Rebis

Wiktor Suworow, Alfabet Suworowa


W początkach XXI wieku mój sąsiad prowadził interesy z Rosjanami. Kiedyś zdarzyło mi się być u niego, gdy przyjechali kontrahenci. Oczywiście, nie obyło się bez wódki, dużo rozmawialiśmy. Okazało się podczas tej rozmowy, że Rosja to największy kraj na świecie, a wszystko co rosyjskie najlepsze na świecie. Czułem się jak w tych starych dowcipach o Radionowie, co to wymyślił radio. Podobnie miewam podczas lektur książek autorstwa Wiktora Suworowa.

Wiktor Suworow, Alfabet Suworowa

Wiktor Suworow, Alfabet Suworowa

Lodołamacz – zapewne nie tylko dla Piotra Zychowicza czy mnie – był książką formacyjną w pewnym sensie. Była połowa lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, ostatni rosyjski (radziecki jeszcze?) żołnierz opuścił nasz kraj zaledwie dwa lata wcześniej. Pamiętam te ponure koszary, zarówno za czasów stacjonowania tam Armii Czerwonej, jak i ruiny pozostawione po wyjeździe. Pamiętam także moje zaskoczenie osobą autora: świeżość myślenia, zupełnie inne spojrzenie na historię, a także na opowiadanie o niej i na wyciąganie wniosków. Właśnie rozpocząłem naukę w liceum w klasie o profilu historycznym, choć dopiero na studiach pojąłem całe zawiłości historycznych prawd i ocen faktów. Dyskutowaliśmy o Suworowie sporo, niecierpliwie czekaliśmy na kolejne książki byłego agenta GRU. Niestety, każda kolejna zdawała się słabsza, bardziej monotonna i coraz bardziej ograniczona, jakby autor zafiksował się na kilku tematach i trzymał się ich kurczowo. Im więcej wiedziałem o warsztacie historyka, im więcej czytałem samego Suworowa, tym większe miałem zastrzeżenia, tym więcej wątpliwości.

Alfabet Suworowa jest tak naprawdę książką z recyklingu, przetworzoną właściwie podwójnie. W przedmowie Piotr Zychowicz potwierdza, że większość haseł z alfabetu ukazało się w „Do Rzeczy Historia”, że większość z zamieszczonego na końcu książki wywiadu także. Powtórzenie wydrukowanych liter to oczywiście nic złego, ale ta książka odznacza się czymś znacznie gorszym. Otóż nie ma w niej bodaj jednej oryginalnej tezy, jednego nieznanego wcześniej faktu. Suworow wygląda, jakby stracił pazur i pisze właściwie w kółko to samo. Ile razy można czytać historię o tym, jak to Stalin wyhodował Hitlera, kajzerowskie Niemcy Lenina, jak rozwiązła była Katarzyna II i kim naprawdę był Dzierżyński? Od początków wolności minęło dwie dekady, co było świeże i odkrywcze wówczas, dziś jest słynnym „jesiotrem drugiej świeżości.”

Najbardziej rozśmiesza mnie właśnie ta – z książki na książkę rosnąca – rosyjska megalomania autora. Weźmy krótką notkę o Kirowie. Wiktor Suworow pisze w niej o tym, że zabójstwo partyjnego przywódcy w Leningradzie było znacznie ważniejsze dla historii XX wieku niż zabójstwo Kennedy’ego. Pisze następnie i o tym, że w wyniku tej śmierci zginęły setki tysięcy ludzi, a Józef Stalin został niepodzielnym władcą Związku Sowieckiego. To, rzecz jasna, prawda, tyle że właśnie z nieco ograniczonej, rosyjskiej perspektywy. Możemy na chwilę postawić własną tezę, bo przecieżdla świata zabójstwo Kennedy’ego oznaczało nie tylko zatrzymanie pewnej polityki w zimnej wojnie. Równie dobrze mogło oznaczać między innymi dużo większe zaangażowanie się w wojnę w Wietnamie, a ten konflikt przyniósł między innymi internet, korzystający z amerykańskich doświadczeń także i w Azji. Fakty są do sprawdzenia, wystarczy odrobina dobrej woli. Dlaczego taka teoria miałaby być gorsza od teorii byłego oficera GRU? Nie sposób nie zauważyć i tego, że Suworow o Kirowie ma w sumie niewiele do powiedzenia, nie jest już stuprocentowo przekonany do teorii o spisku NKWD na rozkaz Stalina, co opisywał przed laty. Dziś pisze: „A któż to może wiedzieć?”, nie budząc specjalnie mojego zaufania do całości tego wpisu.

Alfabet Suworowa jest jednak – przy wspomnianych przeze mnie powyżej zastrzeżeniach – książką obdarzoną sporym potencjałem. Może się stać dla dzisiejszych nastolatków tym, czym był dla ludzi w moim wieku Lodołamacz. Suworow w takim wydaniu ma nawet większe możliwości. Chodzi mianowicie o sposób, w jaki jest napisana. Krótkie, maksymalnie czterostronicowe notki są odpowiednikiem dzisiejszych czasów, w których rządzi news z Twittera. Kto by tam czytał wielkie elaboraty, przedzierał się przez gąszcz przypisów, bibliografie, o archiwach nie wspominając? Pisarz zdaje się to doskonale rozumieć i nie ma w tym nic złego – przeciwnie, pozostaje mieć nadzieję, że jego dzieło stanie się nie tylko przyczynkiem do dyskusji w mediach, ale pozwoli nowym czytelnikom zapoznać się z jego innymi pozycjami.

