polski kryminał

PM Nowak, Na pokuszenie


PM Nowak już w debiucie wymyślił sobie osobną niszę i w swej drugiej powieści trzyma się tego pomysłu. Ożywienie klasyki w nowych dekoracjach przypomina nieco nowoczesne adaptacje sztuk teatralnych. Bez obaw jednak, nie ma w książce podejścia zbyt awangardowego – to kryminał o klasycznych korzeniach.
PM Nowak, Na pokuszenie

PM Nowak, Na pokuszenie

Kiedy na posiedzeniu zarządu spółki OKZ Development jeden z członków zarządu umiera chwilę po spełnieniu toastu, wszyscy podejrzewają zawał serca. Jedynie brat zmarłego ma wątpliwości, zdawało mu się bowiem, że wyczuł zapach migdałów. Sekcja zwłok potwierdza, iż mężczyznę otruto. Rozpoczyna się śledztwo, które prowadzą komisarz Zakrzeński i prokurator Wilk.

Cyjanek w zamkniętym pokoju? Motyw znany od lat, niemalże od początku nowoczesnej powieści kryminalnej, a co najmniej od czasów Agathy Christie. Jak pasuje do realiów współczesnej podwarszawskiej miejscowości? Szybko się przekonujemy, że wręcz idealnie, co zapewne jest dużą zasługą autora. PM Nowak wie, że w zalewie kryminałów trzeba się wyróżnić pomysłem, a ten użyty w powieści działa świetnie. Zbrodnia i śledztwo są jednocześnie tradycyjne i nowoczesne, przy czym tradycja związana jest z fabułą, a nowoczesność ze światem przedstawionym. Wspólnie tworzą zgrabną całość.

Począwszy od krótkiej historii polskiej przedsiębiorczości, jaką obserwujemy na przykładzie właścicieli firmy deweloperskiej, odnajdziemy w książce wiele z tego, co znamy z naszej rzeczywistości. Korzenie firmy sięgają bowiem początku lat transformacji i handlu używanymi ciuchami z zachodu. Podobnie potraktowane zostały inne motywy, te o bardziej klasycznej proweniencji. Szantaż w drugiej dekadzie XXI wieku to nie listy z literami wyciętymi z gazety, ale maile ze zdjęciami zrobionymi telefonem komórkowym. Ceną za milczenie nie są pieniądze, a załatwienie dobrej pracy.

Z klasyki gatunku znamy także parę detektywów. Tutaj pisarz również wprowadził pewne innowacje, które sprawiają, że książka nie jest sentymentalną ramotą czy ckliwą wyprawą w przeszłość. Już w pierwszej części cyklu mogliśmy obserwować duet złożony z komisarza i prokuratora; w Na pokuszenie Nowak rozwinął postaci, trzymając się jednocześnie przyjętych zestawów cech obu panów. Twardy glina jest postacią wiodącą, prowadzi śledztwo w sposób, jaki kojarzy się bardziej z powieścią policyjną niż klasyką. Przesłuchuje, drąży, docieka. Równocześnie nie jest pozbawiony wad, konkretnie zaś jednej – słabości do płci pięknej. Na swoje nieszczęście sypia z kobietami zamieszanymi w sprawę, więc szybko przestaje być obiektywny. Przez seksualne podboje najpierw ucierpi śledztwo, następnie on sam.

Prokurator Wilk nadal jest sympatycznym niezgułą, mało przystosowanym do życia. Łatwowierny i bojaźliwy, przez długi czas będzie raczej unikał podejmowania decyzji dotyczących śledztwa, pozostawiając komisarzowi wolną rękę. Zmieni się dopiero pod wpływem sytuacji i rozwiąże zagadkę. Jego staroświecki styl, na co dzień widoczny w doborze stroju, skłoni go do zagrywki w duchu Herculesa Poirota. Wszyscy zamieszani w sprawę zostaną zgromadzeni w miejscu popełnienia zbrodni i morderca zostanie ujawniony. Nieco to może naciągane, ale jednak działa, wpisując się także w sposób postępowania prokuratora, który lubi przeprowadzać takie efektowne zakończenie.

