proza polska

Michał R. Wiśniewski, Jetlag


Niewielka księgarnio-kawiarnia w centrum Wrocławia przeżywa prawdziwe oblężenie. Promocja pisma Rita Baum przyciągnęła wielu ludzi, w tym mnie. Na kanapie pisarz rozpoczyna swój wieczór autorski czytając rozdział piąty, bo lubi go najbardziej. Czyta chwilę, bo rozdział krótki. Potem mówi o tym, że dzisiejsze społeczności sieciowe mogą być przyrównane do rozmowy z kukiełkami. Nie mamy żadnej pewności, że ktoś żywy jest po drugiej stronie. Posłuchałbym dalej, ale dramatycznie kończy mi się czas. Nie potrafię już skoncentrować się dłużej niż kilka minut. Jestem idealnym czytelnikiem prozy autora siedzącego przede mną na kanapie.

Jetlag wedle definicji zamieszczonej na czwartej stronie okładki powieści nie jest jedynie chorobą podróżną. To także – a może nawet przede wszystkim – stan ducha. To opowieść o ludziach, którzy nie mają nikomu nic do powiedzenia, nic do przekazania. Ich historie są powtarzalne, zapętlone, przypadkowe. Nie mają początku, środka i końca, nie mają żadnego celu, przypominają obijanie się elektronów w jądrze atomu. Pokolenie biurowej klasy średniej, która w połowie czwartej dziesiątki lat ze zdumieniem odkrywa, że nie może pójść w ślady swoich rodziców, bo jeszcze nie dorosła. Fizycznie zaś czuje się już wypalona, ciągłe poszukiwanie samorealizacji, obiecywanej przez tak wielu, jest zajęciem godnym Syzyfa: tak samo bezużytecznym i wyczerpującym.

To powieść więc banalna, miałka i pusta, powieść o niczym i o nikim. Nie oznacza to jednak, że jest to książka zła. Wręcz przeciwnie – w tym jej kształcie widzimy spory talentWiśniewskiego. Udało mu się opisać pokolenie dzisiejszych trzydziestokilkulatków w sposób chyba najlepiej chwytający istotę rzeczy. Chłopcy, którzy przed laty toczyli osiedlowe wojny pod sztandarami Commodore i Atari, dorośli tylko fizycznie. Skończyli studia, znaleźli pracę w korporacjach, wzięli kredyty na mieszkania, bywają w świecie. Mają na swoje usługi technologie, o których czytali w powieściach science fiction, ale ich używanie nie polepsza jakości życia. Ze zdumieniem odkrywają, że posiadanie setek wirtualnych znajomych wcale nie oznacza, że w piątkowy wieczór będą mogli umówić się z kimś na piwo. Zawiedzione nadzieje to prawdopodobnie najlepszy opis tego, co dzieje się z bohaterami powieści. W przewrotny sposób spełnił się sen starszych o pokolenie punkowców. Przyszłość nie istnieje, jesteśmy uwięzieni w kole wiecznej młodości, niedojrzałości, youngadultowej kategorii wymyślonej w dziale marketingu. Cały świat tak działa, postęp stał się faktem. Nawet mój opis tej książki opiera się na tych samych zasadach.

jetlag_okladka_druk1

Można próbować ucieczki, tak jak czynią to bohaterowie Wiśniewskiego. Co znamienne jednak, wybierają oni ucieczkę do tyłu, wstecz, w głąb swojego życia. Zinfantylizowani przez system, buntują się w sposób jedynie im dostępny – organizując sobie „dzień dziecka”. To jedyne na co ich stać, podobnie jak politycznie są w stanie jedynie zaprotestować przeciw zakusom na sieć, która ich upupia i ogłupia jednocześnie.

