recenzja

PM Nowak, Ani żadnej rzeczy


Co przychodzi nam na myśl, kiedy widzimy gdzieś na półce etykietkę „kryminał klasyczny”? W naszej głowie pojawiają się niemal natychmiast dawne angielskie dwory, detektywi posługujących się jedynie własnym umysłem, fabuła rozpisana na kilka podstawowych wariacji, w której najważniejsze będzie obalenie niepodważalnego alibi. Czy można napisać klasyczny kryminał w zupełnie innych dekoracjach? Na przykład we współczesnej Warszawie? PN Nowak przekonuje, że może się taki dość odważny zamiar powieść z powodzeniem. Ani żadnej rzeczy… to książka klasyczna, choć w nowych dekoracjach. Czyta się ją z pewnym uczuciem dawnej znajomości, co akurat w tym wypadku nie jest zarzutem. Mi osobiście kojarzy się z powieściami kryminalnymi polskich autorów sprzed kilkudziesięciu lat, opisujących zbrodnie wyższych sfer, tak zagranicznych jak i polskich.

PM Nowak, Ani żadnej rzeczy...

PM Nowak, Ani żadnej rzeczy…

Wątek kryminalny jest oczywiście dominujący. Wydaje się znany od lat, a jednak wciąż jest aktualny, tak jak wciąż aktualne są tematy miłości, zdrady, zranionych uczuć. Obcowanie z książką Nowaka to coś w rodzaju przejażdżki wehikułem czasu. Bogaty starszy mąż, atrakcyjna młoda żona, odległy krewniak, młody korepetytor. Trójkąt, czworokąt miłosny, ale czy na pewno? Na dodatek niepodważalne alibi każdego z podejrzanych o zamordowanie kobiety. Zagadka nie jest tak prosta, jakby to wynikało z tego krótkiego opisu, więc czytelnik będzie miał przyjemność z prowadzenia własnego śledztwa.

Faktem jest, że klasyczna intryga, znana nie tylko z angielskich pierwowzorów, ale także i z powieści wydawanych w PRL jeszcze w latach osiemdziesiątych, nie zestarzała się. Dekoracje Nowak zmienił jednak na współczesną Warszawę. Stąd znajdziemy w książce ukrytego homoseksualistę, studentów palących trawkę, wiecznie zakorkowaną stolicę. W tym wszystkim porusza się para detektywów, w której pierwsze skrzypce odgrywa policjant, komisarz Jacek Zakrzeński. Jego współpracownik, młody prokurator Kacper Wilk, jest typowym pomocnikiem mistrza. Niezgrabny, zakompleksiony, posiada jednak rzadką cechę widzenia spraw w sposób niekonwencjonalny. Tym samym staje się niezbędny dla komisarza Zakrzeńskiego. Obaj mają swoje wady i zalety, dzięki czemu nie tylko tworzą ciekawą powieściową parę, ale przede wszystkim budzą sympatię czytelnika.

PM Nowak udanie odświeżył klasykę. Jeśli zatem ktoś posiada – zupełnie tak samo jak ja, a i sam autor pewnie też – dużą słabość do dawnych kryminałów, pokazujących zbrodnie oparte o logiczne myślenie, coś w rodzaju dawnej „Kobry” czy śledztw porucznika Columbo na przykład, nie powinien zwlekać ani chwili i zacząć lekturę Ani żadnej rzeczy… Osobiście rozpoczynam polowanie na część drugą, zatytułowaną Na pokuszenie.

Reklamy

Primo Levi „Czy to jest człowiek”


Oto kolejna książka ocalałego więźnia Auschwitz. Chronologicznie pierwsza, ukazała się już w dwa lata po wojnie.Nie uzyskała zbyt dużego rozgłosu, co dotknęło mocno autora, którego celem było rozgłoszenie prawdy o niemieckich obozach zagłady i Holocauście. Musiało jednak minąć kilkanaście lat, by świat był w stanie zmierzyć się z okrutną prawdą.

„Czy to jest człowiek” to zupełnie inna gatunkowo książka niż „Pogrążeni i ocaleni”, o której pisałem jakiś czas temu. Bliżej jej do zwykłej opowieści, opisuje bowiem pobyt autora w obozie w Auschwitz, jak się tam znalazł i w jaki sposób udało mu się przeżyć okres uwięzienia.

