recenzje książkowe

Paulina Codogoni, Rok 1956


Pamiętacie „czarny czwartek”? Większość ludzi doskonale wie, że było to w roku 1970 na Wybrzeżu, tę wiedzę przekazał przecież film sprzed kilku lat. Prawda jest jednak nieco inna – pierwszy polski „czarny czwartek” wydarzył się 28 czerwca 1956 roku w Poznaniu. Poczytać możecie o tym w książce Pauliny Codogoni Rok 1956, wydana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Pouczająca to lektura nie tylko dlatego, że obnaża pewien mit. (więcej…)

Reklamy

Marian Pilot, Pióropusz


 Podróż do wnętrza pisarza

Pióropusz książką niezmiernie ważną jest, jak głoszą wielkie autorytety naszego życia literackiego. Zgodzić się czy się nie zgodzić z tą obiegową opinią, oto jest kwestia zasadnicza. Nie raz już bywało tak, że opinie krytyków i znawców zupełnie nie pokrywały się z tym, co w książce odnaleźli czytelnicy. Co można zatem znaleźć w książce Mariana Pilota?

pobrane (1)To książka mówiąca przede wszystkim o dorastaniu. Dorastaniu w trudnych warunkach powojennych, na wielkopolskiej wsi, która znalazła się po raz kolejny w granicach polskiego państwa. Wynikające z tego faktu skutki dotykają wszystkich, tak narratora i jego rodzinę, jak i resztę jego otoczenia. Sprawiają, że świat konstruuje się na nowo, nie tylko w sferze osobistej, ale także szerszej, powszechnej, dotykającą swą istotą każdego. Pióropusz jest próbą uchwycenia tego wszystkiego. To detaliczny, nierzadko brutalny zapis wydarzeń kilku lat życia bohatera-narratora, opowiedziany przy tym językiem trudnym i dość specyficznym. Niełatwa w odbiorze opowieść w miarę swojego rozwoju stanie się jednak coraz bardziej klarowna, by przywieść czytelnika do końcowej konkluzji, z jaką książka pozostawia jeszcze długo. Wszystkie bowiem elementy są konieczne dla zrozumienia jej istoty.

Świat widziany z perspektywy chłopca, pochodzącego z rodziny egzystującej niejako na marginesie wiejskiego życia, nie jest miejscem przyjaznym. Każdy dzień jest właściwie walką. Szkoła i sąsiedzi próbują wtłoczyć bohatera w koleiny normalności, tak jak ona jest postrzegana. Zmiany, zachodzące dookoła nie pomagają w tym procesie, bo szybko okazuje się, że sami dorośli nie są w stanie za nimi nadążyć, a jedność dotychczas znanego świata, doskonałego w swej osobności, rozbijana jest przez skutki wojny, czyli nową, ludową władzę i pojawienie się zabużańskich repatriantów, o zupełnie innym stylu życia. Odnalezienie się w tym wszystkim kilkunastoletniego chłopca nie jest łatwe, a droga do zrozumienia i świata i samego siebie długa i pełna cierpienia.

To także opowieść o dojrzewaniu do życiowego powołania, jakim jest pisarstwo. Z przymusu, wynikającego z obowiązku szkolnego i trudnej sytuacji życiowej, młody chłopak dostrzega pewne zmiany, które się w nim samym dokonały na tyle, że właściwie już dojrzał. Jest w stanie pisać, choć nie jest to ani łatwe ani przyjemne. Godziny spędzane nad zapisywaniem kolejnych kartek papieru jawią się jako niekończąca się tortura, z której nigdy po prostu nie ma wyzwolenia. Dopiero upływ czasu sprawi, że będzie mógł przewartościować swój sposób myślenia. Ten moment inicjacji wreszcie nadchodzi. Świetnie opisana scena założenia okularów przypomina o tym, że dopiero wówczas, gdy zrozumiemy rzeczywistość, będziemy w stanie ją opisać. Zrozumienie to nie jest procesem łatwym i przyjemnym, składa się bowiem z wielu ciężkich i wyczerpujących prób, z wielu uczuć zniechęcenia i rozczarowania, których koniec zwieńczony sukcesem jawi się jako cel osiągalny.

Wreszcie jest to powieść o języku. Wiąże się z pisarstwem, bo przecież pisarstwo jest pracą wykorzystującą język jako tworzywo, które formowane w odpowiedni sposób odda to, co twórca chce przekazać swoim odbiorcom. Język jest żywy, to dość banalne stwierdzenie, ale tym prawdziwsze w chwili, gdy chcemy je przełożyć na martwe znaki liter, zaczerniające papier. Jeśli zatem opowieść ma być przekonująca i działająca na czytelnika, musi być stworzona z odpowiednich słów. Zbyt często zapominamy o tym, zwłaszcza w odniesieniu do prozy. A przecież cała literatura wzięła się z opowiadanych historii, z żywego języka właśnie. Marian Pilot przywraca tę świadomość, ani na chwilę nie pozwalając zapomnieć o tym, czym pisarstwo jest w swojej istocie. Jak sam to określa, pisarz jest „złodziejem”, kradnącym innym ich język. Ze starannej obserwacji rzeczywistości i przebiegu procesu własnego pisarskiego dojrzewania wysnuwa wniosek, że bez owego „podkradania” słów, zwrotów, sposobu mówienia innych ludzi, pisarz nie może tworzyć. Oczywiście, nie jest to w żaden sposób umniejszanie roli twórcy, raczej konstatacja pewnej prawdy, obowiązującej właściwie z taką samą siłą jak prawa natury.

