polskie kryminały

Tadeusz Kostecki, Śmierć przyszła w południe


Powieść milicyjna nie musi wcale być nudną propagandową ramotą, w której wszystko jest jasne od początku do końca. Udowadnia to Tadeusz Kostecki, którego Śmierć przyszła w południe jest naprawdę udaną próbą wyjścia ze sztywnego gorsetu schematyzmu.

Tadeusz Kostecki Śmierć przyszła w południe

Tadeusz Kostecki Śmierć przyszła w południe

Powieść właściwie jest powieścią milicyjną o tyle tylko, że śledztwo prowadzą milicjanci. Z samej Komendy Głównej, a jakże. Autor, dość przewrotnie dodajmy, daje im do rozwiązania zagadkę ściśle klasyczną. Śmierć w zamkniętym pokoju, ściśle określona grupa podejrzanych, z których każda ma niepodważalne alibi i śledztwo polegać może jedynie na bezustannych rozmowach z podejrzanymi. Oczywiście, rozmowy ujawniają, że wszyscy kłamią, ale wcale nie przybliża to rozwiązania tajemniczej śmierci słynnego profesora. Podejrzani pojawiają się i znikają niemal równie szybko, nowe hipotezy zostają obalane nowymi faktami, czytelnik na pewno nie będzie się nudził. Nie wspominając o ostatecznym wyjaśnieniu całej sprawy, bo to jest naprawdę dowód na to, że Kostecki opanował sztukę pisania kryminałów w stopniu najwyższym.

Niezwykłe są w tej powieści dialogi. Pisarz postanowił zapisywać ludzi tak, jak mówią i wychodzi z tego – zwłaszcza na początku – nieco męczący  dla czytelnika efekt. Po kilkudziesięciu stronach można jednak zauważyć, że nagle ten sposób rozmowy – zwłaszcza milicjantów między sobą – jest w gruncie rzeczy jedną z zalet powieści. Odejście od wygładzonej literatury na rzecz „powszedniości” dialogów dało w sumie całkiem przyzwoity rezultat, gdyż dzięki temu książka zwyczajnie nie nudzi. Istniejące żarty językowe, cięte riposty i dopowiedzenia przywodzą na myśl raczej czytanie sztuki teatralnej. Być może wzięło się to ze specyfiki pisania tej powieści – ukazywała się w odcinkach w jednej z gazet. Jak zaś wiadomo, takie odcinki zbyt nużące być nie mogły.

Śmierć przyszła w południe to jedna z lepszych realizacji powieści milicyjnej, jaką przyszło mi czytać od bardzo długiego czasu. Kto chce się przekonać, że o „nadludziach w niebieskich mundurach” można pisać bez propagandowego patosu, niech śmiało sięga po książkę Kosteckiego. To naprawdę udane połączenie milicji z klasyką może sprawić, że innym okiem popatrzymy na twórców kryminału epoki PRL-u.

Reklamy

Tadeusz Cegielski, Tajemnica pułkownika Kowadły


Po bardzo ciekawym debiucie Cegielskiego na gruncie literatury kryminalnej czekałem na część drugą. Jak to jednak czasem bywa, rozbudzony apetyt nie zostaje do końca zaspokojony. Podobnie jest niestety z kontynuacją historii o przedwojennym policjancie w szeregach Milicji Obywatelskiej. Co wcale nie znaczy, że powieść jest słaba. Na gruncie rodzimych produkcji minionego roku wyróżnia się i tak dobrą jakością. A przecież z zalewu książek kryminalnych wyróżnić się nie jest wcale tak łatwo.

Tadeusz Cegielski Tajemnica pułkownika Kowadły

Tadeusz Cegielski Tajemnica pułkownika Kowadły

Tym razem major Wirski stoi przed poważnym zadaniem. W Warszawie działa gang rabujący banki, szybko zresztą przestępcy rozszerzają swoją działalność na inne miasta. W dodatku pojawiają się sprawy z przeszłości – dawny wróg, pułkownik Kowadło, nie zostawia majora w spokoju. Jeśli dodać do tego kilka tajemniczych zwłok w miejskiej kostnicy, można spodziewać się sporego bólu głowy. Na szczęście major to człowiek dawnego, przedwojennego chowu, który niejedną beznadziejną sprawę rozwiązał. Także i tym razem powinien sobie poradzić z rozwikłaniem tajemnicy pułkownika Kowadły.