Ale to lektura tylko na pozór podobna do tych znanych nam polskich opowieści Nałkowskiej, Borowskiego czy nawet Grzesiuka. Levi co prawda pisze tylko o sobie, z rzadka wspomina innych współwięźniów i obozowe historie zasłyszane. Zajmuje się swoją reakcją na nieludzkie traktowanie, opisując z chirurgiczną niemal precyzją koleje swego losu. Nigdzie dotąd, a swojego czasu zdarzyło mi się przeczytać wiele podobnych historii, nie odczuwałem aż tak namacalnie tragedii tych ludzi. Kiedy Levi pisze o pracy w zimie, gdy lekko ubrany tylko w obozowy pasiak i drewniane chodaki zmuszony jest pracować po kostki w wodzie, czytelnik może poczuć się niemalże jak uczestnik tamtych wydarzeń.

Craig Russell, Mistrz karnawału


Cykl hamburski trwa. Ta część jest jednak nieco przewrotna. Jan Fabel wyruszy do Kolonii, by tam ścigać seryjnego mordercę. Przypadkiem całkiem inne śledztwo zaprowadzi tam jedną z jego współpracownic. Jak zwykle będzie się sporo działo, trupów znajdzie się też kilka.

Craig Russell, Mistrz karnawału

Craig Russell, Mistrz karnawału

Muszę przyznać, że Mistrz karnawału nieco mnie rozczarował. Z pozoru jego części składowe odpowiadają innym częściom serii. Fabuła jest wielowątkowa, autor nie ogranicza się do jednego wątku seryjnego mordercy, mamy trochę historii Niemiec i Hamburga, zawsze poruszane tematy społeczne również są łatwe do odnalezienia. Niestety, większość z tych elementów w tej powieści sprawia wrażenie pisanych na szybko i bez większego pomysłu.

Weźmy na przykład historię. Tym razem akcja przenosi się do Kolonii. Niestety, Russell w ogóle nie wykorzystał szansy na to, by dobrze przedstawić swoim czytelnikom miasto opisywanego w powieści śledztwa. Jego opisy ograniczają się do słynnej katedry i kilku przejażdżek policjantów po mieście. Równie dobrze możemy pobawić się Street View od Google’a. A może i nawet lepiej, bo przy odrobinie wysiłku poznamy na pewno więcej z ciekawej historii miasta. Tym razem w tej kwestii pisarz zawodzi.

Podobnie rzecz się ma z kilońskim karnawałem. Szkocki pisarz daje nam garść informacji o tradycjach, ale czyni to w sposób mało satysfakcjonujący czytelnika. Odniosłem wrażenie, jakby głównym celem Russella było epatowanie swych odbiorców skandalem. Stąd najwięcej się mówi o tym, że istnieje noc pełna zdrad małżeńskich, rozpusty i ogólnego rozpasania. Mowa jest także o dniu, w którym kobiety obcinają mężczyznom krawaty na znak wyzwolenia z patriarchalnej opresji, ale znowu w książce Russella jest to raczej egzotyczny prztyczek w męski nos, który za chwilę dostaje pocieszenie dzięki skierowaniu opisu w stronę nachalnego podrywu ze strony tak „wyzwolonych” kobiet.

Ciekawe jest za to połączenie tematyki karnawału i kanibalizmu. Jak informuje nas usłużnie autor, karnawał to przecież nic innego jak łacińskie carne vale, czyli pożegnanie z mięsem na okres nadchodzącego postu. W tym kontekście istnienie seryjnego zabójcy-kanibala, jest czymś dużo bardziej uprawdopodobnionym.

Problem kanibalizmu – zwłaszcza tego dobrowolnego, co stało się przecież rzeczywistym wydarzeniem w Niemczech przed kilku laty – opisany jest obszernie i z całą pewnością zgodnie z najnowszymi badaniami na ten temat. To chyba najjaśniejszy w ogóle moment konstrukcji fabularnej powieści. Postaci jak zwykle słuchają ekspertów, więc czytelnik otrzymuje wykłady na ten temat, ale nie męczą one czytelnika w jakiś szczególny sposób. Co więcej – zaryzykowałbym twierdzenie, że są bardziej niekiedy intrygujące od kryminalnej zagadki, która ciągnie się w sposób momentami niemalże usypiający.