Trudno zresztą oczekiwać czegoś innego. Tożsamość stała się kostiumem, ubieranym w zależności od okazji. Dzięki zanurzeniu w elektroniczny świat poznaliśmy uczucie tworzenia awatarów. Doświadczenie zaczerpnięte ze szklanych ekranów przenosimy – częstokroć zupełnie nieświadomie – w rzeczywiste życie. Chcemy czegoś więcej, ale wszystkie wysiłki okazują się nadaremne, a my kończymy z jeszcze mniejszą pewnością siebie. Każda z tych prób przynosi rozczarowanie, kończy się niepowodzeniem i rozbudzeniem nowych pragnień. Niespełnienie towarzyszy każdemu ruchowi, w tej grze nie można wygrać. Niemożliwość dokonania ostatecznego kroku staje się jedyną stałą cechą życia jednostki.

Jetlag tak odczytywany może być bez wątpienia określony mianem powieści pokoleniowej. To swoistego rodzaju zapis stanu ducha czasu przełomu, którzy z racji urodzenia trafili na najmniej sprzyjające warunki wchodzenia w dorosłość. Ci kilka lat starsi załapali się jeszcze na lepsze życie, bo początki transformacji ustrojowej gwarantowały duże kariery i wielkie pieniądze. Po drugiej stronie osi pokoleniowego czasu znajdują się ci młodsi, którzy czują się w nowym świecie zadomowieni, bo przecież nie znają innej rzeczywistości. Pomiędzy tymi dwoma grupami tkwią ci wszyscy, którzy już nie mają młodzieńczych nadziei, choć nadal muszą tkwić w paradygmacie wiecznej młodości.

Książka rozpoczyna się dwoma zdaniami: To nie jest moja historia. To jest twoja historia. Im dłużej o tym myślę, tym mocniej przekonany jestem, że to nie tylko moja historia. Stan ducha bohaterów powieści jest zbyt znany, zbyt powszechny, by sądzić, że to zwyczajna nadinterpretacja. Opowieść tak boleśnie prawdziwa sprawia, że identyfikacja odbiorcy z poczynaniami postaci zaludniającymi Jetlag pozostaje na długo w pamięci. Stąd też sądzę, że warto zdobyć się na odwagę stanięcia przed zwierciadłem, jakie usłużnie podaje nam Wiśniewski. Owszem, odbicie może nam się nie spodobać, ale innym przecież nie dysponujemy. Czy możemy je zmienić to kwestia zupełnie inna.

tekst ukazał się pierwotnie na portalu kanapa.it

Reklamy

Marian Pilot, Pióropusz


 Podróż do wnętrza pisarza

Pióropusz książką niezmiernie ważną jest, jak głoszą wielkie autorytety naszego życia literackiego. Zgodzić się czy się nie zgodzić z tą obiegową opinią, oto jest kwestia zasadnicza. Nie raz już bywało tak, że opinie krytyków i znawców zupełnie nie pokrywały się z tym, co w książce odnaleźli czytelnicy. Co można zatem znaleźć w książce Mariana Pilota?

pobrane (1)To książka mówiąca przede wszystkim o dorastaniu. Dorastaniu w trudnych warunkach powojennych, na wielkopolskiej wsi, która znalazła się po raz kolejny w granicach polskiego państwa. Wynikające z tego faktu skutki dotykają wszystkich, tak narratora i jego rodzinę, jak i resztę jego otoczenia. Sprawiają, że świat konstruuje się na nowo, nie tylko w sferze osobistej, ale także szerszej, powszechnej, dotykającą swą istotą każdego. Pióropusz jest próbą uchwycenia tego wszystkiego. To detaliczny, nierzadko brutalny zapis wydarzeń kilku lat życia bohatera-narratora, opowiedziany przy tym językiem trudnym i dość specyficznym. Niełatwa w odbiorze opowieść w miarę swojego rozwoju stanie się jednak coraz bardziej klarowna, by przywieść czytelnika do końcowej konkluzji, z jaką książka pozostawia jeszcze długo. Wszystkie bowiem elementy są konieczne dla zrozumienia jej istoty.

