retro kryminał

Tadeusz Cegielski, Tajemnica pułkownika Kowadły


Po bardzo ciekawym debiucie Cegielskiego na gruncie literatury kryminalnej czekałem na część drugą. Jak to jednak czasem bywa, rozbudzony apetyt nie zostaje do końca zaspokojony. Podobnie jest niestety z kontynuacją historii o przedwojennym policjancie w szeregach Milicji Obywatelskiej. Co wcale nie znaczy, że powieść jest słaba. Na gruncie rodzimych produkcji minionego roku wyróżnia się i tak dobrą jakością. A przecież z zalewu książek kryminalnych wyróżnić się nie jest wcale tak łatwo.

Tadeusz Cegielski Tajemnica pułkownika Kowadły

Tadeusz Cegielski Tajemnica pułkownika Kowadły

Tym razem major Wirski stoi przed poważnym zadaniem. W Warszawie działa gang rabujący banki, szybko zresztą przestępcy rozszerzają swoją działalność na inne miasta. W dodatku pojawiają się sprawy z przeszłości – dawny wróg, pułkownik Kowadło, nie zostawia majora w spokoju. Jeśli dodać do tego kilka tajemniczych zwłok w miejskiej kostnicy, można spodziewać się sporego bólu głowy. Na szczęście major to człowiek dawnego, przedwojennego chowu, który niejedną beznadziejną sprawę rozwiązał. Także i tym razem powinien sobie poradzić z rozwikłaniem tajemnicy pułkownika Kowadły.

Na pozór jest tu wszystko, czego można się było spodziewać. Dość interesująca intryga kryminalna to tylko jeden z elementów sukcesu poprzedniej powieści Cegielskiego. Nadal rozwijane wątki zmagań z nieco demonicznym pułkownikiem Kowadło przynoszą zaskakujące zwroty akcji, ale jednak czegoś im brakuje. Ledwo to uchwytne braki, ale miłośnicy powieści są i na takie rzeczy wyczuleni. Na pewno szkodzi książce zbytnie nagromadzenie wątków i wydarzeń, jest ich po prostu za dużo. Kilka napadów na bank, rozgrywka między dawnymi i obecnymi agentami bezpieki, podwójni agenci i szpiedzy działający na własną rękę tworzą barwną mozaikę, w której trudno się chwilami połapać, a finał pozostawia wrażenie niedosytu.

W powieściach rozgrywanych w historycznym kostiumie – a przecież lata 50. XX wieku do takich niewątpliwie należą – ogromną rolę odgrywa dobre przedstawienie czytelnikom realiów epoki. Po raz kolejny możemy się przekonać o starannej pieczołowitości autora w tym względzie. Nie ma co ukrywać – Warszawa tamtego okresu na pewno nie jest spowita ponurą stalinowską nocą. I nie chodzi tu nawet o odniesienia do słynnej odwilży politycznej i związanym z nią fermentem społecznym. Wręcz przeciwnie nawet. Stolica jest ukazana z perspektywy zwykłych ludzi, których omija historia pisana przez duże H. Oczywiście, nie brak subtelnych aluzji, ale nie ma ich znowu tak wiele. Cegielski bardziej dba o historię życia codziennego i czyni to bardzo udanie. Bal gałganiarzy, organizowany przez studentów, opisy nowych strojów czy tańców tworzą obraz kolorowej i tętniącej życiem Warszawy. Obok lub nawet na przekór istniejącej rzeczywistości.

Jest w powieści jeszcze jeden element, który czyni z niej lekturę obowiązkową dla wszystkich miłośników literatury kryminalnej. To historia klasyki gatunku, bo jeden z wątków dotyczy właśnie kolekcjonowania przez postaci rzadkich wydań powieści kryminalnych. Dzięki temu czytelnik może spróbować na własną rękę dotrzeć do wspominanych przez autora książek. Zrobić coś w rodzaju małego własnego śledztwa, bo dotarcie do niektórych łatwe na pewno nie będzie.

