powieść milicyjna

Barbara Nawrocka, Zatrzymaj zegar o jedenastej


Dawno już nie miałem w ręce kryminału milicyjnego, z radością więc rzuciłem się na książkę Barbary Nawrockiej. Rzuciłem się, pożarłem i chcę jeszcze. Mimo upływu ponad czterech dekad książkę nadal czyta się w miarę dobrze. Ma oczywiście pewne znaki swoich czasów, ale właśnie za to kochamy milicyjne kryminałki, czyż nie? (więcej…)

Reklamy

Tadeusz Kostecki, Śmierć przyszła w południe


Powieść milicyjna nie musi wcale być nudną propagandową ramotą, w której wszystko jest jasne od początku do końca. Udowadnia to Tadeusz Kostecki, którego Śmierć przyszła w południe jest naprawdę udaną próbą wyjścia ze sztywnego gorsetu schematyzmu.

Tadeusz Kostecki Śmierć przyszła w południe

Tadeusz Kostecki Śmierć przyszła w południe

Powieść właściwie jest powieścią milicyjną o tyle tylko, że śledztwo prowadzą milicjanci. Z samej Komendy Głównej, a jakże. Autor, dość przewrotnie dodajmy, daje im do rozwiązania zagadkę ściśle klasyczną. Śmierć w zamkniętym pokoju, ściśle określona grupa podejrzanych, z których każda ma niepodważalne alibi i śledztwo polegać może jedynie na bezustannych rozmowach z podejrzanymi. Oczywiście, rozmowy ujawniają, że wszyscy kłamią, ale wcale nie przybliża to rozwiązania tajemniczej śmierci słynnego profesora. Podejrzani pojawiają się i znikają niemal równie szybko, nowe hipotezy zostają obalane nowymi faktami, czytelnik na pewno nie będzie się nudził. Nie wspominając o ostatecznym wyjaśnieniu całej sprawy, bo to jest naprawdę dowód na to, że Kostecki opanował sztukę pisania kryminałów w stopniu najwyższym.

Niezwykłe są w tej powieści dialogi. Pisarz postanowił zapisywać ludzi tak, jak mówią i wychodzi z tego – zwłaszcza na początku – nieco męczący  dla czytelnika efekt. Po kilkudziesięciu stronach można jednak zauważyć, że nagle ten sposób rozmowy – zwłaszcza milicjantów między sobą – jest w gruncie rzeczy jedną z zalet powieści. Odejście od wygładzonej literatury na rzecz „powszedniości” dialogów dało w sumie całkiem przyzwoity rezultat, gdyż dzięki temu książka zwyczajnie nie nudzi. Istniejące żarty językowe, cięte riposty i dopowiedzenia przywodzą na myśl raczej czytanie sztuki teatralnej. Być może wzięło się to ze specyfiki pisania tej powieści – ukazywała się w odcinkach w jednej z gazet. Jak zaś wiadomo, takie odcinki zbyt nużące być nie mogły.

Śmierć przyszła w południe to jedna z lepszych realizacji powieści milicyjnej, jaką przyszło mi czytać od bardzo długiego czasu. Kto chce się przekonać, że o „nadludziach w niebieskich mundurach” można pisać bez propagandowego patosu, niech śmiało sięga po książkę Kosteckiego. To naprawdę udane połączenie milicji z klasyką może sprawić, że innym okiem popatrzymy na twórców kryminału epoki PRL-u.

Andrzej Wydrzyński, Czas zatrzymuje się dla umarłych


Czy można w jednej książce połączyć wszystko to, co znamy z literatury sensacyjnej bez popadania w coś zupełnie niestrawnego dla czytelnika? Dziś, w drugiej dekadzie XX wieku odpowiedź twierdząca wydaje się tak oczywista jak twierdzenie Kopernika. Z całą pewnością nie było takie czterdzieści lat temu, gdy Andrzej Wydrzyński napisał Czas zatrzymuje się dla umarłych. Moim zdaniem jego powieść wytrzymała próbę czasu.

wydW zakładach „Proton” ginie kasjer. Dziwne są jednak okoliczności tej śmierci – nie giną pieniądze przeznaczone na wypłaty dla całego zakładu (a więc spore), a ciało kasjera znajduje się w zamkniętej szafie pancernej. Kiedy kapitan Paweł Wójcik zaczyna przyglądać się osobie zabitego, nowe informacje jedynie gmatwają obraz sumiennego i uczciwego kasjera. Im więcej szczegółów, tym więcej pytań. W rezultacie zwierzchnicy decydują o zawieszeniu sprawy. Kapitan jednak nie zazna spokoju, dopóki nie złapie mordercy. A ten poczyna sobie coraz śmielej – zabija kolejne osoby, zacierając ślady. Oczywiście, sprawiedliwość ostatecznie zatryumfuje, ale nie będzie to wcale zwycięstwo, którym należałoby się chwalić.