Świat widziany z perspektywy chłopca, pochodzącego z rodziny egzystującej niejako na marginesie wiejskiego życia, nie jest miejscem przyjaznym. Każdy dzień jest właściwie walką. Szkoła i sąsiedzi próbują wtłoczyć bohatera w koleiny normalności, tak jak ona jest postrzegana. Zmiany, zachodzące dookoła nie pomagają w tym procesie, bo szybko okazuje się, że sami dorośli nie są w stanie za nimi nadążyć, a jedność dotychczas znanego świata, doskonałego w swej osobności, rozbijana jest przez skutki wojny, czyli nową, ludową władzę i pojawienie się zabużańskich repatriantów, o zupełnie innym stylu życia. Odnalezienie się w tym wszystkim kilkunastoletniego chłopca nie jest łatwe, a droga do zrozumienia i świata i samego siebie długa i pełna cierpienia.

To także opowieść o dojrzewaniu do życiowego powołania, jakim jest pisarstwo. Z przymusu, wynikającego z obowiązku szkolnego i trudnej sytuacji życiowej, młody chłopak dostrzega pewne zmiany, które się w nim samym dokonały na tyle, że właściwie już dojrzał. Jest w stanie pisać, choć nie jest to ani łatwe ani przyjemne. Godziny spędzane nad zapisywaniem kolejnych kartek papieru jawią się jako niekończąca się tortura, z której nigdy po prostu nie ma wyzwolenia. Dopiero upływ czasu sprawi, że będzie mógł przewartościować swój sposób myślenia. Ten moment inicjacji wreszcie nadchodzi. Świetnie opisana scena założenia okularów przypomina o tym, że dopiero wówczas, gdy zrozumiemy rzeczywistość, będziemy w stanie ją opisać. Zrozumienie to nie jest procesem łatwym i przyjemnym, składa się bowiem z wielu ciężkich i wyczerpujących prób, z wielu uczuć zniechęcenia i rozczarowania, których koniec zwieńczony sukcesem jawi się jako cel osiągalny.

Wreszcie jest to powieść o języku. Wiąże się z pisarstwem, bo przecież pisarstwo jest pracą wykorzystującą język jako tworzywo, które formowane w odpowiedni sposób odda to, co twórca chce przekazać swoim odbiorcom. Język jest żywy, to dość banalne stwierdzenie, ale tym prawdziwsze w chwili, gdy chcemy je przełożyć na martwe znaki liter, zaczerniające papier. Jeśli zatem opowieść ma być przekonująca i działająca na czytelnika, musi być stworzona z odpowiednich słów. Zbyt często zapominamy o tym, zwłaszcza w odniesieniu do prozy. A przecież cała literatura wzięła się z opowiadanych historii, z żywego języka właśnie. Marian Pilot przywraca tę świadomość, ani na chwilę nie pozwalając zapomnieć o tym, czym pisarstwo jest w swojej istocie. Jak sam to określa, pisarz jest „złodziejem”, kradnącym innym ich język. Ze starannej obserwacji rzeczywistości i przebiegu procesu własnego pisarskiego dojrzewania wysnuwa wniosek, że bez owego „podkradania” słów, zwrotów, sposobu mówienia innych ludzi, pisarz nie może tworzyć. Oczywiście, nie jest to w żaden sposób umniejszanie roli twórcy, raczej konstatacja pewnej prawdy, obowiązującej właściwie z taką samą siłą jak prawa natury.