Cegielski napisał książkę dobrą, choć nie wybitną, słabszą niewątpliwie od debiutu. Niemniej jednak warto na pewno poznać perypetie majora Wirskiego, by na własną skonfrontować się z zapamiętanymi ze szkolnych lekcji historii obrazami Warszawy lat 50. Wnioski mogą być zadziwiające. A jeśli nawet nie będzie takich wniosków, czas lektury będzie czasem doskonałej rozrywki, co przecież nie jest zupełnie bez znaczenia.

Reklamy

Aneta Ponomarenko, Dom śmierci


XIX wieczny Kalisz po raz drugi. Tym razem mamy do czynienia już z książką w sumie znaną, bo sięgamy po kontynuację zachęceni pierwszą częścią. Dom śmierci jest w gruncie rzeczy udanym rozwinięciem. Czytelnik dostaje to, czego się spodziewał, choć pozostaje też pewien element zaskoczenia. Wszystko jest zatem w porządku. Trzęsienia ziemi co prawda nie ma, ale przecież trudno oczekiwać tego po małym polskim miasteczku.

Aneta Ponomarenko Dom śmierci

Aneta Ponomarenko Dom śmierci

W roku 1890 mijają dwa lata od wydarzeń opisanych w powieści Strażnik skarbu. Po raz kolejny Kalisz staje się miejscem, w którym pojawia się cały szereg zamordowanych osób. Na dodatek każdy z nich ginie w dość skomplikowany sposób. Radca Jezierski błądzi po omacku, próbując uchwycić choćby najmniejszy trop, który mógłby go doprowadzić do wykrycia sprawcy. Mijają dni, tygodnie, a on nie jest choćby o krok bliżej rozwiązania zagadki okoliczności śmierci kilku osób. Na szczęście do Kalisza powraca doktor Zaif, który chętnie pomoże przyjacielowi w śledztwie. A właściwie w dwóch śledztwach, bo miastem wstrząsa też porwanie córki jednego z miejskich rajców. Obie sprawy są skomplikowane, ale przecież nie beznadziejne. Obaj panowie na pewno będą w stanie znaleźć winnych.

Jak wcześniej wspomniałem, wszystko w tej jest na miejscu. Czytelnik bez trudu odnajdzie to, co pokochał w Strażniku skarbu. Historia miasta Kalisza? Proszę bardzo, jest nie tylko o samym mieście, ale także o ludziach z nim związanych, na czele z samym gubernatorem Daraganem. Co więcej, Dom śmierci jest pod tym względem nieco sprawniej napisany, wykłady historyczne nie tak częste i nużące, lepiej także osadzone w fabule. Zyskuje na tym czytelnik. Trochę tylko nie rozumiem rozmowy o Kubie Rozpruwaczu, zbędna jest dla fabuły zupełnie, a i nastroju chyba jednak nie buduje.

Najważniejszy w kryminale jest detektyw. Tutaj para Jezierski – Zaif jest naprawdę dopracowana już ostatecznie. Nikt nie ma wątpliwości, kto gra główne skrzypce przy szukaniu zbrodniarza. Doktor Zaif jest niezbędny, na początku powieści widać zresztą wyraźnie, że cała akcja ruszy dopiero po jego powrocie. Podoba mi się także – nie wiem na ile zamierzona – delikatna ironia w grze z dawnym schematem Conan Doyle’a. Pomocnik mądrzejszy od policjanta nie jest co prawda figurą w powieści kryminalnej nową, ale na gruncie polskim bardzo, bardzo rzadką. Tym ciekawsza lektura książki Anety Ponomarenko.

Zagadka tym razem chyba mniej udana, uważny czytelnik odgaduje ją na długo przed końcem powieści. Podobnie cała historia z porwaniem, tutaj także wszystko wydaje się być dość oczywiste od początku. Pod tym względem, niestety, Dom śmierci wydaje się być dużo mniej dopracowany. Można zresztą odnieść wrażenie, że i inny wątek, tak istotny w części pierwszej, czyli szukania żon przez obu panów, również jest dużo, dużo słabszy. Nie ma płomiennych miłości, nie ma też nawet wielu rozmów na ten temat. Nieco szkoda, bo jednak podobne sprawy uwiarygodniały bohaterów, ułatwiały też czytelnikowi identyfikację z nimi.