Alfabet Suworowa kończy się kilkudziesięciostronicowym wywiadem, przeprowadzonym przez Piotra Zychowicza. Znów trochę oczywistości dla długoletnich czytelników Suworowa, męczących nieco i mało odkrywczych. Dużo bardziej interesująca jest część końcowa, dotycząca teraźniejszości i niedalekiej przyszłości. W oczach byłego sowieckiego żołnierza Rosja znajduje się na krawędzi upadku. Nie wiem, co na to specjaliści, mnie wywody Suworowa nie tyle może przekonują, co sprawiają, że chcę szukać odpowiedzi na postawione przez niego tezy. Inspirujące może być właśnie szukanie argumentów przemawiających za lub przeciw tym koncepcjom.

Tak właśnie proponuję czytać Alfabet Suworowa – jako wprowadzenie i zachęcenie do poszukiwań na własną rękę. Książki żyją tak długo, jak długo się je dyskutuje. Do rzetelnej dyskusji, aby rozmawiać sensownie, trzeba posiadać pewną wiedzę, jakieś argumenty. Autor podaje pewne kierunki działań, czytelnicy muszą zrobić całą resztę. W tym właśnie inspirującym charakterze niegdyś czytałem Lodołamacz, zatem życzę nieznającym jeszcze bogatego przecież dorobku Suworowa podobnych przeżyć. Przed wami ciekawe intelektualne wyzwanie. Nie trzeba się zgadzać z poglądami pisarza, należy jednak dopuszczać do siebie różne wersje wydarzeń. Lektura Alfabetu Suworowa jest zatem koniecznością dla wszystkich tych, którzy lubią myśleć samodzielnie.

Reklamy

larry bond „niebezpieczny akwen”


dość przypadkiem trafiłem na tę książkę. większość ostatnio czytanych przeze mnie rzeczy tak do mnie trafia. nawet jest i tak, że idę do biblioteki z zamiarem wzięcia książek jakichś konkretnych, o których się gdzieś dowiedziałem, a wychodzę z zupełnie innymi, tylko dlatego, że przyciągnął mnie tytuł albo okładka. i kończę czytając, w 95% procentach przypadków, coś naprawde dobrego.

książkę bonda (swoją drogą – niezłe nazwisko, trzeba przyznać) dostałem do recenzji tylko dlatego, że mam w domu inną powieść tego pana. innych autorów nie lubiłem, to wziąłem…

nie żałuję. to dobra rzecz. może nie wybitna, ale dobra, solidna robota. biorąc ją do ręki nie ryzykujemy. kilka godzin całkiem wciągającej lektury. jedyne, co jakoś tam mnie „zabolało”, to spora przewidywalność akcji. ale to już sugeruje każdemu okładka. od czasów „polowania na czerwony Październik ” Clancy’ego jesteśmy już świadomi tego, co dzieje się na okręcie podwodnym. o wiele lepszym wydaje mi się pomysł, aby poprowadzić narrację oczyma nowego oficera, byłego pilota, który po wypadku za wszelką cenę chce pozostać w armii, w trakcie jego pierwszego rejsu. dzięki temu zapoznajemy cały okręt i ludzi w sposób bardzo interesujący. nawet spora ilość danych technicznych nie wadzi, umiejętnie wpleciona w fabułę utworu. już po kilkunastu stronach byłem mocno wciągnięty w rozwój wydarzeń.

przyznaję, dobrze bawiłem się podczas czytania. jeżeli rozrywki właśnie poszukujesz w książkach, drogi Czytelniku, to śmiało możesz poświęcić swój czas na zapoznanie się i z tą pozycją. Zwłaszcza, jeżeli lubisz tak zwaną „męską literaturę”. Jeśli zaś nie, to raczej sobie podaruj.

Robin Cook „Interwencja”


właśnie skończyłem czytać, przy porannej kawie. miła książka, bez żadnych fajerwerków jednak. niewiele więcej właściwie niż rozrywka, ale to ten typ literatury. każdy potencjalny czytelnik wie dobrze, czego się spodziewać i po co czyta taką książkę. przypomina mi to słynną już chyba teorię „garnków” Pilipiuka. nie każdy chce lub może być artystą, nie każdy też chce czytać artystyczne książki.

mam problem z tą książką tez i inny. jako współpracownik (?) portalu valkiria.net mam napisać dla nich recenzję. no i jestem w kropce, bo i trochę mi się podobało i trochę chciałbym „zmieszać z błotem”. argumenty są silne po obu stronach i tak naprawdę jeszcze nie wiem, co z tego będzie. ale dam tu link, bez obaw.

A oto link do recenzji, której cały tekst zamieściłem na valkirii :

http://valkiria.net/index.php?p=articles&area=1&id=15458&type=review