Wydrzyński, jak już wspomniałem na wstępie, miesza gatunki, a ściślej rzecz biorąc style powieści kryminalnej jako takiej. Powieść milicyjna to oczywistość, inne nie zdarzały się w Polsce pod rządami Gomułki. Autor korzysta jednak obficie z innych źródeł. Nawiązaniem do klasyki jest zagadka zamkniętego pokoju, w którym ginie kasjer. Sama postać kapitana Wójcika to jakby polski odpowiednik Marlowe’a, choć oczywiście z uwzględnieniem realiów PRL. Wpleciony wątek szpiegowski nie razi sztucznością, niemniej jednak sam chwyt bywał ówcześnie stosowany tak powszechnie, że w gruncie rzeczy dziś wydaje się jedynie ramotą, nawet jeśli dość sprawnie opisaną. I to chyba jedyna skaza na tej powieści.

Czas zatrzymuje się dla umarłych to na pewno nie jest książka idealna, pozbawiona wad. Na tle swojej epoki jest jednak jednym z najjaśniejszych dzieł, które znamy jako literacką spuściznę określaną zbiorczo mianem powieści milicyjnej. Kto szuka czegoś odmiennego od nadmiernego psychologizmu współczesnej sensacji, książkę Wydrzyńskiego poznać musi. To jeden z tych autorów, których wstydzić się nie mamy powodu. Warto naprawdę poświęcić wieczór Wydrzyńskeimu, z jednym wszakże zastrzeżeniem – dzieło raczej nie dla ludzi nie przepadających za klasyką gatunku.

Książka została wydana w reedycji serii Klub Srebrnego Klucza z bonusem. Jest nim płyta DVD z filmem Tylko umarły odpowie, będącym ekranizacją powieści. Moim skromnym zdaniem film również jest udany, choć różni się kilkoma szczegółami. Dobre kino w stylu noir, choć z milicjantami w roli głównej. A także dla tych, co wolą ekranizacje książek:

Marek Ołdakowski, We mgle


Powieść milicyjna w XXI wieku? Dlaczego nie, jak dowodzą coraz liczniejsze przypadki. Po książkach między innymi Ryszarda Ćwirleja czy Tadeusza Cegielskiego, także i Marek Ołdakowski sięga po tę stylistykę. I – przynajmniej wśród tych wyżej wymienionych – najbardziej trzyma się od dawna już ustalonych reguł kanonu gatunku. Co rzecz jasna wcale nie znaczy, że jego książka jest kiepska.

we-mgle-b-iext22022304Porucznik Piotr Skonar cieszy się na nadchodzący urlop i możliwość wyrwania się z codziennej harówki w stołecznej komendzie. Jak to jednak w życiu oficera Milicji Obywatelskiej bywa, zbrodnia towarzyszy mu wszędzie, gdziekolwiek by się nie udał. Mała nadmorska wioska nawet pod koniec sezonu pełna jest ludzi. Gdy ginie jedna z wczasowiczek wszystko zdaje się wskazywać na jej adoratora, studenta z Warszawy. Chcąc nie chcąc porucznik pomaga miejscowym milicjantom w śledztwie. Kiedy zostaje zamordowany jeden z potencjalnych świadków a podejrzany student znika, rozwiązanie zagadki wydaje się oczywiste. Porucznik Skonar ma jednak coraz większe wątpliwości. Postanawia sprawdzić jeszcze inne wątki tej sprawy.

