagę na pewien stereotyp. Ale zostawiam to ocenie innym…                                  

Piotr Klucha, były oficer WSI, obecnie jest prywatnym detektywem w zimowej stolicy Polski. W tej pieknej miejscowości także zdarzają się zbrodnie, ktos zatem musi je wyjaśniać, prawda? Nie chcę tu oceniać prawdopodobieństwa opisywanych zdarzeń, wszak to nie są książki historyczne. Chciałbym jedynie przekazać moje własne odczucia po lekturze tych dwóch powieści. Mamy oto w obu częściach bardzo, bardzo szybką akcję, praktycznie co 2-3 strony następują coraz to bardziej intrygujące wydarzenia, co sprawia, że naprawdę trudno oderwać sie od lektury. Nie ma tu może psychologicznie rozwiniętych rysów psychiki bohaterów, ale też i nie o to chodzi czytelnikom sięgającym po powieści sensacyjne.

Styl Rębacza jest prosty, lecz w żadnym razie nie prostacki. To po prostu dobry rzemieślnik, tworzący w ramach przyjętego przez siebie stylu. I to należy zdecydowanie pochwalić, dzięki temu czyta się świetnie, ale nie ma też chamstwa i zbędnych wulgaryzmów. Autorowi z całą pewnością udało się uzyskać realistyczny obraz zakopiańskiej rzeczywistości, jakże znajomy mieszkańcom innych małych miasteczek.

Powieść jest pełna akcji, a szybkość wydarzeń podkreśla używanie przez Rębacza krótkich zdań. Dzięki temu nie ma ani chwili na zaczerpnięcie oddechu. Odłożenie raz rozpoczętej lektury niemalże niemożliwe. Proponuję zatem zarezerwować sobie czas i nie zaczynać późnym wieczorem, jeśli mamy wstać wcześnie rano następnego dnia.

Moim zdaniem największą zaletą obu powieści jest odtworzenie realnego życia w Zakopanym. Pisane z pozycji mieszkańca opowieści wplecione w tok wydarzeń rzucają światło w rejony niedostępne dla „ceprów” zjeżdżających do zimowej stolicy Polski. Dzięki temu zabiegowi autorowi udaje się uprawdopodobnić opisywane wydarzenia. Bo tak naprawdę podobnie dzieje się w wielu miejscowościach naszego kraju.

Wszystkie te elementy tworzą dobrą literaturę, którą czyta się jednym tchem. I zaostrza apetyt na ciąg dalszy.