powieść polska

Konrad T. Lewandowski, Bursztynowe królestwo


Jesteście sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której z rozbiorów wyłania się Druga Rzeczpospolita Obojga Narodów, w której na tronie zasiada Chińczyk i przyjmuje miano Władysława V? Ja osobiście przyznaję, że na coś takiego chyba bym nie wpadł. Zapewne z tego też powodu nie jestem jednym z ciekawszych polskich autorów a krytykiem, który lubi się poznęcać i pomarudzić, choć racji często nie ma. Trudno jednak odmówić książce Lewandowskiego siły, przed którą pokornie chylę czoła, z braku kapelusza oczywiście.  (więcej…)

Reklamy

Marcin Wolski, Drugie życie


Marcin Wolski ostatnimi czasy wydaje tak często, że można się zaniepokoić trochę o to, czy to, co dostajemy do ręki, ma jakąś wartość. W przypadku powieści Drugie życie to pytanie jest w pełni uzasadnione. Pośpiech jest złym doradcą dla wszystkich, dla pisarzy jednak jest doradcą najgorszym.

Marcin Wolski, Drugie życie

Marcin Wolski, Drugie życie

Jak zwykle u Wolskiego fantastyka miesza się z sensacją i przygodą. Bohater Drugiego życia staje przed szansą, o jakiej marzą wszyscy ludzie. Na progu śmierci odziedzicza ogromny spadek, po czym dowiaduje się, że dzięki pieniądzom może skorzystać z kuracji, która odmłodzi go o kilkadziesiąt lat. Któż nie chciałby takiej okazji? Pytanie jest oczywiście retoryczne, las rąk widzi oczyma wyobraźni każdy, kto chciałby zadać je publicznie. Wszystko zatem w porządku, mamy nośny temat, czytelnik jest chwycony za gardło, powieść nabiera tempa.

Powodzenie innych jest solą w oku dla drugich. Cudownie ocalonego od śmierci bohatera wielu będzie ścigało, by przejąć jego ogromny majątek. Przy okazji pozwiedzamy świat, co również jest przyjemne i odprężające. Właściwie wydaje się, że powieść Drugie życie ma w sobie wszystko, o czym chcielibyśmy sobie poczytać dla relaksu.

Tutaj prawdopodobnie tkwi największy problem z tą książką Marcina Wolskiego. Teoretycznie posiada wszystkie elementy dobrej literatury rozrywkowej, więc powinna być dobra. Efekt końcowy wymieszania wszystkich elementów daleki jest jednakże nie tyle od doskonałości, ale zaledwie jest poprawny. Perypetie bohatera są po jakimś czasie przewidywalne, podobnie jak cudowne ocalenia z serii zamachów. Mafiozi są nieudolni, a nawrócenie się jednego z nich na ścieżkę dobra równie prawdopodobne jak wygranie głównej nagrody w totka. Do tego wątek miłosny, rozgrywany przez pisarza w dwóch wariantach – nieskonsumowanej miłości bohatera do ekskluzywnej kurtyzany i jednoczesnym niedostrzeganiu prawdziwej miłości w postaci wiernej towarzyszki pielęgniarki. Opis sceny miłosnej, w której wreszcie oboje wyznali sobie miłość jest na dodatek pisany językiem tak banalnym i pełnym komunałów, że czyta się to jak opowiadanie zakochanego „na zabój” gimnazjalisty. Mam wrażenie, że Wolski popadł podczas pisania tej książki w rutynę, że zwyczajnie „odpuścił” sobie jakąkolwiek kreatywność w tym, co robi. Ot, układał dobrze sobie znane elementy układanki, które dotychczas działały na czytelników. W tym wypadku nie wyszło, nawet humor zaledwie pobrzmiewa echami dawnej świetności.

Drugie życie zupełnie nie przypadło mi do gustu. Zamiast rozrywki dostałem raczej porcję nieustannej irytacji. Być może są i zwolennicy zgrzytania zębami podczas lektury, ja się jednak wolę dobrze bawić. Przy tej powieści Marcina Wolskiego to jednak zupełnie niemożliwe.