Dotąd mówiliśmy o sprawach osobistych, jednostkowych. Nie należy jednak sądzić, że jedynie do nich ogranicza się Pilot. Jego książka bowiem jest jednocześnie czymś więcej. To niezwykle udany zapis pewnego okresu życia ściśle określonej społeczności, ograniczonej terytorialnie i chronologicznie do pewnych ram, które nadają konkretny kształt całości. Rozpatrywany pod tym kątem Pióropusz stanowi bardzo wyraźne zapis dotyczący regionalnej, małej ojczyzny, która na zawsze już pozostawia ślad we wszystkich poczynaniach dorosłego już bohatera. Być może to dziedzictwo trudne i z całą pewnością obciążające, ale niemniej wciąż istotne. Co więcej, zerwanie z nim oznaczałoby katastrofę, jaką byłoby odrzucenie swojej osoby jako pisarza. Pilot wybrał jednak swój zawód i, związany z nim na dobre i na złe, nie zamierza wycofywać się z obranej niegdyś ścieżki. Dla nas, czytelników, to pocieszająca wiadomość. Oznacza bowiem, że jeszcze nie raz będziemy mogli stanąć przed możliwością poznania rzeczywistości na co dzień ukrytej przed naszymi oczyma.

Wojna i zbrodnia


W czasie wojny milczą muzy – mawiali starożytni Rzymianie. Czy tylko one? Co z całą plejadą bóstw? Czy na przykład Temida, zajmująca się sprawiedliwością, również milczy w czasach tak pełnych śmierci? Czy warto – w obliczu śmierci dziesiątków tysięcy w stolicy Polski zajmować się śmiercią jednej osoby? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Bartłomiej Rychter w swej ostatniej książce, zatytułowanej Ostatni dzień lipca.pobrane

Osadzenie akcji powieści w realiach Powstania Warszawskiego to nie jedyny zaskakujący pomysł autora. Równolegle prowadzone dochodzenia przez Polaka i Niemca w sprawie różnych śmierci, których nic nie łączy jest kolejnym przykładem. Przez całą powieść czytelnik czeka na spotkanie tych dwóch detektywów – amatorów, prowadzących swoje śledztwa z wewnętrznego poczucia sprawiedliwości oddanej umarłym. Rzadka to rzecz w polskiej literaturze kryminalnej, tym bardziej godna odnotowania.

Równie fascynujące są elementy składające się na odtworzenie klimatu walk w Warszawie w sierpniu i wrześniu 1944 roku. Rychter nie tylko odrobił swoją pracę domową bardzo dobrze. Faktografia, jeśli komuś przyjdzie do głowy sprawdzać, zgadza się w najdrobniejszych szczegółach. Na tych faktach jednak rozciągnięta jest opowieść, która czyni Ostatni dzień lipca naprawdę dobrą książką także i dla tych, którzy nad kryminalne zagadki preferują czytanie wojennych zmagań. Autor maluje bowiem bardzo przekonywający czytelnika obraz atmosfery powstańczej stolicy, a jego wynik zaskakuje bardzo pozytywnie. To się po prostu świetnie czyta.

Andrzej Krajewski Skyliner


Uległem opisowi wydawcy i przeczytałem. Było tam porównanie do prozy Tyrmanda i Głowackiego, lokując książkowy debiut znanego (podobno, ja osobiście nie znałem twórczości Krajewskiego) grafika i plastyka, mieszkającego od lat w Stanach Zjednoczonych, wśród książek o polskich miłośnikach jazzu w ciemnych latach pięćdziesiątych. Dodatkowo pisano tam też i o tym, że to „powieść łotrzykowska”, opisująca życie półświatka we Wrocławiu tamtych lat. Nie oparłem się takiej pokusie, bo każdy z tych tematów mnie pociąga, nawet jeśli występuje w pojedynkę, co tu mówić  zaś o tak wspaniale zapowiadanym połączeniu, musiałem koniecznie jak najszybciej rozpocząć lekturę.

Jak to często bywa z podobnymi zapowiedziami, nie okazały się one w całości odpowiadające realnemu stanowi rzeczy. Co prawda wszystkie wymienione wyżej elementy występują w tej powieści, ale nie czynią z niej arcydzieła, czy choćby powieści mającej ogromne zadatki na podbicie serc i umysłów szerokich rzesz czytelników. Przypomina mi to nieco podobną sytuację w kuchni – nie ma znaczenia fakt, że korzystaliśmy z tych samych składników co mistrz kulinarnych dokonań, jeśli nie zrobiliśmy tego w odpowiedni sposób i jeśli brakuje nam „tego czegoś”, co jedni nazywają talentem, drudzy „iskrą Bożą”.