Niestety, nie wszystko w powieści zostało do końca przemyślane. Uwagi na tematy społeczne rażą niekiedy schematyzmem i naiwnością. Wszyscy doskonale wiemy, ile zarabiają policjanci i dlaczego bycie prokuratorem wymaga nieustannego balansowania na granicy pomiędzy egzekwowaniem prawa a wymaganiami zwierzchników. Potencjalnie najlepszy – zwłaszcza po świetnym wykorzystaniu w Ani jednej rzeczy – wątek dziennikarski został odstawiony na boczny tor. To duża strata dla książki, bo niesie on w sobie naprawdę duży ładunek krytyki społecznej, w intrygujący sposób pokazuje relacje pomiędzy wymiarem sprawiedliwości a światem mediów, a także zawiera sporą dawkę humoru. Wszak dziwna i nieco szorstka przyjaźń prokuratora Wilka i redaktora Walnego stanowi bardzo ciekawy element fabuły. Ich rozmowy, z przyjętą przez obu panów oficjalną formą, są najbardziej dowcipnymi momentami w powieści. Tym większa szkoda, że tak rzadko możemy się na nie natknąć.

PM Nowak nie dał się unieść fali samozadowolenia po dobrze przyjętym debiucie, za który otrzymał nagrodę specjalną Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Napisał jeszcze lepszą książkę, nadal poruszając się we własnym świecie. Pozostaje mieć nadzieję, że dotrzyma słowa i stworzy całą serię, bo Na pokuszenie jest powieścią dobrą. Ja już czekam na kontynuację.

recenzja ukazała się na portalu polter.pl

Reklamy

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto


Słyszeliście na lekcjach historii o tym, że pod koniec XIX wieku uboga austriacka prowincja nazywana Galicją i Lodomerią miała szansę zmienić nieco położenie bardzo ubogich mieszkańców tych terenów? Wszystko za sprawą odkrycia ropy. Ten okres historyczny przypomina w swojej powieści Czarne złoto Bartłomiej Rychter, w drugiej części przygód Borysa Pasternaka, ubogiego nauczyciela znanego z powieści Złoty wilk.

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto,

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto,

Podobnie jak w poprzedniej książce Rychter skłania się ku mieszaniu gatunków. Jego kryminał jest jednocześnie powieścią grozy. Połączenie to nie jest oczywiście niczym nowym, w wykonaniu Rychtera jednakże przekonuje czytelnika. Wykreowany przez pisarza świat jest czymś swojskim i obcym jednocześnie. Posługując się niszą gatunkową wymyśloną i utrwaloną przed laty, autor Czarnego złota czyni to na własnych niejako warunkach, co z całą pewnością tworzy nową jakość. Świetnie poprowadzona intryga kryminalna w połączeniu z tajemniczością wywołującą poczucie nieustannego zagrożenia stanowi prawdziwą czytelniczą ucztę.

Główną zasługą Rychtera jest chyba to, że nie męczy czytelnika historycznie. Z wprawą odmalowuje świat dawno miniony, to prawda, ale jego sposób opisania tamtej rzeczywistości jest oparty na tworzeniu klimatu. Nie ma tu wielu – tak powszechnych u innych twórców retro kryminałów – szczegółów historycznych, często nużących czytelnika bardziej niż czytanie opisów muzealnych eksponatów. Jego świat żyje: Polacy, Ukraińcy, Żydzi to ludzie z krwi i kości, mający swoją kulturę, religię, swoje poglądy. W tych opisach dawno minionego życia jest Rychterowi bliżej do powieści obyczajowej, czytelnik doznaje silnego uczucia obcowania z książką pochodzącą z epoki. To oczywiście nie zarzut, bo ramotą Czarne złoto z całą pewnością nie jest.

