PRL

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól. Wspomnienia partyzanta


Czy ktoś pamięta jeszcze „partyzantów” od Mieczysława Moczara? W drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku była to dość potężna frakcja w PZPR, która charakteryzowała się czymś, co moglibyśmy określić narodowym komunizmem. Były partyzant skupił wokół siebie wielu z dawnych towarzyszy z Gwardii Ludowej i Armii Ludowej i doprowadził do stworzenia wielu mitów na temat walki z „hitlerowskim najeźdźcą”. W efekcie także i do tego, co wydarzyło się w marcu 1968 roku – do bezprecedensowego pogromu polskich Żydów, co prawda bezkrwawego, ale równie skutecznie eliminującego ich z polskiego życia. Wszyscy dostali bilety w jedną stronę, podobnie zresztą jak paszporty.

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Mieczysław Moczar swoje wspomnienia zatytułował Barwy walki. Mając finansowe zaplecze w postaci wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej, nakłonił wielu z dawnych komunistycznych działaczy do opisania swoich wspomnień. Tajemnicą poliszynela było, że wielu z nich nie napisało samodzielnie ani jednego słowa, czemu trudno się zresztą dziwić, jeśli ich wykształcenie nierzadko zawierało się w czterech klasach szkoły. Kilkudziesięcio- a nawet kilkuset tysięczne nakłady książek sprawiły, że legenda odważnych bojowców GL/AL rosła.

Z mazowieckich pól jest właśnie taką książeczką. Mamy w niej opis lat okupacji widzianej z perspektywy młodego chłopaka ze wsi z okolic pomiędzy Nowym Dworem Mazowieckim a Płońskiem. Znajdziemy w niej opis poszczególnych lat okupacji z przewodnim motywem rozwoju komunistycznych organizacji na tamtym terenie. Jest zatem historia krótko działającej, bo szybko rozbitej przez Niemców organizacji „Sierp i Młot”, jest też ukazany rozwój Polskiej Partii Robotniczej i jej oddziałów partyzanckich, najpierw występujących pod szyldem Gwardii Ludowej, potem przemianowanej na Armię Ludową.

Wspomnienia te są dość nudne w lekturze. Jan Ptasiński bardzo często skupia się na wymienianiu personaliów i miejscowości, niekiedy zajmuje mu to prawie całą stronę tekstu. Próbuje chyba podkreślić liczebność komunistów wśród ludności, ale uważny czytelnik szybko dostrzeże, że w rzeczywistości musiało być ich bardzo mało.

Podobnie zresztą w innych kwestiach, jakim poświęcone są wspomnienia Z mazowieckich pól. Autor pisze sporo o tym, jak jednym z pierwszych zadań w okupacyjnej rzeczywistości było agitowanie za Związkiem Radzieckim i tłumaczenie ludności faktu pozostawania Stalina w sojuszu z Hitlerem. Pokazuje ogromną radość z faktu, że powstaje partia komunistyczna, ale słowem nie wspomina, że za jej zagładą wcale nie stała „faszystowska” II RP. Pisze dużo o akcjach odwetowych organizowanych przez GL/AL, ale w większości wypadków są to napady na niemieckie folwarki, zasiedlone przez niemieckich kolonistów po włączeniu tych terenów do Rzeszy. Jest sporo o braterstwie broni z żołnierzami Armii Czerwonej, ale z tekstu wynika niezbicie, że pomoc partyzanci otrzymują dopiero w chwili bezpośrednio poprzedzającej wyzwolenie, dostając trzy zrzuty z bronią i radiostacją. Jest też oczywiście zarzut „stania z bronią u nogi” wobec AK, wzmacniany plastycznością opisu żołnierzy Armii Krajowej, którzy są „gładko ogoleni i wyelegantowani”.

Książka, wydawać by się mogło, ma niewielką – jeśli w ogóle jakąkolwiek – wartość historyczną. Według mnie lektura Z mazowieckich pól ma pewne cechy, które czynią całe przedsięwzięcie opłacalnym. Chodzi o to, by nauczyć się sposobu rozumienia tamtych czasów, co można łatwo uzyskać poprzez odszyfrowywanie ukrytych mechanizmów manipulacji, jakimi poddawani byli odbiorcy tych, tak licznie przecież wydawanych, wspomnień „ludzi z lasu”. Ktokolwiek pragnie zrozumieć PRL – a także obraz wojny obecny w komunistycznej propagandzie – musi sięgnąć po książkę Ptasińskiego i jemu podobnych. Filmy Barei na pewno do tego nie wystarczą.