Piotr Pochuro, Cena za honor


Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce. Czy jednak po tytule już można? Wydaje mi się, że tak. No bo chyba od razu wiadomo, czego się spodziewać po mocnych słowach Cena za honor? W książce o której dziś wszystko jest zresztą dopasowane – tytuł podkreśla okładka, na której widnieje pistolet Walther, parę nabojów i jakieś odpryski krwi. Tak, tak, o pomyłce nie może być mowy, to proza męska aż do bólu. Do wielu bólów, szczerze mówiąc.

pobrane (1)Kiedy policjanci zatrzymują hurtownika narkotyków wraz z jego wytwórnią amfetaminy, dla aspiranta Bzyka nie oznacza to wcale końca długiego i żmudnego śledztwa. Nasz bohater dopiero teraz chce naprawdę rozwinąć skrzydła i zająć się rozpracowywaniem całości gangu, w którym zatrzymany odgrywał tylko jedną z ról, wcale zresztą nie najważniejszą. Okazuje się jednak, że to nie będzie takie łatwe. Im więcej dowiaduje się ze śledztwa, tym bardziej ktoś chce go od sprawy odsunąć. Rozgrywka między policjantem a gangsterem zamienia się w personalny pojedynek. I zwycięstwo sprawiedliwości wcale nie jest takie pewne…

Wspomniałem na początku o okładce, a raczej o strasznej sztampie bijącej z niej w oczy. Niestety, takiej sztampy jest w pomiędzy okładkami jeszcze więcej, w dość sporych ilościach. Piotr Pochuro wziął się za pisanie książki o twardych policjantach zgodnie ze starym schematem i w gruncie rzeczy nie ma w nim nic do powiedzenia. Wszystko jest znane, ograne, właściwie banalne. Być może takie jest życie prawdziwych policjantów, ale nie wierzę, że wszyscy są aż tak przewidywalni. Tacy ludzie po prostu nie istnieją, nie istnieje czarno-biały świat.

Ileż można czytać o ostatnim sprawiedliwym, który dla pracy policjanta poświęca rodzinę, znajomych, całe życie? Ileż można zaczytywać się tym, jak to policjanci mało zarabiają, a jednak trwają na posterunkach? Ileż wreszcie można czytać tę samą historię o układzie, który dotyka samej góry? W tej książce mamy wszystko to, co znane z powieści policyjnej (nie tylko zresztą polskiej) w pigułce. Twardy gliniarz i wyrozumiały szef to figury do cna zgrane, jednowymiarowe i w gruncie rzeczy nudne. Owszem, twardość i nieustępliwość aspiranta zajmuje nas przez chwilę, nawet możemy mu trochę współczuć, ale w gruncie rzeczy nuży nas kowbojski scenariusz. Jakieś uczucia – jak choćby cały wątek rodziny naszego nieustraszonego – jest łzawy i żenujący w sposób tak nieprawdopodobny, że dawno już takiego nie czytałem. Humor niby też jest, ale śmieszniejszy wydaje się być proces śledzenia budowania tychże żartów, bo poziom ich niewart jest wspomnienia.

Jedna, jedyna niespodzianka znajduje się na końcu powieści. W związku z tym, że jest na końcu, zdradzał nie będę, ale wydaje mi się, że to jedyna w pełni pozytywna rzecz, którą można powiedzieć o tej powieści. Reszta  jest niestety żmudną powtórką z rozrywki. Jeśli ktoś lubi tego typu rzeczy, to można, ale ostrzegam, że to raczej czytanie dawno już napisanych książek.

Pisarz, który ukradł zbrodnię


Michał Witkowski, Drwal

Michał Witkowski, jak zapowiadał to wszem i wobec w każdym dostępnym sobie medium, zapragnął stworzyć kryminał. Literaturę, jak sam niejednokrotnie podkreślał, lekką, łatwą i przyjemną – jednym słowem dla wszystkich. W efekcie otrzymaliśmy opasłą księgę zatytułowaną Drwal, która miała być ucieleśnieniem owego zniżenia się do czytelniczego ludu. Czy jednak zamierzenie autora nie przerosło cokolwiek jego osoby? I czy naprawdę dostaliśmy świetny kryminał, którego lektura będzie wspaniałą rozrywką w długie zimowe wieczory?drwal_witkowski

Początek książki jest naprawdę dobry. Pisarz, znany i rozpoznawany tu i ówdzie, w miejscach często nieoczekiwanych, zmierza do odludnego domku gdzieś w pobliżu Międzyzdrojów, by tam napisać dzieło, mające mu przynieść sławę i pieniądze. Niekoniecznie zresztą w tej kolejności. Wybiera odludzie i wybrzeże w zimie, dla lepszej koncentracji pisarskiej weny. Liczy również na to, że temat powieści objawi mu się już w trakcie pisania. Zamieszkuje u poznanego wcześniej odludka, który ma zapewnić twórcy dach nad głową podczas twórczego procesu przelewania na papier stanu ducha. Szybko okazuje się, że jest postacią na tyle intrygującą, by stać się główną zagadką tej książki. Autor-narrator zaczyna z pasją odtwarzać tajemniczą historię swojego gospodarza.