Na pozór jest tu wszystko, czego można się było spodziewać. Dość interesująca intryga kryminalna to tylko jeden z elementów sukcesu poprzedniej powieści Cegielskiego. Nadal rozwijane wątki zmagań z nieco demonicznym pułkownikiem Kowadło przynoszą zaskakujące zwroty akcji, ale jednak czegoś im brakuje. Ledwo to uchwytne braki, ale miłośnicy powieści są i na takie rzeczy wyczuleni. Na pewno szkodzi książce zbytnie nagromadzenie wątków i wydarzeń, jest ich po prostu za dużo. Kilka napadów na bank, rozgrywka między dawnymi i obecnymi agentami bezpieki, podwójni agenci i szpiedzy działający na własną rękę tworzą barwną mozaikę, w której trudno się chwilami połapać, a finał pozostawia wrażenie niedosytu.

W powieściach rozgrywanych w historycznym kostiumie – a przecież lata 50. XX wieku do takich niewątpliwie należą – ogromną rolę odgrywa dobre przedstawienie czytelnikom realiów epoki. Po raz kolejny możemy się przekonać o starannej pieczołowitości autora w tym względzie. Nie ma co ukrywać – Warszawa tamtego okresu na pewno nie jest spowita ponurą stalinowską nocą. I nie chodzi tu nawet o odniesienia do słynnej odwilży politycznej i związanym z nią fermentem społecznym. Wręcz przeciwnie nawet. Stolica jest ukazana z perspektywy zwykłych ludzi, których omija historia pisana przez duże H. Oczywiście, nie brak subtelnych aluzji, ale nie ma ich znowu tak wiele. Cegielski bardziej dba o historię życia codziennego i czyni to bardzo udanie. Bal gałganiarzy, organizowany przez studentów, opisy nowych strojów czy tańców tworzą obraz kolorowej i tętniącej życiem Warszawy. Obok lub nawet na przekór istniejącej rzeczywistości.

Jest w powieści jeszcze jeden element, który czyni z niej lekturę obowiązkową dla wszystkich miłośników literatury kryminalnej. To historia klasyki gatunku, bo jeden z wątków dotyczy właśnie kolekcjonowania przez postaci rzadkich wydań powieści kryminalnych. Dzięki temu czytelnik może spróbować na własną rękę dotrzeć do wspominanych przez autora książek. Zrobić coś w rodzaju małego własnego śledztwa, bo dotarcie do niektórych łatwe na pewno nie będzie.

Cegielski napisał książkę dobrą, choć nie wybitną, słabszą niewątpliwie od debiutu. Niemniej jednak warto na pewno poznać perypetie majora Wirskiego, by na własną skonfrontować się z zapamiętanymi ze szkolnych lekcji historii obrazami Warszawy lat 50. Wnioski mogą być zadziwiające. A jeśli nawet nie będzie takich wniosków, czas lektury będzie czasem doskonałej rozrywki, co przecież nie jest zupełnie bez znaczenia.

Nadbałtyckie zbrodnie


Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski, Sierpniowe kumaki

sierpniowe-kumaki-b-iext8642696Jakoś tak się utarło w powszechnej świadomości, że kryminały uważane są za lekturę wakacyjną. To na urlopie właśnie można poczytać sobie coś lekkiego i niezobowiązującego, będącego odskocznią od codziennego życia. Para autorów postanowiła zatem napisać książkę, która nie tylko będzie wakacyjną rozrywką, ale za tło powieści wzięła ostatni tydzień wakacji nad Bałtykiem. Ściślej rzecz ujmując, fala zbrodni rozbije się na Helu. Sprawę zaś rozwikła inspektor ze Śląska.

Historia rozpoczyna się banalnie. Jeden ze śląskich policjantów postanawia spędzić urlop nad polskim morzem, konkretnie w okolicach Półwyspu Helskiego. Wyrusza na urlop samotnie, z nudów zaczyna się przyglądać otoczeniu. Jego uwagę przyciąga dziwnie zachowująca się młoda kobieta. Postanawia ją śledzić i w efekcie zostaje oskarżony o morderstwo. Aby wyjaśnić sytuację potrzebny jest jego przełożony. Nadkomisarz Edmund Polański po raz kolejny udowodni, że w pełni zasłużył na miano jednego z najlepszych śledczych w kraju. Rozwikła skomplikowaną i zawiłą zagadkę, której elementami będą ekolodzy chroniący przyrodę, rybacy walczący z ekologami, miejscowi biznesmeni powiązani dziwnymi układami z władzą i stołeczni gangsterzy. A wszystko to przyjdzie mu czynić w bardzo napiętej atmosferze rodzinnej.

Książka wydaje się posiadać wszystkie elementy potrzebne do stania się rasową przedstawicielką swego rodzaju. Niestety, w kilku miejscach jednak szwankuje i zaczyna razić stereotypami rozciągniętymi ponad miarę. W efekcie żarty stają się nieśmieszne, a cała akcja przewidywalna. A przecież czytamy literaturę kryminalną dla bycia zaskakiwanymi raczej.

Niemniej Sierpniowe kumaki w pełni zasługują na swój tytuł. Ot, wakacyjna lektura, w sam raz na sierpniowy urlop nad polskim morzem.