powieść

Pisarz, który ukradł zbrodnię


Michał Witkowski, Drwal

Michał Witkowski, jak zapowiadał to wszem i wobec w każdym dostępnym sobie medium, zapragnął stworzyć kryminał. Literaturę, jak sam niejednokrotnie podkreślał, lekką, łatwą i przyjemną – jednym słowem dla wszystkich. W efekcie otrzymaliśmy opasłą księgę zatytułowaną Drwal, która miała być ucieleśnieniem owego zniżenia się do czytelniczego ludu. Czy jednak zamierzenie autora nie przerosło cokolwiek jego osoby? I czy naprawdę dostaliśmy świetny kryminał, którego lektura będzie wspaniałą rozrywką w długie zimowe wieczory?drwal_witkowski

Początek książki jest naprawdę dobry. Pisarz, znany i rozpoznawany tu i ówdzie, w miejscach często nieoczekiwanych, zmierza do odludnego domku gdzieś w pobliżu Międzyzdrojów, by tam napisać dzieło, mające mu przynieść sławę i pieniądze. Niekoniecznie zresztą w tej kolejności. Wybiera odludzie i wybrzeże w zimie, dla lepszej koncentracji pisarskiej weny. Liczy również na to, że temat powieści objawi mu się już w trakcie pisania. Zamieszkuje u poznanego wcześniej odludka, który ma zapewnić twórcy dach nad głową podczas twórczego procesu przelewania na papier stanu ducha. Szybko okazuje się, że jest postacią na tyle intrygującą, by stać się główną zagadką tej książki. Autor-narrator zaczyna z pasją odtwarzać tajemniczą historię swojego gospodarza.

Powieść, tu się powtórzę, zaczyna się świetnie. Odpowiedni nastrój grozy udaje się pisarzowi zbudować niemal od pierwszej strony. Niestety, im dalej tym gorzej, nie tylko z nastrojem. Rozłazi się w szwach akcja, pękając niczym zbyt mały garnitur. W efekcie przechodzimy do czegoś w rodzaju powieści o powieści, metanarracyjnej „poważnej” literatury, ale przejście to nie jest ani łagodne ani nawet uzasadnione czymś więcej, niż dziecinnym pragnieniem autora, który chciałby dorównać twórcom swych idoli z okresu dorastania. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że pisanie powieści popularnych nie jest takie proste. Być może przeszkadza w tym wcześniejszy dorobek, być może zaś zwyczajnie trzeba mieć do tego talent. Witkowski w swej książce pokazuje, że do pisania w stylistyce literatury popularnej zwyczajnie się nie nadaje.

Witkowski usiłuje grać wieloma konwencjami. Ta gra na wielu bębenkach nie jest jednak prosta, o czym przekonać się może na własne oczy czytelnik jego książki. Obok naprawdę dobrych momentów dostajemy dłużyzny i formy, które po prostu są nieudanymi próbami, stojącymi gdzieś na pograniczu dziennika i felietonu, niekoniecznie zasługującymi na okazanie publiczności. Z jakąś wewnętrzną perwersją, bliską niemal duchowemu ekshibicjonizmowi, autor obnaża się w najbardziej intymnych momentach procesu twórczego, co w żaden sposób nie ratuje jednak wyraźnie kulejącej fabuły. Ten brak zdecydowania, owo poszukiwanie, jest zapewne ciekawe z punktu widzenia badaczy literatury lub krytyków patrzących z wyżyn uniwersyteckich katedr, ale nijak ma się do docierania do masowego odbiorcy, oczekującego zupełnie innej prozy. Z tego punktu widzenia należy zatem wysiłek Witkowskiego uznać za zmarnowany, a jego zamysł za zupełnie chybiony.

Wszyscy ci, którzy zaczną czytać Drwala z uwagi na osobę autora, mogą podczas lektury poczuć się w miarę usatysfakcjonowani. Znajdą tam sporo tego, za co cenią dotychczasowe pisarstwo Witkowskiego. Dobre wyczucie melodyczności języka, surrealistyczny nastrój przeżywany przez bohaterów właściwie jako część życia, momenty odniesień do tu i teraz. Cała reszta jednak, zwabiona potencjalną zbrodnią, na pewno poczuje się zawiedziona. Bo Drwal to właśnie książka, która z kryminałem nie ma nic wspólnego. A całą zbrodnię popełnił tutaj pisarz, kradnąc czytelnikom owe przestępstwo i związane z nim dochodzenie do prawdy o tym, co wydarzyło się w przeszłości.