Jak wspomniałem już wcześniej, w powieści wykorzystano elementy grozy. Dwór, w którym straszy wydaje się być chwytem mocno zużytym, zupełnie nie potrafiącym wyjść poza wąski, od dawna już przecież ustalony schemat. Dzięki Rychterowi przekonujemy się, że można lepiej, można mądrzej, ciekawiej po prostu. Wątek jest naprawdę świetny, tajemniczość kolejnych zgonów oplata czytelnika w subtelny acz zdecydowany sposób. Naprawdę trudno się od lektury oderwać.

Ciężko jest pisać szeroko o tej książce z jednego, dość prozaicznego powodu. Bardzo łatwo jest po prostu zbyt wiele odsłonić z treści. Problem poruszony przez pisarza jest jakoś rzadko poruszany w naszej literaturze, tym większa zasługa autora Czarnego złota. Kto chce poznać tajemnicę strasznego dworu na dalekiej Ukrainie początków XX wieku? Na pewno po lekturze nie będzie zawiedziony.

Czemu nie kręcimy kryminałów?


Jakiś czas temu niewielki czytelniczy światek zelektryzowała wiadomość o ekranizacji jednej z książek Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku. Nie przepadam szczególnie, ale chętnie obejrzę. Ta informacja jednak zmusiła mnie do zastanowienia nad tym, dlaczego w Polsce jakoś się nie kręci seriali czy filmów na podstawie rodzimych kryminałów.

W naszej publicznej telewizji szczytem ambicji jest wzięcie licencji. Ojciec Mateusz pochodzi z Włoch, Komisarz Alex zaś został przywieziony z Austrii. Nic innego obecnie nie ma, choć być by mogło. Niegdysiejsze seriale w rodzaju Gliny czy Pitbulla pokazują, że Polak jak chce to potrafi. Niestety, nie ma jakiegoś przełomu, nie ma chęci zarobienia pieniędzy. A jak już podjęto próbę ekranizacji Uwikłania Zygmunta Miłoszewskiego, to zmarnowano ogromny potencjał, majstrując przy książce niemożebnie. Prokurator Szacki cudownie przemienił się w kobietę, a potem było już tylko gorzej, aż po zepsute zakończenie. Bardzo obawiam się chwili premiery Ziarna prawdy, kolejnej z części przygód Szackiego. Uwielbiam powieści i stąd mój niepokój. Choć zwiastun zdaje się zwiastować dobrą nowinę:

Muszę wyznać, że jestem miłośnikiem angielskich (brytyjskich, by być ściślejszym) seriali kryminalnych. Większość z nich jest adaptacjami serii wydawniczych, nierzadko wybitnych, poczynając od wielu ekranizacji dochodzeń Sherlocka HolmesaHerculesa Poirota i  Panny Marple. Mamy możliwość obejrzenia kapitalnych kreacji Johna Thawa jako Morse’a i Kena Stotta jako Rebusa. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale to byłoby nudne, bo tych przykładów jest tak wiele, że ich liczba na pewno idzie w dziesiątki.

Postawiłem pytanie w tytule, ale szczerze przyznam, że nie mam pojęcia jak na nie odpowiedzieć. Patrząc na przeszłe dokonania polskich filmowców można przecież być dobrej myśli. Ostatnie lata to jednak głównie obcinanie kosztów i produkcja pseudodokumentalnych programów „z życia wziętych” albo poszukiwań domorosłych talentów. Nikt nie chce zaryzykować swoich pieniędzy, być może nie ma też znajomości dobrych polskich powieści kryminalnych. Przecież poza wspomnianymi wyżej Krajewskim i Miłoszewskim na pewno na uwagę zasługuje parę nazwisk. Osobiście chętnie obejrzałbym na dużym lub małym ekranie postaci wykreowane przez GrzegorzewskąWrońskiego, ĆwirlejaPM NowakaPollaka, Sekielskiego ChmielarzaA kogo wy chcecie zobaczyć?

Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy


Przed wojną też mieliśmy powieści sensacyjne. Większość – zapewne w ten sam sposób jak dzisiejsze bestsellery – nie przetrwała próby czasu. Kilka jednak żyje nadal i ma się całkiem dobrze, nawet po tych osiemdziesięciu latach. Jedną z takich książek jest powieść Sergiusza Piaseckiego Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy. Największy – jeśli chodzi o nakłady – literacki przebój II RP naprawdę warto znać.

Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy,

Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy,

Piasecki tę książkę napisał w więzieniu. W bardzo ciężkim więzieniu, w którym znalazł się za napad na urzędnika pocztowego, w wyniku którego ów urzędnik stracił życie. Tylko dawne zasługi dla Polski – praca dla „Dwójki”, czyli polskiego wywiadu – uchroniły Piaseckiego przed karą śmierci. Podczas pobytu w więzieniu nadrobił braki w wykształceniu, między innymi ucząc się pisać po polsku, czego wcześniej nie umiał. I napisał powieść, która biła wszelkie rekordy popularności. Zapewniła mu też skrócenie kary, bo wielu polskich pisarzy zaczęło naciskać na władze. Udało się i Piasecki stał się literatem, zamieszkał w Zakopanem i bawił się razem z Witkacym i innymi mieszkańcami ówczesnej stolicy najlepszych polskich pisarzy.

Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy to opowieść o przemytnikach w okręgu wileńskim. Pod osłoną nocy – stąd właśnie ów nieco poetycki tytuł – grupki mieszkańców przygranicznych wiosek wyprawiały się do Sowietów, w których brakowało wszystkiego. Za towary z Polski brali złoto, dolary, broń, w końcu także narkotyki. Część z nich współpracowała z polskim wywiadem, jedni robiąc to dla pieniędzy, drudzy zaś dla ewentualnej ochrony. Piasecki, zdemobilizowany w 1923 roku, długo szukał swojej szansy w życiu i na pewnym jego etapie, nie mogąc znaleźć uczciwego zajęcia, zaczął „pracować” jako przemytnik. Swoje wspomnienia opisał jednak w sposób wyjątkowy, z wielkim wyczuciem szczegółu i umiejętnością wniknięcia w dusze i umysły swoich bohaterów.

Jego przemytnicy to ludzie honoru, żyjący w świecie co prawda osobnym od normalnego, jednakże zachowują oni swoje osobne prawa. Targają nimi wielkie namiętności, a ryzykanckie życie zbiera okrutne żniwo. Niektórzy z nich zostają zabici lub pojmani na granicy, inni popadają w alkoholizm i narkomanię. Piasecki dostrzega ich tragedię, tłumacząc ich sytuację niczym dzisiejsi psychologowie czy pracownicy socjalni. Dla autora Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy sprawa jest oczywista – skoro ci ludzie nie mogli żyć normalnie, musieli przekroczyć granice nie tylko geograficzne, ale przede wszystkim także te etyczne i moralne. Za te dramatyczne próby ocalenia swojego życia zapłacili cenę najwyższą, bo życie poza prawem wielu szybko pozbawiło życia. Piasecki uważa, że to strata ogromna.

Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy to wspaniały przykład pisania o rzeczywistości bez upiększeń. Co więcej, pogłębiona analiza tego, co dzieje się w psychice bohaterów – a także samego narratora – sprawia, że podczas lektury zaczynamy zadawać sobie pytania wprost egzystencjalne. Takie rozmyślania to rzecz rzadka nad kartkami powieści sensacyjnej, prawda? Tym bardziej trzeba o tym przekonać się na własną rękę.

PS. Jest też i ekranizacja, niezła w sumie. ale wolę książkę.

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk


Jeśli debiut dostaje nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru to trzeba czytać książki tego pisarza. Jego nazwisko brzmi Bartłomiej Rychter, a wspomniania nominacja dotyczyła książki zatytułowanej Kurs do Genewy. O innej, trzeciej z kolei powieści  tego autora Ostatni dzień lipca już pisałem u siebie. Pora zatem na książkę następującą po debiucie. Tym razem będzie w klimacie retro. W dość prowincjonalnym miasteczku o nazwie Sanok – skąd pochodzi pisarz – działo się wiele już na przełomie XIX i XX wieku.