Mistrz karnawału to powieść dwutorowa, choć oczywiście w pewien sposób oba dochodzenia są ze sobą powiązane. O ile jednak tym razem Jan Fabel robi niewiele, jego współpracownica Maria Klee przeżywa przygody godne filmu akcji. Spajający wcześniejsze tomy wątek ukraińskiego przestępcy rządzącego niemalże podziemnym światkiem naszych zachodnich sąsiadów wreszcie nabiera rumieńców. Niemniej jednak ciężko mi się pozbyć wrażenia, że cały ten wątek zbudowany jest w sposób mało zaskakujący czytelnika. W tym wypadku śledztwo dotyczące szalejącego kanibala jest zdecydowanie lepsze.

Trudno napisać dużo więcej o tej odsłonie przygód nadkomisarza Jana Fabla i jego zespołu śledczych. Nie jest to książka całkowicie zła, ale Craig Russell zdążył przyzwyczaić nas do znacznie lepszego poziomu. Z tego też powodu wypada potraktować Mistrza karnawału jako zwyczajny wypadek przy pracy i cierpliwie czekać na ciąg dalszy serii. Miłośnikom mimo wszystko polecam, chcącym dopiero poznać najlepszego śledczego hamburskiej policji Jana Fabla polecałbym jednak inną część serii. Choćby powieść Zmartwychwstały, opisywaną przeze mnie ostatnio na blogu.

Michael Katz Krefeld, Wykolejony


Starszy, na oko mniej więcej pięćdziesięcioletni mężczyzna, żyjący samotnie na starej łodzi, wyrzucony z policji za jakieś przewinienia, powoli zapijający swoją rozpacz po śmierci ukochanej kobiety. Znacie? No to posłuchajcie.

Michael Katz Krefeld, Wykolejony

Michael Katz Krefeld, Wykolejony

Wykolejony to historia losów trzech osób. Masza zostaje sprzedana za długi własnego chłopaka i próbuje wyrwać się z zaklętego kręgu prostytucji. Każda z tych prób kończy się niepowodzeniem, przez co życie Maszy staje się coraz większym piekłem. Thomas „Ravn” Ravnholdt jest przymusowo urlopowanym detektywem kopenhaskiej policji, załamanym po zabójstwie żony. Nie robi nic poza powolnym zapijaniem się na śmierć. Ostatnią osobą dramatu jest seryjny morderca, opętany stworzeniem idealnej ludzkiej mumii. Ich losy splotą się razem, a my doświadczymy kilku godzin godziwej rozrywki.

Krefeld nie odkrywa nowych terytoriów, nie igra z gatunkiem jak choćby nasz rodzimy poeta Marcin Świetlicki. Autor Wykolejonego pracuje zupełnie inaczej, on po prostu chce opowiedzieć dobrą historię. Jeśli miałbym w tym miejscu wskazać kogoś o podobnym stylu pisania spośród polskich twórców, to byłby to zapewne Marek Krajewski. I nie chodzi tu o to, że duński pisarz również tworzy literaturę kryminalną w stylu retro. Nie, wzajemne podobieństwo tych dwóch – odległych od siebie twórców – polega na czymś zgoła innym. To rzemieślnicy, poważnie podchodzący do swej pracy. Żaden z nich prochu nie wymyśli, ale na pewno postara się nie zawieść swoich czytelników.

Przyzwyczailiśmy się do tego, by w każdej skandynawskiej powieści szukać społecznych wątków, dostrzegać krytykę społeczną, piętnującą wszelkie wady pozornie sprawiedliwej i opiekuńczej socjaldemokratycznej wspólnoty, otwartej na innych i żyjącą we względnym dobrobycie. Michael Krefeld zajmuje się w Wykolejonym problemem prostytucji. Wynik jego starań jest jednakże cokolwiek rozczarowujący.