Nie jest to kompletny gniot, ale bywają momenty naprawdę mało strawne. Prowadzona w pierwszej osobie narracja, a także sama postać bohatera – młodego rysownika z dawnego „dobrego domu”, konstestującego siermiężną rzeczywistość głównie za pomocą namiętności do jazzu, którego słucha cały czas, i wielka miłość do wszystkiego co amerykańskie, pozwala zobaczyć alter ego autora. Nie byłoby może w tym nic szczególnego nawet, gdyby nie ciągle podkreślana, nawet jeśli jedynie w duchu, wyższość bohatera nad wszystkimi niemalże. Nie przeczę, że sporo ludzi z tak zwanego „awansu społecznego” nie grzeszyła ani intelektem, ani wiedzą, ani nawet odpowiednimi manierami, ale nie chcę też wierzyć w to, że nagle przestali istnieć zwykli ludzie, którym ani nie podobał się nowy ustrój, ani nie zachwycał swymi wspaniałościami Zachód. Na dodatek ciągłe powtórzenia, niemalże wyznania swej ogromnej miłości do jazzu, ciągłe podkreślanie własnej przebiegłości w kontaktach z innymi, nieustanne drobiazgowe wyliczenia kolejnych miłosnych podbojów i szczegółowe opisy własnych kreacji (oczywiście, wszystkie ciuchy były MADE IN USA) powodują znużenie i zirytowanie czytelnika. Bardzo ciężko jest wytrzymać ten ciągły zachwyt nad własną osobą, szybko się zresztą zaczyna wydawać, jakby był to jedyny powód powstania tej książki.

Akcja nie jest zbyt skomplikowana. Oto młody chłopak nie dostaje się na studia z powodu niewłaściwego pochodzenia, naturalną koleją rzeczy staje na komisji wojskowej. Na skutek przypadku zostaje wyznaczony mu termin powtórnej komisji, ma jednak pewność, że zostanie wcielony do armii. Postanawia uciec z Polski. Okazuje się, że jest to możliwe, kosztuje jednak niebagatelną sumę stu tysięcy złotych, którą trzeba zdobyć w kilka tygodni. Przy pomocy własnej pomysłowości i odrobinie szczęścia, udaje mu się nie tylko zdobyć wymaganą sumę, ale i kilka razy więcej. W oczekiwaniu na przerzut do zachodnich Niemiec, młody człowiek używa życia, słuchając jazzu, jeżdżąc luksusowym mercedesem i zdobywając kolejne kobiety. Opisywane zdarzenia przeplatane często są reminiscencjami z przeszłości, różnego rodzaju dygresjami i, przede wszystkim, opisami wspaniałości i świetności głównego bohatera.

Cierpliwy czytelnik zostanie jednak nagrodzony, bo ostatnie kilkadziesiąt stron powieści jest naprawdę dobrą literaturą. Odniosłem wrażenie, jakby był to zapis albo najbliższy rzeczywistemu obrazowi wnętrza autora albo powstał po prostu najwcześniej. Zresztą, może obie te kwestie nie wykluczają się wzajemnie, a raczej uzupełniają. przyszło mi na myśl, że książka pana w podeszłym już wieku (rocznik 1934) była swego rodzaju zapisem wspomnień młodości, w której czas wrocławski, przeżyty samodzielnie u progu dorosłości był właśnie takim życiem, pełnym przygód, zabawy i dbałością o własny wizerunek. Wiele osób podobnie przeżywa pierwszy okres opuszczenia rodzicielskiego domu, zachłystując się nagle otrzymaną wolnością, dopiero później nadchodzi poczucie odpowiedzialności, plany na przyszłość i dążenie do stabilizacji. I widać to wyraźnie pod koniec powieści, kiedy bohater wspomina swoje dzieciństwo, przypadające na czas wojny, tułaczki po wsiach i dworach, poczuciu straty i zagubienia z jednej strony i chęci zbudowania zwykłego, chłopięcego świata gier i zabaw, zwariowanych planów podróży i prób wchodzenia w świat dorosłych. I dla tych fragmentów warto po tę książkę sięgnąć, pomimo jej wad może się okazać, że ulegliśmy czarowi świata, którego już nie ma.