Reklamy

Wojciech Wiśniewski „Dlaczego upadł socjalizm? Od straszności do śmieszności.”


Sięgnąłem po tę książkę pod wpływem tytułu, licząc na inspirujące fakty, na rzeczowe analizy lub po prostu nowe spojrzenie na krach systemu realnego socjalizmu. Wrażenie to potęgowało w jakiś sposób nazwisko autora, człowieka będącego pracownikiem Komitetu Centralnego PZPR w ciągu ostatniego dziesięciolecia istnienia PRL, szefa związku zawodowego pracowników aparatu partyjnego. Sądziłem, że człowiek będący tak blisko szczytów ówczesnej władzy mógłby napisać coś, co uzupełniło moją wiedzę na ten temat.

Przyznaję, że odczuwam ogromny niedosyt po skończonej lekturze. Książka ani nie wnosi niczego nowego do historii partii komunistycznej, nie zawiera w sobie także jakieś nowej i odkrywczej analizy przyczyn upadku systemu. Pomimo pełnienia funkcji i w partii i w OPZZ autor nie ujawnia żadnych mechanizmów, żadnych większych spostrzeżeń dotyczących systemu, sposobów jego funkcjonowania i przyczyn niemożności wyjścia z permanentnego kryzysu gospodarczego.

Co do gospodarki mamy jasność już na wstępie książki, napisał go bowiem Robert Gwiazdowski, przewodniczący Centrum im. Adama Smitha, stanowiącego podstawę teoretyczną polskiej myśli liberalnej w ekonomii i poniekąd odpowiedzialnym za kształt polskiej transformacji. Pan Gwiazdowski przyznaje, że często śmiał się podczas lektury, wspominając o grotesce tamtych czasów i o głupocie towarzyszy partyjnych, przyjmujących wiele teorii jako rzeczywistość i stąd samej rzeczywistości nie rozumiejący. Również od samego początku autor wypowiada się w tym samym tonie, wskazując rozbieżności teoretyczne na SGPiS jako powód swego odejścia do pracy w słynnym Białym Domu, czyli gmachu centralnym PZPR.

Pejoratywny stosunek do PZPR nie przeszkadza panu Wiśniewskiemu w próbach zrobienia kariery. Widać to zwłaszcza w licznych fragmentach opisujących z detalami rozmiary gabinetów dygnitarzy i w opowieściach o kontaktach z największymi przywódcami komunistycznymi w kraju i na świecie. Przebija z tych słów coś w rodzaju podziwu i fascynacji, jeśli nie słabo zamaskowanej chęci osiągnięcia tego samego statusu. Trudno też inaczej odebrać wspomnienia o wizycie na Kubie czy na Krymie, gdzie między słowami opisującymi absurdy życia codziennego mieszkańców i nędzne środki dewizowe dostępne autorowi, pomieszczone są relacje z osobistych spotkań z dygnitarzami, z Fidelem Castro na czele.

Podczas lektury tej książki trudno mi było uwierzyć nie tyle w bezstronność autora, co w jego opozycyjne odczucia wobec systemu. Miałem wrażenie, że wcale to nie było do końca tak, jak to przedstawia nam twórca, tworząc dość szczególny obraz rozpadu systemu. Jakoś nie przemawia do mnie wizja kontestatora rzeczywistości, korzystającego jednocześnie z licznych przywilejów warstwy rządzącej. Wydaje się również, że upływ czasu zmienił sposób oceny nie tylko faktycznych wydarzeń, ale także osobistych odczuć z tamtych lat. Patrząc na koleje kariery Wiśniewskiego trudno nie odnieść wrażenia, że robił wszystko, aby osiągnąć jak największą pozycję i być jak najbliżej władzy. Nie wspomina o tym jednak w swoich memuarach, koncentrując się na ukazywaniu jednej strony medalu. Czyni to książkę zwyczajnym pamfletem. A pamflet jest dobry jedynie wtedy, gdy opisuje obecną sytuację. W opisie czasów minionych staje się czymś w rodzaju groteski i traci jakąkolwiek wartość poznawczą.