Duński pisarz postanowił pójść w stronę szokowania swych czytelników. Robi to w sposób dość banalny – epatuje dosadnymi opisami ciężkiego życia prostytutek. Jego bohaterka przechodzi całą drogę kariery typowej dziewczyny sprzedającej swoje ciało – od luksusowej call girl do bycia żywym materacem w najbardziej niebezpiecznym miejscu w Sztokholmie. W jej losie odnajdziemy jednak całą masę stereotypów, uprzedzeń i złośliwości, przedstawionych przez autora mocno schematycznie. Handlem kobietami zajmuje się oczywiście gang imigrantów z południa Europy. To Albańczycy, Serbowie, Chorwaci, żaden z rodzimych gangsterów nie występuje w ogóle na kartach powieści, a brutalnością największą odznacza się grupa byłych żołnierzy z czasów wojny w Jugosławii. Duńczyk nie zauważa również ciemnych stron własnej stolicy, cały brud kierując w stronę pobliskiego Sztokholmu. Nie sposób nie zauważyć, że to coś w rodzaju szpilki wtykanej przez złośliwego chłopca swoim sąsiadom z ławki obok w trakcie nudnej lekcji.

Rezultat końcowy tego szokującego przedstawienia problemu istnienia niewolnictwa seksualnego jakoś niezupełnie przekonuje. Jeśli ktoś chce poznać naprawdę przerażającą powieść kryminalną o losie sprowadzanych z postkomunistycznych krajów dziewczyn, powinien sięgnąć po powieść reporterskiego duetu Andreas Roslund – Börge Hellström zatytułowaną Dziewczyna, która chciała się zemścić. Nie należy przy tym sugerować się polskim tłumaczeniem oryginalnego Box 21, warto natomiast przyjrzeć się opisanym tam metodom i praktykom handlarzy kobiet. Najbardziej pomocny w tym celu jest rozdział ostatni, będący rodzajem odautorskiego posłowia, w którym znajdziemy autentyczne przykłady tego, jak działa seksualny biznes w stolicy Szwecji. Krefeld znajduje się bardzo daleko od uchwycenia istoty rzeczy.

Można w tej powieści dopatrywać się związków z twórczością Jo Nesbø. A to dzięki niewątpliwemu podobieństwu postaci detektywa Ravna do postaci Harry’ego Hole’a. Atutem Michaela Krefelda jest jednakże naprawdę dobre pisanie w znaczeniu językowym. Możemy zżymać się na pewne rozwiązania fabularne czy mało oryginalny sposób konstruowania postaci, ale na pewno nie sposób zarzucić autorowi Wykolejonego nieumiejętności wciągnięcia czytelnika w świat swoich bohaterów. Z ogromną łatwością pisarz odmalowuje rzeczywistość, a jego bohaterowie mówią jak żywi ludzie. Widać w tym wieloletnie doświadczenie w pisaniu scenariuszy, jakie pisze dla telewizji. Szybkość akcji, oszczędność opisu, budowanie napięcia za pomocą zaledwie kilku linijek to najlepiej widoczne cechy dystynktywne duńskiego pisarza. Lektura jego książki jest bez wątpienia przyjemnością i nietrudno zrozumieć przyczyny jego popularności.

Akcja, jak wspomniałem wyżej, toczy się szybko i sprawnie. Wszystkie zwolnienia jej tempa są dobrze umotywowane, służą przede wszystkim pogłębieniu naszej wiedzy o bohaterach, co dzieje się głównie za pomocą licznych retrospekcji i wspomnień. Jako że postaci są dość schematycznie zbudowane, ich koleje losu również nie będą dla nas zaskakujące, przez co książka traci jako całość. Niemniej jednak warto doczytać do końca, bo zakończenie jest w sumie zaskakujące, dalekie od przewidywalności akcji podczas całej powieści.

Wykolejony to książka po prostu dobra, nic więcej ale też i nic mniej. Nie widać w niej przebłysku geniuszu, raczej efekt ciężkiej rzemieślniczej pracy autora. Niemniej jednak jej lektura pozostawia w nas pewien niepokój, zasiany przez Krefelda nie dzięki szokującym opisom szwedzkiej rzeczywistości, ale raczej poprzez niedopowiedzenie historii detektywa Ravna. Mimo wszystko zżyłem się z nim i chętnie poznam dalsze losy tej powykrzywianej przez los postaci.

Tekst ukazał się na stronie Wywrota.pl

Rex Stout, Układanka


Dawno już nie pisałem o powieści detektywistycznej w której bohaterem był sławny detektyw. Pora dziś nadrobić stracony czas, przypominając kolejnego z wielkich literackich tropicieli zbrodni. Przed państwem bohater o nazwisku Nero Wolfe, stworzony przez Rexa Stouta.

