reportaż

Jolanta Jasińska-Mrukot, Historie z palca niewyssane


Książka przyciągnęła mój wzrok podtytułem. Brzmi on następująco: Reportaże społeczne. Odnoszę wrażenie, że ostatnia moda na reportaż skierowała go w inną stronę. Szeroka publiczność zdaje się niechętnie czytać o polskiej niedoli, bardziej interesujące wydają się być mniej lub bardziej odległe wojny, kataklizmy, opisy życia w ekstremalnych warunkach gdzieś na końcu świata. Bieda, tragedia, choroba z tej samej ulicy czy nawet sąsiedniego miasta atrakcyjna nie jest, widać ją na co dzień i od święta. (więcej…)

Reklamy

Swietłana Aleksijewicz, Ostatni świadkowie


Parady wojskowych, teksty piosenek w rodzaju „jak to na wojence ładnie”, a także legenda polskiego rycerstwa i waleczności sprawiają, że często zapominamy o okropieństwach wojny, o tym co w niej najstraszniejsze i najgorsze. Swietłana Aleksijewicz, białoruska pisarka i dziennikarka, dba o to, byśmy tę  pamięć ocalili. W swojej wcześniejszej książce zatytułowanej Wojna nie ma nic z kobiety opowiadała o wojennych historiach kobiet, przywołując tak często zupełnie pomijane obrazy działań militarnych z udziałem pań. Tym razem przyszła pora na wspomnienia dzieci. Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy to wstrząsający zapis ludzi, którzy przeżyli II wojnę światową w wieku kilku bądź kilkunastu lat.

Swietłana Aleksijewicz, Ostatni świadkowie

Swietłana Aleksijewicz, Ostatni świadkowie

Pomysł autorki na książkę jest prosty, ale ta prostota jest jej siłą. Aleksijewicz przeprowadziła kilkaset wywiadów z dorosłymi już mieszkańcami Białorusi na temat tego, jak zapamiętali lata 1941-1944, lata niemieckiej okupacji tych terenów. Wywołała tym samym w swoich rozmówcach duchy przeszłości, z którymi niektórzy z nich nie poradzili sobie przez całe życie. Bohaterowie książki mówią: „już nie chcę, nie mogę o tym mówić, po co wspominać?” lub nawet „nie mogę, chce mi się płakać”. Zrozumiałe to przecież emocje u kogoś, kto przywołuje dzień, w którym najpierw cudem ucieka z matką i siostrą z konwoju idącego na rozstrzelanie w białoruskich lasach, a następnego dnia chowa własną matkę przy pomocy swojej babci. Pełno zresztą takich scen – osierocenie, błąkanie się po wsiach lub lasach, głód, zimno, wszy i śmierć dookoła. Wiele z przedstawionych historii zawiera opisy lęków i strachów, które minęły lata po wojnie lub nawet zostały na zawsze w tych ludziach.

W książce przewija się kilka podstawowych wątków, jednoczących niejako losy osób, których dzieciństwo przypadło na czas niemieckiej okupacji. Przede wszystkim głód, on towarzyszy wszystkim i zawsze, przez trzy lata wojny. Dla mnie najbardziej wstrząsająca była scena jedzenia jednego jajka na trzy osoby, ale takich wspomnień jest naprawdę sporo. Zaraz obok głodu stoi samotność, sieroctwo, brak bliskich. Jedne z dzieci zostają gdzieś przygarnięte przez instytucje (domy dziecka), inne znajdują schronienie u obcych ludziach na wsiach, jeszcze inne zostały na początku wojny wywiezione na Daleki Wschód. Są też i wspomnienia wywiezionych przez Niemców, do obozów koncentracyjnych lub w pobliże wojskowych szpitali, gdzie służyły jako magazyny krwi dla niemieckich kuracjuszy. Ówcześnie w Niemczech sądzono, że krew dzieci do lat pięciu znacznie przyśpiesza proces rekonwalescencji rannych żołnierzy, zatem korzystano z tych porywanych na wschodzie.