Oczywiście, można odczytywać Drwala jako zabawę właśnie, jako próbę skierowania wytartej nieco stylistyki literatury popularnej w stronę czegoś więcej niż zwykła rozrywka. W tej formie zapewne powieść broni racji swego istnienia. To jednak niewielkie pocieszenie w chwili uświadomienia sobie, że kupiliśmy coś, co nie spełnia swej podstawowej funkcji., jaką miała być proza lekka, łatwa i przyjemna. Wynikające z tego faktu rozczarowanie może bowiem sprawić, że zaprzestaniemy poszukiwań w ogóle, nie ufając już nikomu, kto mówi czy pisze o książkach. Skoro sam autor okpił nasze oczekiwania, nie pozostanie nic innego, jak powrót do bezpiecznych i utrwalonych nazwisk, które dostarczą to, czego się po nich spodziewamy. I w tym sensie największa to porażka Witkowskiego. Niezrozumienie jego podejścia będzie bowiem rzutować na wszystko, co napisze teraz. Nie będzie już bowiem wiarygodny ani jako obrazoburczy pisarz ani jako twórca dla szerokich mas. Czas pokaże, czy moja diagnoza jest słuszna.

Krzysztof Mroczko

Reklamy

Natalka Śniadanko Ahatanael


Świetna książka ukraińskiej dziennikarki, wydanej w serii „Europejki” przez wydawnictwo  czarne.  Autorka zajmuje się historią dziennikarki z prowincjalnego miasteczka, próbującej uporać się z pracą, doktoratem i własnym życiem. Jak bardzo wiele osób mocno przeżywa zbliżające się trzydzieste urodziny, brak stałego partnera i problemy w życiu zawodowym. Pierwszoosobowa narracja tworzy silną więź miedzy narratorką a czytelnikiem, stwarzając atmosferę szczerej rozmowy o sensie życia.Atahanael

Powieść napisana jest jako ciąg króciutkich, góra kilkustronicowych rozdziałów, opisujących jakąś sytuację bądź osobę. Razem tworzą dość krytyczny obraz ukraińskiej rzeczywistości w prowincjonalnym miasteczku. Autorka z dużą swobodą i niezwykle dowcipnie rozprawia się politykami związanymi podejrzanymi interesami  z miejscowymi gangsterami, służebną rolą prasy, ukraińskim nacjonalizmem i samym pojmowaniem swojej ukraińskości. Wielokrotnie zwyczajnie wybuchałem śmiechem, narażając się na nieco zdziwione spojrzenia żony.

„Ahatanael” można też odczytać na nieco głębszym poziomie, jako opowieść będącą próbą zrozumienia własnego miejsca, wyboru właściwej drogi, tego wszystkiego, co rozumiemy mówiąc o zaplanowaniu przyszłości. I to właśnie ten głębszy sens czyni tę książkę tak dobrą lekturą adresowaną nie tylko do kobiet. To po prostu bardzo dobra powieść o współczesnym życiu, warta przeczytania.

Andrzej Ziemiański TOY WARS


Lektura książki Ziemiańskiego przypomina skok do głębokiej czarnej wody – nie można złapać tchu, niewidzialne siły miotają twoim ciałem, tysiące myśli przebiega umysł w ułamku sekundy, czas paradoksalnie zwalnia mimo uczucia ogromnego pędu. Nawet nie za bardzo można zarejestrować moment, w którym przewracamy ostatnią już stronę i wracamy do rzeczywistości, w której tkwimy spokojnie w fotelu. I mogłoby owe przeżycie naprawdę być wstępem do czegoś więcej, co zwykle można doświadczyć przy lekturze powieści pokazującej kawałek świata w nowy dla nas sposób. Niestety, po lekturze TOY WARS wrażenia mijają równie szybko, jak wysycha woda po skoku do basenu w upalny dzień. Albo nawet szybciej.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to literatura rozrywkowa i jej celem jest dostarczenie czytelnikowi owej rozrywki na czas lektury i nic poza tym. Zdaję sobie także sprawę z istnienia licznych fanów, tak gatunku en masse, jak i tego właśnie pisarza. Ale staram się patrzeć obiektywnym okiem i nadal nie mam tak naprawdę pojęcia, z jakiego powodu to jest dobra literatura. Dialogi, mających sprawiać wrażenie „mięsistych” są po prostu mówione w nieistniejący nigdzie sposób, gdzie skumulowanie bluzgów, niewybrednych epitetów i pieszczotliwych(?) zdrobnień ma prawdopodobnie  wpędzić w kompleksy zawodowych żołnierzy lub ludzi z półświatka. Zresztą, TOY WARS opowiada o ludziach pochodzących ze styku obu. Postaci głównych bohaterów, najemników światowej klasy, dla których prawdziwym życiem jest walka,  sprawiają mocno karykaturalne wrażenie, jakby miały parodiować samych siebie. Widać to zwłaszcza w przestrzeganiu niemalże uświęconego przekonania o tym, iż  prawdziwą przyjaźń można spotkać tylko na polu bitwy, choć i to nie zawsze, bo zaufanie to delikatna sprawa, jak wiadomo z tylu innych dzieł, nie tylko literackich, przedstawiających życie żołnierzy do wynajęcia. Nie jestem jednak przekonany, czy wymienione wyżej grupy społeczne zdecydują się poświęcić swój cenny czas na lekturę TOY WARS. Wątpię bowiem, by były one „targetem” autora. Jak sam bowiem wspomina – dość często! – w wywiadach, on chce być czytany przez biznesmenów w trakcie podróży i chce dać im poczucie przeżycia czegoś, o czym w głębi serca marzy każdy facet. I chyba z tego względu tematem wiodący jest seks, zabijanie i narkotyki.