Rex Stout, Układanka

Rex Stout, Układanka

Wybrałem Układankę nie tylko dlatego, że stała najbliżej na półce. Ta powieść jest właściwie kwintesencją tego, co w książkach z tego cyklu możemy znaleźć, a na dodatek zawiera jeden bardzo ciekawy czytelniczy bonus. Otóż jest nieco kąśliwą satyrą na nowojorski światek literacki. Pozornie błaha sprawa oszusta, który wyłudza odszkodowania od poczytnych pisarzy nie tylko – jak pisze na ostatniej stronie wydawca – staje się konfrontacją z bezlitosnym mordercą, ale przechodzi w opis wewnętrznych niesnasek i konfliktów obecnych wśród autorów i autorek z dość wąskiego kręgu. Nie trzeba przy tym znać realiów nowojorskiego światka literackiego końca lat pięćdziesiątych, kiedy to powieść została napisana. Każdy, kto trochę obserwuje nasz rodzimy rynek literacki, będzie się bawił doskonale. Stout ma świetne wyczucie języka, przez co jego opisy ludzkich zachowań, pisane oszczędnym stylem przypominający ten behawioralny, znany właśnie z powieści czarnego kryminału.

Nero Wolfe to detektyw klasyczny, wykorzystujący do pracy jedynie swoje szare komórki. Jest ich zupełnie pewny, nie rusza się zatem w ogóle z własnej posesji, preferując zajmowanie się uprawą orchidei. Jest także wielkim smakoszem, co poniekąd tłumaczy jego niechęć do opuszczania domu, bo zamiłowanie do jedzenia uczyniło z niego człowieka wielkich rozmiarów, ważącego ponad 15o kg. Wolfe to także koneser i znawca win i piwa. Z rzeczy bliższych duchowi jest wielbicielem literatury, niejednokrotnie wypowiada się o przeczytanych przez siebie książkach. Prowadzi bardzo uregulowany tryb życia i nie ma zwyczaju zmieniać go ze względu na prowadzone śledztwo. Czasem oczywiście coś zakłóci rutynę, ale są to wypadki niezmiernie rzadkie.Nero Wolfe

Do prowadzenia zadań związanych z wychodzeniem na zewnątrz Nero Wolfe zatrudnia Archie Goodwina, pomocnika będącego jednocześnie narratorem wszystkich historii. Archetypiczny klasycyzm w postaci Nero Wolfe’a jest jednak przełamany postacią Goodwina w tym sensie, że pomocnik porusza się już po świecie znanym z czarnego kryminału. Stout wykazał się nowatorstwem właśnie w tym rozbudowaniu formuły powieści kryminalnej. Z dwóch najważniejszych – do czasów jego twórczości – wziął to, co najlepsze i stworzył wciągającą serię książek, które do tej pory mogą być czytane bez przykrego uczucia obcowania z czymś kompletnie przestarzałym. Wręcz przeciwnie – lektura książek Rexa Stouta to wciąż spora przyjemność.

Oczywistym jest, że w dzisiejszych czasach politycznych thrillerów, społecznie zaangażowanych kryminałów i opowieści o polowaniach na genialnych w swym szaleństwie seryjnych mordercach, książki bardziej subtelne, piętrzące zagadki opierające się na logice, pozostają w odwrocie. Niemniej jednak warto sięgnąć czasem po książki i tego rodzaju, by przeżyć nieco bardziej wyrafinowaną literacko zbrodnię. Nero Wolfe zapewnia rozrywkę na najwyższym poziomie.

PS. Mam nadzieję, iż tym razem uda mi się regularnie prowadzić cykl, w każdy wtorek  przedstawiając kolejną sławną postać.

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk


Jeśli debiut dostaje nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru to trzeba czytać książki tego pisarza. Jego nazwisko brzmi Bartłomiej Rychter, a wspomniania nominacja dotyczyła książki zatytułowanej Kurs do Genewy. O innej, trzeciej z kolei powieści  tego autora Ostatni dzień lipca już pisałem u siebie. Pora zatem na książkę następującą po debiucie. Tym razem będzie w klimacie retro. W dość prowincjonalnym miasteczku o nazwie Sanok – skąd pochodzi pisarz – działo się wiele już na przełomie XIX i XX wieku.