Są w Ostatnich świadkach opisy straconych lat, spędzonych z dala od szkoły i rodzinnego, szczęśliwego domu. Lata wojny to dla wielu przede wszystkim czas wytężonej pracy w fabryce lub na roli, na równi z dorosłymi, bez możliwości kontynuowania nauki. Przeczytamy także i o „dzieciach pułku”, czyli kilkunastoletnich chłopcach, którzy większość wojny spędzili w oddziałach wojskowych, tych partyzanckich i tych będących częścią regularnego wojska.

Książkę czyta się trudno, z każdą stroną coraz bardziej i bardziej. W pewnym momencie jej lektura zaczyna czytelnika po prostu uwierać.  Ten wyraźnie odczuwany dyskomfort nie jest powodowany samym faktem przesycenia wyobraźni odbiorcy okropieństwami wojny. Jest w tym zbiorze dziesiątek – a może nawet i setek – głosów coś odrobinę niepokojąco fałszywego. Wydaje się, że autorka sama w pewien sposób nie potrafiła unieść tej dziecięcej traumy, o której tak wiele usłyszała podczas zbierania materiałów do książki. W efekcie jej wybory, sposób prezentacji każdej wypowiedzi zaczynają układać się w zlepek tych samych, powtarzanych bez końca fraz, ułożonych w coraz bardziej jednostajnie brzmiący głos. Wszystkie historie zaczynają się do siebie upodabniać, co odbiera im siłę wyrazu, tak zdecydowanie wstrząsającą odbiorcą na początku lektury. Być może zaś jest i tak, że po prostu nie jesteśmy w stanie przyswoić więcej cierpienia, że nasz umysł ma pewną pojemność, poza którą rzeczywiste ofiary zamieniają się w statystyczne liczby.

Ostatni świadkowie. Utwory solowe rozpisane na głos dziecięcy są – mimo wspomnianego wyżej schematyzmu – książką niezwykłą, wartą uważnej lektury. Powinniśmy ją czytać i o niej rozmawiać przede wszystkim dziś, gdy coraz bliżej naszych granic toczy się wojna. Być może nie jesteśmy w stanie jej powstrzymać, ale za to będziemy mocniej próbować.

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie kanapa.it

Po co czytamy literaturę faktu?


To jest fakt. Na każdej liście bestsellerów coraz więcej książek z etykietką „literatura faktu”. Czytamy reportaże z wojen, podróży, popegeerowskich wiosek, a nawet z obserwacji uczestniczących, na przykład w fabrykach. Rzucamy się na biografie, autobiografie i niby-biografie, szukając… No właśnie, czego?

Co daje nam czytanie o wojnie w Czeczeni czy somalijskich rzeziach? Poczucie bezpieczeństwa we własnym fotelu/łóżku? Okropności przecież dzieją się gdzieś tam, daleko, a my możemy docenić fakt, że mimo wszystkich wad naszego kraju, jakoś w nim jednak żyjemy bez codziennego zagrożenia życia. Niby małe, a cieszy.

Czytamy tę literaturę podobno przede wszystkim po to, by dowiedzieć się czegoś o świecie. Wierzymy, że skoro opiera się na faktach, to jest prawdą. Poniekąd tak jest, ale tylko poniekąd. Policjanci, prokuratorzy i historycy zajmujący się oral history wiedzą doskonale, że nie ma gorszego świadka niż świadek naoczny. Często zeznania trzech osób wykluczają się wzajemnie! A i zapamiętane rzeczy zupełnie inaczej potrafią ułożyć się w głowach. Podobnie jest z autorami i autorkami reporterskich relacji. Dostajemy ich własną narrację, którą stworzyli sobie będąc na miejscu czy rozmawiając z ludźmi, może prowadząc własne notatki. Wszystko to jednak jest jedynie próbą opisania rzeczywistości, o czym warto pamiętać.