Dotąd mówiliśmy o sprawach osobistych, jednostkowych. Nie należy jednak sądzić, że jedynie do nich ogranicza się Pilot. Jego książka bowiem jest jednocześnie czymś więcej. To niezwykle udany zapis pewnego okresu życia ściśle określonej społeczności, ograniczonej terytorialnie i chronologicznie do pewnych ram, które nadają konkretny kształt całości. Rozpatrywany pod tym kątem Pióropusz stanowi bardzo wyraźne zapis dotyczący regionalnej, małej ojczyzny, która na zawsze już pozostawia ślad we wszystkich poczynaniach dorosłego już bohatera. Być może to dziedzictwo trudne i z całą pewnością obciążające, ale niemniej wciąż istotne. Co więcej, zerwanie z nim oznaczałoby katastrofę, jaką byłoby odrzucenie swojej osoby jako pisarza. Pilot wybrał jednak swój zawód i, związany z nim na dobre i na złe, nie zamierza wycofywać się z obranej niegdyś ścieżki. Dla nas, czytelników, to pocieszająca wiadomość. Oznacza bowiem, że jeszcze nie raz będziemy mogli stanąć przed możliwością poznania rzeczywistości na co dzień ukrytej przed naszymi oczyma.

Wiktoriańska nuda


Anne Perry, Śmierć we fiolecie

pogrzeb_we_fiolecie_IMAGE1_233459_jpg_2Książki kryminalne rozgrywane w wiktoriańskiej Anglii mają ogromne wzięcie na całym świecie. Skojarzenia z Sherlockiem Holmesem i Kubą Rozpruwaczem, wszechobecna mgła i piękna architektura zdają się sprzedawać większość z tego rodzaju powieści. Nie wszystkie jednak na to zasługują.

Śmierć we fiolecie rozczarowała mnie mocno. W tej książce dzieje się tak niewiele, że właściwie zamiast ponad 350 stron mogłaby liczyć trzy setki mniej. Byłoby to z ogromnym pożytkiem dla czytelnika. Rzadziej zapadałby w sen po prostu.

Intryga jest, jak na powieść kryminalną, właściwie żadna. W atelier malarskim zostają zabite dwie kobiety. Jedna z nich była modelką malarza, co w ówczesnym świecie sytuowało ją bardzo nisko. Drugą z ofiar była dama z towarzystwa, córka kandydata do parlamentu. Wyjaśnienie tej sprawy musi zatem nastąpić szybko, a przy okazji może się okazać, że prawda nie wszystkim będzie na rękę. W gruncie rzeczy to wszystko już było, to wszystko już skądś znamy. Każdy, kto przeczytał kilkadziesiąt kryminałów, bez trudu będzie poruszał się pomiędzy rozsianymi przez autorkę poszlakami i odgadnie mordercę na długo przed detektywem. Zwłaszcza, że William Monk nie należy do najbystrzejszych umysłów.

Najwięcej w książce zajmują przemyślenia bohaterów. Są tak trywialne, że muszą budzić nie tylko znudzenie, ale także wręcz zażenowanie czytelnika. Wielokrotnie wspominanie utraty więzów rodzinnych między różnymi osobami prowadzi do konkluzji o potrzebie pielęgnacji związków. Nieustannie przewijają się też wątki uczuciowe, tak w relacjach damsko-męskich, jak i rodzinnych właśnie. Wszystkie okraszone są prawdami rodem z popularnych poradników psychologicznych. Takich cudownie „odkrywczych” prawd znajdziemy w książce dużo więcej. Podobnie jak krytykę epoki wiktoriańskiej ze względu na sztywne prawa – pisane i niepisane pospołu – dotyczące kobiet.

Książkę można polecić miłośnikom powieści obyczajowych raczej niż kryminalnych. Jeśli ktoś poszukuje ciekawej intrygi i krwawej zbrodni, Pogrzeb we fiolecie powinien omijać szerokim łukiem.

Kat czy ofiara?


Jelena Prudnikowa, Śmiertelne żądło Berii.