Rafał A. Ziemkiewicz Czas wrzeszczących staruszków


Kolejna książka znanego pisarza i publicysty. Po raz kolejny Ziemkiewicz sięga po tematykę polityczną. Osobiście wolę jego prozatorskie dokonania, zwłaszcza te na gruncie fantastyki, ale lubię też jego teksty publicystyczne. Regularnie czytam rzeczy pisane w „Rzeczpospolitej”, uważnie przeczytałem też wszystkie wcześniejsze książki publicystyczne.

Uważam, że czas poświęcony na lekturę Ziemkiewicza nie jest z całą pewnością czasem straconym. Można się z nim nie zgadzać, można nie lubić jego poglądów, ale poznać na pewno warto. Tym bardziej, że talentu pisarskiego z całą pewnością nie można mu odmówić i lektura jest czymś przyjemnym. Na pewno stanowi też, w jakimś stopniu przynajmniej, świetny przyczynek do obrazu polskiej sceny politycznej i mechanizmów nią rządzących, zazwyczaj będących w cieniu.

Jednym słowem – wartościowa książka pod wieloma względami. Względy te brane pojedynczo stanowią moim zdaniem wystarczające powody do sięgnięcia po tę pozycję. Jeśli ktoś lubi politykę – z całą pewnością warto. Jeśli kogoś bardziej interesuje stan polskiego społeczeństwa – na pewno trzeba przeczytać tę książkę. A jeśli ktoś lubi dobrą publicystykę napisaną świetnym i żywym językiem – zdecydowanie warto.

Łukasz Orbitowski Nadchodzi


Nowa książka Orbitowskiego, przez wielu już okrzykniętego królem polskiego horroru, to zbiór pięciu opowiadań, połączonych poruszaną tematyką. Nie jest to jednak ani konkretny cykl, ani też brak tu wspólnego bohatera. Autor używa wielu kostiumów i wielu scenerii, akcent kładąc na takie meta-tematyczne połączenie, w rodzaju tego, którego używali Borowski i Nałkowska pisząc swe wojenne zbiory. „Nadchodzi” to zbiór opowiadań z takim swego rodzaju motywem przewodnim, którym jest zdrada. A także cena, jaką za zdradę przychodzi zapłacić.

Otwierający zbiór „Popiel Armeńczyk” to przejmujący i bardzo dobrze napisany monolog partyzanta, opowiadającego dzieje własnego oddziału i jego rozbicie przez Niemców. Moim zdaniem jego największą siłą jest język bohatera-narratora, co nie tylko pomaga czytelnikowi całkowicie zanurzyć się w realia opowieści, ale stanowi o wielkiej sile oddziaływania fabuły, niezbyt formalnie skomplikowanej. Całość stanowi wspaniałe preludium, zapowiadając wspaniałe przeżycia na następnych stronach.

„Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj” w moim rankingu historii zamieszczonych w tym tomie zajmuje miejsce ostatnie. Nawet nie dlatego, że jest naprawdę kiepskie. Uważam po prostu, że zdaje się niezbyt pasować do całości, nie tyle treścią nawet, a formą. Historia pobytu w szpitalu opowiedziana znów w pierwszej osobie, tym razem bohaterki, stanowi zapis czegoś w rodzaju postępującej choroby psychicznej lub dość onirycznego marzenia sennego, co pomaga zbudować mocno oddziałującą plastycznie opowieść, ale zupełnie nie pasuje klimatem do reszty utworów. Pisząc te słowa mam jednakże świadomość ogromnej subiektywności mojej oceny i jestem przekonany, że inni czytelnicy mogą mieć zupełnie odmienne zdanie na temat tego opowiadania.