Niestety, właśnie ów słynny odbiór grupy docelowej zaważył mocno nad tą powieścią. Wszyscy przyciągnięci sławą „Achai”, będą rozczarowani mocno. Jedyną wspólną rzeczą między tymi dwoma utworami jest obsadzenie kobiety w roli głównej bohaterki. Cała reszta to podrzędna próba napisania thrillera, gdzie próżno szukać nie tylko opisów przyrody, ale także dowodów na odczuwanie uczuć przez bohaterów. W dodatku postaci kobiece są opisane w tak szowinistyczny sposób, że autor powinien wystrzegać się spotkań z feministkami, choć wątpliwe, by TOY WARS stało się lekturą z zakresu gender studies. Całość zaś sprawia wrażenie skleconej na siłę opowieści, z której nic nie wynika. A przecież mogłoby być lepiej, nieprawdaż?

Artur Górski „Al Capone w Warszawie”


Książka Górskiego to kolejny dowód na wciąż rosnącą popularność kryminałów retro, dziejących się w międzywojennej Polsce. Od czasu debiutu Marka Krajewskiego i jego cyklu o przygodach i śledztwach Eberharda Mocka, można zaobserwować stały wzrost zainteresowania podobnym klimatem powieściowym. A skoro jest na takie historie popyt, przybywa autorów piszących powieści w takich realiach i przybywa wydawców tego typu opowieści. Z mojego punktu widzenia, jako wielbiciela wszelakich utworów o tematyce kryminalnej, to naprawdę porządana sytuacja, mam bowiem z czego wybierać, mówiąc kolokwialnie.

Powieść Górskiego to bardzo poetyckie spojrzenie na naszą stolicę końca lat trzydziestych. Piszę poetyckie, bo właśnie takie uczucia wzbudza lektura książki. Przy czym jest to poetyka w takim romantycznym mocno stylu, odwołująca się do mitu Warszawy jako „Paryża Północy”, do filmów i szlagierów muzycznych epoki, do wspomnień rozrywkowego życia nocnego ówczesnej stolicy. Praktycznie na każdej stronie, a jest ich równo dwieście, znajdziemy mniej lub bardziej dosłowne opisy ówczesnej rzeczywistości. Mam nawet wrażenie, że momentami to po prostu zwykła obyczajowa powieść, w której wątek kryminalny spełnia się niejako na drugim planie. Wyraźnie widać to w drugiej części powieści, co daje poczucie zagubienia się autora we własnej fabule. A może to był jednak efekt zamierzony? Górski bowiem często podejmuje swego rodzaju grę z czytelnikiem, starając się mnożyć odniesienia do rzeczywistości nam współczesnej (polecam zwłaszcza scenę, w której inspektor marzy o wchodzeniu do domu podejrzanego po wysadzeniu drzwi, z długą bronią gotową do strzału, czy scenę finałową). Autor sam zresztą wspomina na wstępie o rozrywkowym przeznaczeniu swojej powieści i trzeba przyznać, że pod tym względem zamierzenie twórcy zostało zrealizowane. Perypetie śledcze komisarza Mieczysława Warsa i partnerującej mu podkomisarz Ludwiki Sawickiej czyta się naprawdę dość lekko i przyjemnie, co czyni z książki doskonała lekturę na letnie, urlopowe dni. A lato już się przecież zbliża.