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Konwencja retro zostaje w Złotym wilku zachowana. Wszystko rozgrywa się w autentycznym mieście z wplecionymi w fabułę historycznymi postaciami. Dobrze opisana topografia miasteczka, uwzględniająca jego etniczne pomieszanie, wprowadza w klimat sennej miejscowości, którą nagle wstrząsa seria brutalnych mordów. W tej warstwie mamy do czynienia z opisem niemalże doskonałym. Historia nie jest tutaj ani podręcznikową nudą ani też przewodnikiem po mieście. Autor umiejętnie dawkuje informacje, dobrze wpisując je w fabułę. Nie ma przy lekturze – tak powszechnego w gatunku – poczucia osobnego istnienia historii i fabuły literackiej. Niby proste, niby oczywiste, a wciąż tak wielu autorów i autorek popełnia ten grzech. Rychter na szczęście tego nie robi.

Retro to jedno, ale ważny jest też wątek prowincjonalny. Lupa małego miasteczka, w którym wszyscy się znają i wiedzą wszystko o swoich sąsiadach jest też w książce podkreślona, ale jednak nie dominuje. Powiedziałbym nawet, że została nieco porzucona w miarę rozwoju powieści i to chyba ze szkodą dla całości. Zamiast tego dostajemy – co prawda naprawdę dobrze odmalowanych – całą galerię postaci. Bohaterowie Złotego wilka to ludzie tacy jak my, ze swoimi lękami i słabościami. Na pierwszy rzut oka nie spodziewamy się wiele, bo postaci są zaczerpnięte z podręcznego katalogu twórców kryminałów sprzed wieku, jednak proza Rychtera broni się dość dobrze. Być może dlatego, że udało się autorowi powiedzieć wszystko to, co doskonale wiemy – czasy się zmieniają, rzeczywistość wokół nas też, ale natura ludzka pozostaje niezmienna. Nadal miłość, chciwość i zemsta napędzają nas do zbrodni. Banalna to może i prawda, niemniej jednak w literaturze kryminalnej zawsze warta zauważenia.

Złoty wilk to także element grozy. Bestia dokonująca krwawych zbrodni dostaje na końcu logiczne wytłumaczenie, ale jej wątek ustawia śledztwo gdzieś na pograniczu kryminału i powieści grozy. Widać tu istotny wpływ klasyki – Poe, Conan Doyle – ale czyta się to dobrze, cały wątek skonstruowany jest poprawnie. Bez uproszczeń i udziwnień, za to z wielką siłą oddziaływania. Opisy ucieczek przed bestią należą do najciekawszych partii książki.

Druga powieść Rychtera jest dobrą propozycją dla wszystkich miłośników i miłośniczek retro klimatów. Jeśli ktoś lubi powieści grozy – a może raczej „z dreszczykiem” – to też Złoty wilk go nie rozczaruje. Polecam także i osobom sceptycznym wobec retro, bo to powieść, która pokazuje, że i z tego tak zużytego w naszym kraju gatunku można wycisnąć coś ciekawego. Trzeba mieć tylko coś do powiedzenia. Bartłomiej Rychter na pewno ma.

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę


Książka sprzed paru lat o internecie? Przecież drukowane słowo o sieci jest przestarzałe w chwili druku, tak się przynajmniej wydaje dominującej większości. Sęk w tym, że nawet przebrzmiałe rzeczy warto znać, tak jak warto czytać antyczne czy elżbietańskie dramaty. Choćby po to, by sprawdzić, czy obawy autora Kultu amatora się sprawdziły. Albo po prostu dlatego, by lepiej zrozumieć otaczający nas świat.