Ławrientji Beria. To nazwisko budziło przez lata grozę nie tylko w Związku Radzieckim. Podobno Józef Stalin nazwał go kiedyś „radzieckim Himmlerem”. I zapewne nie chodziło tylko o zewnętrzne podobieństwo z powodu noszenia takich samych okrągłych binokli jak szef SS. Czy jednak możliwe jest, że większość zbrodni, jakie się przypisuje Berii jest wymysłem wrogiej propagandy ekipy Chruszczowa? Książka Jeleny Prudnikowej nie udziela odpowiedzi wprost, jednak na pewno burzy utrwalony stereotyp czerwonego kata, jednego z następców Dzierżyńskiego.a

Prudnikowa napisała literacko bardzo dobrą książkę, którą czyta się świetnie. To przede wszystkim powieść o brutalnej grze o władzę na samym szczycie. Dobrym chwytem jest umieszczenie w powieści młodego majora, który odkrywa dla siebie wciąż nowe tajemnice czerwonych władców Kremla. Im więcej wie, tym bardziej pogmatwany jest obraz, jaki wyłania się z zebranych faktów. Nowy przywódca Chruszczow nie wydaje się już taki nieskazitelny, więziony za zdradę Beria nabiera cech niewinnego człowieka. W tle rozgrywa się brutalna walka o władzę. Aby zrozumieć niektóre posunięcia, trzeba niejednokrotnie cofnąć się w czasie – do masowego terroru lat trzydziestych lub nawet do samej rewolucji.

Autorka przy pisaniu korzystała z wielu nowych źródeł historycznych, w książce znajdują się przypisy tłumaczące niektóre tezy. Dobrze, że tak robi, bo postać Berii w jej książce poraża swoją anielskością. Wrażliwy człowiek, który nie chciał być czekistą ale architektem, tak naprawdę chciał pokoju światowego i dobra imperium. Obrazek momentami tak słodki, że aż mdli. Niemniej jednak ciekawy jako przykład pisania historii w cieniu Kremla, próbującego od paru lat odnaleźć drogę do potęgi z czasów Stalina.

Na pewno Śmiertelne żądło Berii warto przeczytać, ale trzeba przy tym pamiętać o podstawowych faktach. Znajomość historii na pewno pomoże w śledzeniu skomplikowanych pałacowych intryg. A są one naprawdę ciekawie i z detalami opisane, jak choćby plan rozbicia ZSRR za pomocą porozumienia Rosji, Białorusi i Ukrainy albo pomysłów utworzenia odrębnej rosyjskiej partii komunistycznej, co również rozbiłoby sztuczne imperium. Kto pamięta posunięcia Borysa Jelcyna, na pewno zrozumie liczne analogie.

Przepisywanie historii jest ostatnio modne. W ten nurt wpisuje się także książka Prudnikowej. Dla wszystkich zainteresowanych tego typu literaturą, pozycja obowiązkowa. Czyta się to dobrze, a i umysł można pogimnastykować przy okazji. Niebanalna rozrywka w dobrym wydaniu.

Nadbałtyckie zbrodnie


Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski, Sierpniowe kumaki

sierpniowe-kumaki-b-iext8642696Jakoś tak się utarło w powszechnej świadomości, że kryminały uważane są za lekturę wakacyjną. To na urlopie właśnie można poczytać sobie coś lekkiego i niezobowiązującego, będącego odskocznią od codziennego życia. Para autorów postanowiła zatem napisać książkę, która nie tylko będzie wakacyjną rozrywką, ale za tło powieści wzięła ostatni tydzień wakacji nad Bałtykiem. Ściślej rzecz ujmując, fala zbrodni rozbije się na Helu. Sprawę zaś rozwikła inspektor ze Śląska.

Historia rozpoczyna się banalnie. Jeden ze śląskich policjantów postanawia spędzić urlop nad polskim morzem, konkretnie w okolicach Półwyspu Helskiego. Wyrusza na urlop samotnie, z nudów zaczyna się przyglądać otoczeniu. Jego uwagę przyciąga dziwnie zachowująca się młoda kobieta. Postanawia ją śledzić i w efekcie zostaje oskarżony o morderstwo. Aby wyjaśnić sytuację potrzebny jest jego przełożony. Nadkomisarz Edmund Polański po raz kolejny udowodni, że w pełni zasłużył na miano jednego z najlepszych śledczych w kraju. Rozwikła skomplikowaną i zawiłą zagadkę, której elementami będą ekolodzy chroniący przyrodę, rybacy walczący z ekologami, miejscowi biznesmeni powiązani dziwnymi układami z władzą i stołeczni gangsterzy. A wszystko to przyjdzie mu czynić w bardzo napiętej atmosferze rodzinnej.

Książka wydaje się posiadać wszystkie elementy potrzebne do stania się rasową przedstawicielką swego rodzaju. Niestety, w kilku miejscach jednak szwankuje i zaczyna razić stereotypami rozciągniętymi ponad miarę. W efekcie żarty stają się nieśmieszne, a cała akcja przewidywalna. A przecież czytamy literaturę kryminalną dla bycia zaskakiwanymi raczej.

Niemniej Sierpniowe kumaki w pełni zasługują na swój tytuł. Ot, wakacyjna lektura, w sam raz na sierpniowy urlop nad polskim morzem.