Kolejna historia to „Cichy dom”. Oto trójka znajomych wyrusza nocą na poszukiwania samotnego domu w lesie. Chcą tam ukryć zwłoki anioła, którego jeden z nich zabił. Ta noc sprawi, że każdy z nich przemyśli całe swoje dotychczasowe życie, próbując na nowo odnaleźć dawno zagubiony sens. To naprawdę świetnie skonstruowana i napisana historia, która pochłania czytelnika bez reszty, nie pozwalając nie tylko na odłożenie lektury, ale nawet na zaczerpnięcie tchu. Każdy wielbiciel prozy Orbitowskiego znajdzie w tym opowiadaniu wszystko to, co spowodowało jego uwielbienie dla tego autora.

Przedostatnim utworem jest krótka „Zatoka Tęczy”, znów opowiedziana w pierwszej osobie, historia dziwnego Rosjanina, który był kosmonautą. Tylko tyle można opowiedzieć o fabule bez odsłaniania jej zbyt mocno, ale uważam, że to zdanie stanowi wystarczającą zachętę. Tu pisarz po raz kolejny zmienia diametralnie styl pisania, tworząc naprawdę interesującą historię. Właściwie jedynym minusem był w moich oczach dość szybki koniec. Naprawdę szczerze żałowałem, kiedy przewróciłem ostatnią kartkę.

Opowiadanie ostatnie dało tytuł całemu zbiorowi, co nie powinno dziwić przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze jest to opowiadanie najdłuższe, prawie dwustu stronicowe, bardziej rozmiaru niewielkiej powieści. Po drugie zaś jest to opowiadanie zdecydowanie najlepsze, które ukazuje nam talent pisarza w całej swej krasie, którą znamy od debiutanckiego „Horror show”. Dość zwyczajna opowieść pracownika naukowego w średnim wieku zamienia się w wielowątkowy i wielobarwny horror, który nie jest ani pretensjonalny, ani nudny. Do tego nowatorskie ujęcie tematu, opartego na klasycznym motywie „domu, w którym straszy”, zasługuje na najwyższe uznanie. To literatura naprawdę wysokiej próby, która z całą pewnością może znaleźć uznanie w oczach tych czytelników, którzy nie sięgają po powieści fantastycznych twórców. Tym dziełem Orbitowski podkreśla nie tylko swoją pozycję w fandomowym światku, ale przede wszystkim pokazuje wszystkim innym, że jest pisarzem godnym tego miana.

Naprawdę gorąco polecam, w tym roku jeszcze nie czytałem lepszej książki polskiego twórcy.

Szczepan Twardoch Zimne wybrzeża


Mogę śmiało powiedzieć, że jestem wielbicielem twórczości tego pisarza. Od czasu wydania „Sternberga” mam na uwadze poczynania literackie Twardocha,  czytam go i przyznaję, że jeszcze nigdy dotąd się nie rozczarowałem. Każda książka jest inna, pod wieloma różnymi względami, ale każda jest na pewnym poziomie, czego o wielu innych autorach powiedzieć się niestety nie da. Nie chce pisać tutaj banałów o warsztacie, bo uważam, że to jest coś oczywistego wręcz, tak jak i w innych zawodach. Twardoch jednak ma wyraźny talent do operowania językiem w sposób powiedziałbym wręcz ujmujący, który sprawia czytelnikowi ogromną przyjemność i jednocześnie bardzo dobrze wprowadza w opisywany świat. Dzięki temu lektura książek jego pióra to prawdziwa przyjemność.