Ten krótki opis mówi chyba wystarczająco wiele. Marek Ołdakowski żadnego prochu nie wymyśla. Robi za to przegląd najczęstszych motywów obecnych w powieści milicyjnej i miksuje je ze sobą tak, by uczynić strawnym dla czytelnika mu współczesnego. Rezultat końcowy ma niewątpliwie pewien urok. Zwłaszcza, że sprawna żonglerka nie wszystko, czym dysponuje pisarz. Każdy miłośnik milicyjnych śledztw bez trudu zauważy nie tylko sprawne posługiwanie się motywami. Najbardziej udaną częścią autorskiej roboty jest bowiem specyficzny język powieści, wręcz wprost zaczerpnięty z klasyków gatunku w rodzaju Edigey’a czy Zborowskiego. Język, fabuła, bohaterowie – wszystko tak, jak dawniej, a przecież jednak jakoś fascynują. Być może właśnie dzięki temu drobiazgowemu oddaniu realiów minionej epoki, czytelnik może trzymać w ręce naprawdę interesującą książkę.

Polecam nie tylko fanom gatunku. We mgle to po prostu dobry polski kryminał, nie przynoszący ujmy autorowi i zdecydowanie lepszy od wielu innych na naszym rynku. Aby się nim delektować nie trzeba też unosić się na – narastającej od jakiegoś czasu przecież – fali nostalgicznego obrazu PRL, w którym było fajnie. Nie było, ale śledztwa na pewno wydawały się łatwiejsze. Wszak nad wszystkim czuwała ludowa władza.

Propagandowa ramota


Jerzy Siewierski, Tam, gdzie diabeł ma młode.

Powieść milicyjna potrafi czasem zaskoczyć. Nie trzeba wcale tęsknić za PRL, by poczuć nić sympatii dla czasów, gdy wszystko było zwyczajnie prostsze. Wbrew pozorom oddane realia, odczytywane oczywiście z dużą dozą krytycznego spojrzenia, mogą stanowić ciekawy materiał. Większości książek kryminalnych z tamtych lat nie da się jednak dziś czytać bez uczucia ogromnego zażenowania, podobnym do tego, jaki odczuwał Stanisław Barańczak już trzy dekady temu. Z dziełem tego typu mamy do czynienia właśnie w przypadku tej konkretnej powieści Jerzego Siewierskiego.

images (1)1947 rok nie przynosi wcale powszechnego pokoju. Zwłaszcza na Ziemiach Zachodnich, wkrótce zresztą przemianowanych na Odzyskane przez komunistyczną propagandę. Szczecin, a przede wszystkim Świnoujście to miasta portowe, miasta do których uciekają ludzie z przeszłością. Jest Świnoujście także miastem przemytników, zarabiających na przerzucie ludzi do Szwecji. Losy byłego partyzanta, który nie chce mieć już nic wspólnego ze swoim dawnym oddziałem splotą się z bandą przemytników, byłym dowódcą UPA i – jakżeżby inaczej – z dzielnymi chłopcami z MO i UB. Finalna rozprawa będzie niezwykle krwawa, ale jej wynik znamy jeszcze przed rozpoczęciem lektury. Wygrać mogli tylko jedni, prawda?

Ten propagandowy schematyzm w powieści Siewierskiego zwyczajnie nudzi do bólu. Ani przez moment nie mamy wątpliwości kto jest dobry a kto zły, nie mamy także nadziei na jakiś nieoczekiwany zwrot akcji. Wszystko przebiega zgodnie z planem, jaki naszkicowano jeszcze w latach socrealizmu. Choć Tam, gdzie diabeł ma młode pochodzi z roku 1981 to jednak nie różni się zasadniczo od tego, co przedstawiano w tzw. produkcyjniakach w czasach stalinizmu. Partyzant to bandyta i element „czarnej reakcji”, przyszłość zaś jest świetlana i należy do zwolenników władzy, której zbrojnym ramieniem jest UB. Każda strona tej w sumie niewielkiej książeczki – 146 stron kieszonkowego wydania – tchnie duchem znanym z propagandy. W rezultacie sprawia, że całość fabuły przestaje być istotna. Nie jest ważne, kto i dlaczego robi to, co robi, a nawet jak się nazywa. Wiadomo, gdzie leży prawda i kto ma – historyczną, a jakże! – rację. Wszak historia nie może się mylić.

Dziś, w 2013 roku, powieść Siewierskiego jest tylko ramotą, nieudaną już w momencie swojej produkcji. Zachwycić może tylko czytelników szukających nostalgicznych wspomnień lub historyków literatury. Reszta ludzkości na pewno może sobie darować.