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Konwencja retro zostaje w Złotym wilku zachowana. Wszystko rozgrywa się w autentycznym mieście z wplecionymi w fabułę historycznymi postaciami. Dobrze opisana topografia miasteczka, uwzględniająca jego etniczne pomieszanie, wprowadza w klimat sennej miejscowości, którą nagle wstrząsa seria brutalnych mordów. W tej warstwie mamy do czynienia z opisem niemalże doskonałym. Historia nie jest tutaj ani podręcznikową nudą ani też przewodnikiem po mieście. Autor umiejętnie dawkuje informacje, dobrze wpisując je w fabułę. Nie ma przy lekturze – tak powszechnego w gatunku – poczucia osobnego istnienia historii i fabuły literackiej. Niby proste, niby oczywiste, a wciąż tak wielu autorów i autorek popełnia ten grzech. Rychter na szczęście tego nie robi.

Retro to jedno, ale ważny jest też wątek prowincjonalny. Lupa małego miasteczka, w którym wszyscy się znają i wiedzą wszystko o swoich sąsiadach jest też w książce podkreślona, ale jednak nie dominuje. Powiedziałbym nawet, że została nieco porzucona w miarę rozwoju powieści i to chyba ze szkodą dla całości. Zamiast tego dostajemy – co prawda naprawdę dobrze odmalowanych – całą galerię postaci. Bohaterowie Złotego wilka to ludzie tacy jak my, ze swoimi lękami i słabościami. Na pierwszy rzut oka nie spodziewamy się wiele, bo postaci są zaczerpnięte z podręcznego katalogu twórców kryminałów sprzed wieku, jednak proza Rychtera broni się dość dobrze. Być może dlatego, że udało się autorowi powiedzieć wszystko to, co doskonale wiemy – czasy się zmieniają, rzeczywistość wokół nas też, ale natura ludzka pozostaje niezmienna. Nadal miłość, chciwość i zemsta napędzają nas do zbrodni. Banalna to może i prawda, niemniej jednak w literaturze kryminalnej zawsze warta zauważenia.

Złoty wilk to także element grozy. Bestia dokonująca krwawych zbrodni dostaje na końcu logiczne wytłumaczenie, ale jej wątek ustawia śledztwo gdzieś na pograniczu kryminału i powieści grozy. Widać tu istotny wpływ klasyki – Poe, Conan Doyle – ale czyta się to dobrze, cały wątek skonstruowany jest poprawnie. Bez uproszczeń i udziwnień, za to z wielką siłą oddziaływania. Opisy ucieczek przed bestią należą do najciekawszych partii książki.

Druga powieść Rychtera jest dobrą propozycją dla wszystkich miłośników i miłośniczek retro klimatów. Jeśli ktoś lubi powieści grozy – a może raczej „z dreszczykiem” – to też Złoty wilk go nie rozczaruje. Polecam także i osobom sceptycznym wobec retro, bo to powieść, która pokazuje, że i z tego tak zużytego w naszym kraju gatunku można wycisnąć coś ciekawego. Trzeba mieć tylko coś do powiedzenia. Bartłomiej Rychter na pewno ma.

Błażej Przygodzki, Z chirurgiczną precyzją


Jakoś nie mogę oprzeć się powieściom rozgrywającym się we Wrocławiu. Ta dziwna słabość do miejsc dobrze znanych, ciekawość jak i gdzie tym razem autor czy autorka umiejscowią bohaterów. Nie odnoszę tego do siebie na tyle, by tropić miejsca sobie nieznane, ale zawsze surowo oceniam te sceny, które rozgrywają się w znanych mi scenografiach. Dlatego sięgnąłem po książkę Przygodzkiego, wcale nie z powodu napisu „thriller medyczny” na okładce. Zrobiłem to tylko dla miasta.