Nie będę tutaj rozwlekał się nadmiernie nad własną osobą, bo to nie o to przecież tak naprawdę chodzi. Moje pisanie ma jedynie zaciekawić potencjalnego czytelnika i pomóc podjąć decyzję o sięgnięciu po jakąś książkę, lub nie. W zadnym razie zanudzić kogoś na śmierć.Zimne-wybrzeza

Akcja powieści rozgrywa się na Spitsbergenie, gdzie w roku 1957 zimuje polska ekspedycja. W nocie na czwartej stronie okładki mamy informację o zamiłowaniu autora do podróży. Trzeba przyznać, że podczas lektury jest to wyczuwalne – opisy przyrody doskonale oddają atmosferę tego miejsca. Przyroda zresztą nie tylko buduje scenerie, ona jest integralną częścią utworu, niemalże jak dodatkowy bohater, którego działania mają wpływ na bohaterów. Bardzo ciekawe i jednocześnie całkowicie uprawnione posunięcie, bo przecież życie w tamtej części świata jest nieustanną walką o przetrwanie i tak naprawdę nic nie jest do końca pewne, a pozornie błahe pomyłki mogą prowadzić do śmierci. Twardoch ma tego świadomość i to jest coś, czego można nauczyć się jedynie będąc tam osobiście, o czym zresztą jest w powieści wzmianka.

Bohater to John Smith, człowiek o strasznie splątanych losach, jak każdy zresztą  z bohaterów tej w sumie niezbyt długiej powieści. Mamy tam przecież i rodowitych Norwegów, polskich naukowców i radzieckich górników. Nie chcę wchodzić w szczegóły, by nie psuć nikomu odkrywania tych historii podczas lektury, bo to prawdziwa przyjemność. W ogóle każda z przedstawionych nam postaci posiada życiorys skonstruowany – i opisany! – w sposób według mnie mistrzowski i nieczęsto spotykany wśród polskich autorów młodego pokolenia. Tu również przebija spora wiedza i coś w rodzaju niemalże osobistego zaangażowania Twardocha. Nie pozostaje nic innego, jak z ogromną przyjemnością czytać  kolejne strony, z rosnącym uznaniem dla kunsztu pisarskiego twórcy, który potrafi opisywać historię w taki sposób. Zdaje się, że  to ogromne zamiłowanie do przeszłości,  w wymiarze zarówno globalnym, jak i tym jednostkowym, jest tą siła napędową wszystkich opowieści, którymi dotąd zostaliśmy uraczeni.

To książka właściwie sensacyjna. Piszę właściwie, bo tak naprawdę mamy też tam historie  Ojców Przeklętych, którzy są nieśmiertelni. Powiem szczerze, iż te fragmenty czytało mi się zdecydowanie najlepiej i właściwie to żałuję trochę, że było ich tak mało. Mam jednak wrażenie, że w tym przypadku jakakolwiek klasyfikacja gatunkowa nie ma tak naprawdę znaczenia. Twardoch to rozumie, i to tak naprawdę świadczy o jego wartości. Najlepiej świadczą o tym słowa Smitha, który tłumacząc dlaczego warto czytać literaturę piękną, stwierdza, że literatura potrafi zawierać pewne prawdy na temat życia i miejsca człowieka na świecie, jakich nie można obliczyć metodą naukową. Brzmi to dla mnie jak pisarskie credo.

Nie podoba mi się tylko jedna rzecz w „Zimnych wybrzeżach”. zakonczenie nastąpiło jakby zbyt szybko, nie do końca wynikając z przebiegu opisywanych wydarzeń i przez to ma się wrażenie, jakby pewne wątki zostały zamknięte nieco „na siłę”. Być może zresztą to tylko moje osobiste wrażenie, wywołane przez żal z powodu końca tak dobrej ksiązki. Na pocieszenie jest zapowiedź, że to część pierwsza większej całości. Ja nie mogę się doczekać.