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

W pewnym sensie jestem podobny do autora. Od wielkiego entuzjazmu wobec sieci przechodzę do coraz większego sceptycyzmu. Po kolei jednak. Był chyba rok 2003 kiedy uznałem, że sieć wreszcie jest tym, czego od niej oczekuję. Nadal czytałem rzeczy drukowane na papierze, ale większość wiedzy znajdowałem w internecie. Zajmowałem się wówczas głównie muzyką, szukałem materiałów, a tych w języku polskim jakoś żałośnie mało. Mogłem jednak porozmawiać o jakieś zapomnianej krautrockowej płycie z podobnym do siebie entuzjastą tej muzyki i nie miało znaczenia, że pisał do mnie z Bilbao i była druga nad ranem. Pogadaliśmy jak kumple, wszak znających tę akurat grupę na pewno liczy się w dziesiątki. Było fajnie, tym bardziej że mogliśmy się powymieniać nie tylko informacjami, ale i samą muzyką. Kilka lat później – przyśpieszenie łącz – zająłem się filmami, przekonałem się także do większej ilości czytania na ekranie. Miałem już właściwie nieograniczony dostęp do kultury. Wszystko dzięki sieci.

Powoli mijał czas, a może pędził? Co z tego, że dziesiątki tysięcy płyt i filmów mam na wyciągnięcie ręki, skoro i tak nie mam czasu ich przesłuchać/obejrzeć, nie mówiąc już o jakimś przemyśleniu, przeżyciu może? Komplikacje wynikające z nadmiaru zaczęły mi ciążyć na tyle, że w gruncie rzeczy słucham i oglądam coraz mniej. Paradoks nadmiaru, klęska dobrobytu.

Może już wystarczy tych dygresji i wycieczek osobistych. Keen napisał książkę w 2007 roku, czyli w czasach kiedy w Polsce królowała nasza klasa. Wieki temu – patrząc z perspektywy prędkości płynięcia technologicznego czasu – ubolewał nad tym, że zamykano największy sklep płytowy na świecie. Teoretycznie oczywiście mamy zakupy w Amazonie, ale czy to jest do końca to samo? Autor przekonuje, że nie, bo recenzje z witryny są często żałośnie słabe i nie zastąpią wykwalifikowanego sprzedawcy, znającego się na muzyce. Algorytmy podpowiedzi też nie służą niczemu innemu niż zarabianiu pieniędzy przez właścicieli firmy, nie mówią przecież o tym, co wartościowe, a jedynie „podobne”. Coraz mniejsza szansa na to, że nagle znajdziemy coś zupełnie zaskakującego, coś zupełnie nowego. Wszak algorytm nigdy się nie myli.

Proroctwa Keena można traktować z przymrużeniem oka, można się nawet z nich śmiać. Jeśli jednak popatrzymy na poziom naszych mediów, zwłaszcza elektronicznych, znajdziemy się w pewnej chwili dość zdezorientowani. Nie ma już przecież jakości, jest tylko szybkość. Nie ma czasu na sprawdzanie informacji, zatem co chwilę słyszymy plotki o śmierci znanych ludzi na przykład. Uśmierca się niemal masowo, ale w powodzi innych bredni nikt nie jest w stanie i tak tego zrozumieć. Media umierają – częściowo na swoje własne życzenie, to prawda – ale nikogo żadna już śmierć nie szokuje. Wszak oglądamy jej codziennie tyle, że zdążyła spowszednieć.

Popatrzmy przy okazji na niszę, jaką jest literatura. Wydawałoby się, że czytanie staje się luksusem, a zajmowanie literaturą czymś na kształt misji. Okazuje się jednak, że nie trzeba pisać z sensem czy znastwem, trzeba zaś robić konkursy, wyzwania i stosiki. Trzeba też pisać tylko o tym, co modne, co aktualne, co można znaleźć na liście bestsellerów pewnej sieci, która już nie jest „pełna kultury”, bo jest pełna wszystkiego. Można (trzeba?) też pisać „recenzje” jednozdaniowe, najlepiej w rodzaju „trudno się oderwać, szybko się czyta”. Wszak szybkość jest tu najważniejsza.

Czy to się nam podoba czy nie, proroctwo Keena stało się ciałem. Od zawsze tłuszcza wyznaczała trendy i standardy, ale świat kultury nieco ambitniejszej potrafił się nieco odgrodzić, unieść nos wyżej. Dziś nie ma takiej możliwości, udawana niby-demokracja sieci sprawiła, że wszyscy jesteśmy równi. A także zabiegani, jeśli nie fizycznie to na pewno umysłowo. Być może jednak warto poświęcić wieczór archaicznej książeczce o sieci, która nas oplata. Tylko dlatego, że to książka o nas samych po prostu.