Mimo tych zastrzeżeń powieść Anety Ponomarenko ma pewną cechę, która sprawia, że lektura książki jest dużą przyjemnością. Tym czymś, co podnosi wartość Domu śmierci jest swoboda pisarska autorki. Dzięki jej językowi czytelnik ma wrażenie słuchania opowieści, a to jest bardzo rzadkie wśród rodzimych autorek i autorów nie tylko z kryminalno-sensacyjnego poletka. Kto nie wierzy, powinien przekonać się sam. Być może odkryje dla siebie to samo, co mnie urzekło w książkach o dawnym Kaliszu.

Aneta Ponomarenko, Strażnik skarbu


Trudna jest być dziś miłośnikiem retro kryminałów. Jest ich tyle, że jakość dawno przeszła w ilość i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. Zwłaszcza, że modę wspierają działy promocji miast i miasteczek, chwalący się historią i zabytkami swych miejscowości. Intryga kryminalna w takich powieściach często napisana jest według podręcznika pisania powieści kryminalnych sprzed wieku, a wykonanie na poziomie średnio rozgarniętego gimnazjalisty z zacięciem literackim. Wszystko to sprawia, że ryzyko wydobycia czegoś wartego uwagi z potoku takich powieścideł równa się często próbie obrabowania dobrze strzeżonego banku. Małe szanse na powodzenie i spędzenie udanego czasu z wyniesionym z księgarni łupem. W przypadku Strażnika skarbu Anety Ponomarenko rezultat poszukiwań nie wypada tak źle.

Aneta Ponomarenko, Strażnik skarbu

Aneta Ponomarenko, Strażnik skarbu

Kalisz w 1888 roku to małe miasteczko, w którym niewiele się dzieje. Spokojnie i cicho mijają dni, policjanci niewiele mają do roboty. Kiedy przyjeżdża tu agent specjalny carskiej policji, wydaje mu się, że jego służba upłynie na dość rutynowych zadaniach. Szybko okazuje się, że seria zgonów – o jakiej jeszcze Kalisz nie słyszał – zrewiduje jego poglądy. Tym bardziej, że zbrodniarz jest niezwykle przebiegły, nie zostawia śladów ani świadków swojej działalności. Agent Jezierski będzie musiał skorzystać z pomocy młodego doktora Zaifa, by rozwikłać zagadkę i ująć sprawcę.

Początek książki wywołał moją podejrzliwość. Oto już na drugiej stronie stróż miejski snuje rozmyślania o historii kaliskich teatrów. Obawiać się zacząłem mocno, że mam do czynienia z kolejną nieudaną próbą napisania ciekawego kryminału w historycznym kostiumie. Nudne i wkładane w co drugą stronę przewodnikowe opisy są częstą zmorą tego typu literatury. Na szczęście Ponomarenko oszczędza czytelnikowi takich wynurzeń, co nie znaczy, że mało tu historii. Można się sporo dowiedzieć, najczęściej jednak jakoś ma to związek z tym, co w powieści się dzieje. Nie przekonuje jakoś wątek masoński, ale całość jest na tyle strawna, że po lekturze nie boli brzuch.

Bardzo mi się podobał inny zabieg autorki. Oto wielki i znany detektyw policjant jest głupszy od swego pomocnika doktora. To posunięcie zaliczam do bardzo udanych, dzięki temu książka zyskuje i humoru i pewnego rodzaju wiarygodności. Przy okazji możemy też prześledzić historię nowoczesnej kryminalistyki, bo pan doktor zaczyna zbierać odciski palców przestępców, pojawiają się też fotografie miejsca zbrodni i telefon.

W gruncie rzeczy książka Ponomarenko arcydziełem nie jest, wszystkie wspomniane przeze mnie elementy każdy wielbiciel retro zbrodni na pewno zna z innych powieści. Jednocześnie trzeba uczciwie przyznać, że w swojej konwencji autorka odnalazła się dość dobrze i jej książka się czyta sama. A nawet budzi apetyt na więcej. Przynajmniej u mnie.