W literaturze faktu zdaje się pociągać nas prostota przekazu. O wiele trudniej przedzierać się przez gąszcze liter postawionych w wybitnej powieści. Proza wymaga od nas większego zaangażowania, prób zrozumienia znaczeń i kodów pozostawionych przez tego, kto stawiał znaki. Moglibyśmy spróbować zrozumieć świat za pomocą nieco bardziej wyszukanego języka, niecodziennych sytuacji, być może jakichś przeżyć wewnętrznych bohaterów. Większość woli jednakże proste rozwiązania, w których obrazy pojawią się same. Wszak drastyczny opis żołnierskich gwałtów i mordów jest taki sugestywny…

Wydaje mi się, że to wszystko każdy doskonale wie. Pociąga nas jednak patrzenie na innych, swoistego rodzaju podglądanie, które inni realizują oglądając „dokumentalne” seriale. Tak samo szukamy kogoś i czegoś odmiennego od naszej codzienności, czynimy to jedynie w różny sposób. Nie ma w tym nic złego, lepiej jednak zdawać sobie sprawę z istoty rzeczy. Podobnie jak zdałem sobie ją ja, w tych krótkich przerwach między lekturą kolejnych reporterskich książek.

Cena raju


Jennie Dielemans, Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym

pobraneJest taki mem internetowy, który głosi: Nieważne, dokąd pojedziecie, wszystkie pamiątki będą MADE IN CHINA. Podobne wrażenie można odnieść przeglądając foldery biur podróży. Białe ściany hotelu, palmy, basen, złoty piasek i lazurowe morze w tle. Gdziekolwiek nie pojedziemy, widok będzie taki sam. Przynajmniej ten, który zobaczymy my, turyści. Jednakowe hotele z jednakowo uprzejmą obsługą i jednakowymi basenami. Te same – nawet jeśli w różnych częściach świata – wycieczki fakultatywne i wieczory poświęcone czemuś, co ma nam dać próbkę lokalnej kultury. Wszystko allinclusive. I w promocyjnej ofercie last minute.

Książka Witajcie w raju próbuje rzucić światło na drugą stronę medalu, o której z reguły zapominamy, wchodząc do biur podróży po to, by obejrzeć zdjęcia „rajskich” plaż. Nie wiemy – lub nie chcemy wiedzieć – o realnych kosztach naszego wypoczynku. Za naszą przyjemność korzystania z plaży płacą lokalni mieszkańcy, którym zabrania się wstępu, by nie psuli swoim widokiem folderowego obrazka. Owszem, część z nich w zamian dostaje pracę w przemyśle turystycznym, ale nie to jest przecież żadne zadośćuczynienie. W poszukiwaniu wciąż nowych miejsc rozbudowuje się istniejące ośrodki w turystyczne molochy, pełne hoteli i ich otoczenia bez żadnego planu poszanowania natury czy lokalnych społeczności. Liczy się bowiem tylko zysk, jak największa stopa zwrotu inwestycji. No i oczywiście pośpiech, bo to, co jest modne dziś, jutro może być już dawno przebrzmiałą atrakcją. Wówczas pozostanie jedynie wykreować nowe modne miejsca letniego wypoczynku, pozostawiając za sobą hotele widma i zdegradowaną przyrodę.

Książka to gorzkie oskarżenie nas samych. Konsumpcjonizm, w jaki daliśmy się wtłoczyć, nakazuje nam brać i pożądać jeszcze więcej, bez żadnej refleksji o tym, że przecież nie ma nic za darmo na tym najlepszym ze światów. Lektura Dielemans na pewno nie zmusi nas do natychmiastowej zmiany przyzwyczajeń, ale może choć na chwilę potrafi nas zatrzymać i sprawić, byśmy innymi oczyma spojrzeli na kolorowe raje rodem z folderów biur podróży.