powieść policyjna

Robert Ziółkowski, Łowcy głów


Ostatnio poznęcałem się trochę nad książką byłego policjanta, co opisał życie naszych rodzimych „psów” w sposób tak płytki, że nie dało się tego czytać bez zażenowania. Dla zachowania duchowej równowagi polecam debiut Roberta Ziółkowskiego. Jego Łowcy głów to książka uczciwa. Po prostu.

Fabuła to rzecz prosta i jednocześnie intrygująca w swojej prostocie. Trzy różne opowieści, które łączy jedno – policyjne poszukiwania mordercy. Powieść policyjna Ziółkowskiego nie opiera się jednak na schematyzmie wymyślonym za biurkiem.

Robert Ziółkowski, Łowcy główy

Robert Ziółkowski, Łowcy głów

 Ziółkowski daje nam historie z życia wzięte, bez większych upiększeń mówiące o nas więcej, niż tomy psychologicznych analiz. Pierwsza opowieść to rzecz o tym, jak zazdrosny mąż szuka krwawej zemsty, a policjanci szukają jego. Niby nic wielkiego, zwykła policyjna robota i jej blaski i cienie, ale Ziółkowskiemu udaje się przedstawić to, czego nikt przed nim nie zrobił. Jego bohaterowie to nie tylko ludzie z krwi i kości, ale to przede wszystkim zwyczajni ludzie.

Druga, najobszerniejsza historia dwóch braci i dawnego morderstwa jest opowieścią o tym, jak łatwo przypadek decyduje o wszystkim, zmieniając nasze życie diametralnie. Dwóch zwykłych młodych ludzi musi uciekać, stosować przemoc, staje się nieczułymi zabójcami i bezwzględnymi zabójcami. Przypadek niczym z antycznej tragedii, w której tak naprawdę nie ma wygranych.

Ostatnia historia opowiada nie tylko o poszukiwaniu zbrodniarza, który morduje kilkuletniego chłopca. Jej główną historią jest reakcja jednego z policjantów, który tak się angażuje w sprawę, że chce po prostu zabić sprawcę. Ten cały proces opisany jest bez zbędnych ozdobników, bez wielkich teorii tłumaczących takie czy inne zachowanie. To po prostu opowieść o tym, jak łatwo w tej pracy się załamać, stać się kimś zupełnie innym w sposób zupełnie niezauważalny dla samego siebie. Stąd te wszystkie rozwody, rodzinne tragedie, nałogi.

Ziółkowski nie moralizuje, nie demonizuje, nie straszy. Pisze jak jest, ni mniej ni więcej. Jasne, że czasem robi to nieco nieporadnie językowo, bo niektóre zwroty rażą nieco gimnazjalnym natchnieniem, ale ma przy tym coś, czego nie mają autorzy sensacyjnych powieści. Autentyzm wzięty z życia na ulicy. Jeśli ktoś nie boi się stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, książkę Ziółkowskiego przeczytać musi.

Piotr Pochuro, Cena za honor


Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce. Czy jednak po tytule już można? Wydaje mi się, że tak. No bo chyba od razu wiadomo, czego się spodziewać po mocnych słowach Cena za honor? W książce o której dziś wszystko jest zresztą dopasowane – tytuł podkreśla okładka, na której widnieje pistolet Walther, parę nabojów i jakieś odpryski krwi. Tak, tak, o pomyłce nie może być mowy, to proza męska aż do bólu. Do wielu bólów, szczerze mówiąc.

pobrane (1)Kiedy policjanci zatrzymują hurtownika narkotyków wraz z jego wytwórnią amfetaminy, dla aspiranta Bzyka nie oznacza to wcale końca długiego i żmudnego śledztwa. Nasz bohater dopiero teraz chce naprawdę rozwinąć skrzydła i zająć się rozpracowywaniem całości gangu, w którym zatrzymany odgrywał tylko jedną z ról, wcale zresztą nie najważniejszą. Okazuje się jednak, że to nie będzie takie łatwe. Im więcej dowiaduje się ze śledztwa, tym bardziej ktoś chce go od sprawy odsunąć. Rozgrywka między policjantem a gangsterem zamienia się w personalny pojedynek. I zwycięstwo sprawiedliwości wcale nie jest takie pewne…

Wspomniałem na początku o okładce, a raczej o strasznej sztampie bijącej z niej w oczy. Niestety, takiej sztampy jest w pomiędzy okładkami jeszcze więcej, w dość sporych ilościach. Piotr Pochuro wziął się za pisanie książki o twardych policjantach zgodnie ze starym schematem i w gruncie rzeczy nie ma w nim nic do powiedzenia. Wszystko jest znane, ograne, właściwie banalne. Być może takie jest życie prawdziwych policjantów, ale nie wierzę, że wszyscy są aż tak przewidywalni. Tacy ludzie po prostu nie istnieją, nie istnieje czarno-biały świat.

Ileż można czytać o ostatnim sprawiedliwym, który dla pracy policjanta poświęca rodzinę, znajomych, całe życie? Ileż można zaczytywać się tym, jak to policjanci mało zarabiają, a jednak trwają na posterunkach? Ileż wreszcie można czytać tę samą historię o układzie, który dotyka samej góry? W tej książce mamy wszystko to, co znane z powieści policyjnej (nie tylko zresztą polskiej) w pigułce. Twardy gliniarz i wyrozumiały szef to figury do cna zgrane, jednowymiarowe i w gruncie rzeczy nudne. Owszem, twardość i nieustępliwość aspiranta zajmuje nas przez chwilę, nawet możemy mu trochę współczuć, ale w gruncie rzeczy nuży nas kowbojski scenariusz. Jakieś uczucia – jak choćby cały wątek rodziny naszego nieustraszonego – jest łzawy i żenujący w sposób tak nieprawdopodobny, że dawno już takiego nie czytałem. Humor niby też jest, ale śmieszniejszy wydaje się być proces śledzenia budowania tychże żartów, bo poziom ich niewart jest wspomnienia.

Jedna, jedyna niespodzianka znajduje się na końcu powieści. W związku z tym, że jest na końcu, zdradzał nie będę, ale wydaje mi się, że to jedyna w pełni pozytywna rzecz, którą można powiedzieć o tej powieści. Reszta  jest niestety żmudną powtórką z rozrywki. Jeśli ktoś lubi tego typu rzeczy, to można, ale ostrzegam, że to raczej czytanie dawno już napisanych książek.