Powieść, tu się powtórzę, zaczyna się świetnie. Odpowiedni nastrój grozy udaje się pisarzowi zbudować niemal od pierwszej strony. Niestety, im dalej tym gorzej, nie tylko z nastrojem. Rozłazi się w szwach akcja, pękając niczym zbyt mały garnitur. W efekcie przechodzimy do czegoś w rodzaju powieści o powieści, metanarracyjnej „poważnej” literatury, ale przejście to nie jest ani łagodne ani nawet uzasadnione czymś więcej, niż dziecinnym pragnieniem autora, który chciałby dorównać twórcom swych idoli z okresu dorastania. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że pisanie powieści popularnych nie jest takie proste. Być może przeszkadza w tym wcześniejszy dorobek, być może zaś zwyczajnie trzeba mieć do tego talent. Witkowski w swej książce pokazuje, że do pisania w stylistyce literatury popularnej zwyczajnie się nie nadaje.

Witkowski usiłuje grać wieloma konwencjami. Ta gra na wielu bębenkach nie jest jednak prosta, o czym przekonać się może na własne oczy czytelnik jego książki. Obok naprawdę dobrych momentów dostajemy dłużyzny i formy, które po prostu są nieudanymi próbami, stojącymi gdzieś na pograniczu dziennika i felietonu, niekoniecznie zasługującymi na okazanie publiczności. Z jakąś wewnętrzną perwersją, bliską niemal duchowemu ekshibicjonizmowi, autor obnaża się w najbardziej intymnych momentach procesu twórczego, co w żaden sposób nie ratuje jednak wyraźnie kulejącej fabuły. Ten brak zdecydowania, owo poszukiwanie, jest zapewne ciekawe z punktu widzenia badaczy literatury lub krytyków patrzących z wyżyn uniwersyteckich katedr, ale nijak ma się do docierania do masowego odbiorcy, oczekującego zupełnie innej prozy. Z tego punktu widzenia należy zatem wysiłek Witkowskiego uznać za zmarnowany, a jego zamysł za zupełnie chybiony.

Wszyscy ci, którzy zaczną czytać Drwala z uwagi na osobę autora, mogą podczas lektury poczuć się w miarę usatysfakcjonowani. Znajdą tam sporo tego, za co cenią dotychczasowe pisarstwo Witkowskiego. Dobre wyczucie melodyczności języka, surrealistyczny nastrój przeżywany przez bohaterów właściwie jako część życia, momenty odniesień do tu i teraz. Cała reszta jednak, zwabiona potencjalną zbrodnią, na pewno poczuje się zawiedziona. Bo Drwal to właśnie książka, która z kryminałem nie ma nic wspólnego. A całą zbrodnię popełnił tutaj pisarz, kradnąc czytelnikom owe przestępstwo i związane z nim dochodzenie do prawdy o tym, co wydarzyło się w przeszłości.

Oczywiście, można odczytywać Drwala jako zabawę właśnie, jako próbę skierowania wytartej nieco stylistyki literatury popularnej w stronę czegoś więcej niż zwykła rozrywka. W tej formie zapewne powieść broni racji swego istnienia. To jednak niewielkie pocieszenie w chwili uświadomienia sobie, że kupiliśmy coś, co nie spełnia swej podstawowej funkcji., jaką miała być proza lekka, łatwa i przyjemna. Wynikające z tego faktu rozczarowanie może bowiem sprawić, że zaprzestaniemy poszukiwań w ogóle, nie ufając już nikomu, kto mówi czy pisze o książkach. Skoro sam autor okpił nasze oczekiwania, nie pozostanie nic innego, jak powrót do bezpiecznych i utrwalonych nazwisk, które dostarczą to, czego się po nich spodziewamy. I w tym sensie największa to porażka Witkowskiego. Niezrozumienie jego podejścia będzie bowiem rzutować na wszystko, co napisze teraz. Nie będzie już bowiem wiarygodny ani jako obrazoburczy pisarz ani jako twórca dla szerokich mas. Czas pokaże, czy moja diagnoza jest słuszna.

Krzysztof Mroczko