Błażej Przygodzki, Z chirurgiczną precyzją

Błażej Przygodzki, Z chirurgiczną precyzją

Wrocław w powieści to miejsce dziwne, ale ta dziwność nie pociąga, raczej jednak może nawet odpychać. Kto chciałby poznać miasto, zawiedzie się mocno. Autor w większości wypadków stara się podać istniejące realnie lokalizacje swoistej metamorfozie. Stworzył między innymi Szpital Miejski, którego miasto – przynajmniej pod tą nazwą – nie posiada. Ulice i adresy czasami są konkretne, ale najczęściej po prostu przybliżone, jakby pisarz do końca nie mógł się ostatecznie zdecydować, w którą stronę pójść – zachowania większego realizmu czy może jednak w całkowitą fikcję. Rezultat zupełnie nie przekonuje.

Sam pomysł na książkę znakomity. Podejrzane śmierci ludzi w gruncie rzeczy zdrowych, przechodzących jedynie jakieś rutynowe badania kontrolne, mogły stanowić doskonały punkt wyjścia. Nawet przez jakiś czas stanowią, ale nieporadność Przygodzkiego w konstruowaniu fabularnej intrygi sprawia, że większość wątków śledztwa zostaje nam podana na tacy, niekiedy ewidentnie wbrew woli samego autora. Niestety, niedociągnięcia fabularne zdarzają się na tyle często, że wyraźnie czujemy debiut na grząskim terenie sensacji i który został chyba nieco zmarnowany tremą, odczuwaną przez pisarza.

Nie wiem, czy to książka dobra. Na pewno jest dość solidnym średniakiem, który ma momenty, dzięki którym nazwa „thriller” nie jest nadużyciem, dodanym przez wydawcę jedynie w celu przyciągnięcia klienta. To właśnie sceny w szpitalu – zwłaszcza ratowanie życia gangstera przechodzącego zawał – są najlepsze w książce. Dowodzą też tego, że Przygodzki umie pisać, ma na pewno jakieś wyczucie języka, a wszelkie mankamenty fabularne Z chirurgiczną precyzją (swoją drogą tytuł koszmarny po prostu) wynikają z braku wprawy w poruszaniu się po tematyce powieści sensacyjnej. Samo rozpoznanie schematów to nie wszystko, trzeba je jeszcze umiejętnie łączyć. Na razie jest dobrze z postaciami, humor też znacznie powyżej przeciętnej, tylko przewidywalność rozwoju sytuacji osłabia całość.

Jest jeszcze lato, są wakacje. Z chirurgiczną precyzją na plażę pasuje doskonale. Jako rozrywka i tak lepsze niż większość tak zwanych bestsellerów, których zupełnie nie da się czytać.

Wojciech Chmielarz, Podpalacz


Polski kryminał ostatnio raczej retro stoi, mimo książek Czubaja, Hagena czy Miłoszewskiego. Podążanie za modą i próba zaspokojenia czytelniczych gustów mają pewnie podłoże biznesowe. Ciekawiej jest wtedy, gdy ktoś próbuje znaleźć jakąś swoją niszę.  Wojciech Chmielarz postanowił napisać powieść policyjną, co już jest świadectwem sporej odwagi, bo – nie bójmy się tego powiedzieć – temat jest zarówno mocno zużyty jak i pełen tragicznych książek, których nie warto nawet wspominać. Efekt tego zmagania naprawdę zaskakuje, w pozytywnym sensie tego słowa. Jest dobrze, bo mimo pewnych zastrzeżeń, Podpalacz  jest tym, czego oczekujemy, biorąc do ręki książkę z półki z kryminałami.

Wojciech Chmielarz, Podpalacz

Wojciech Chmielarz, Podpalacz

W Warszawie ktoś podpala domy. Pożary są coraz większe, w końcu pojawiają się ofiary śmiertelne. Komisarz Jakub Mortka musi jak najszybciej znaleźć sprawcę. Naciskają na niego szefowie, współpracownicy, a nawet jeden z gangsterskich bossów. Policjant ma do tego całą furę osobistych problemów, niektóre z nich zaczną się splatać z prowadzonym śledztwem. Nie będzie łatwo, ale taki już los policjanta – najpierw praca, potem praca, a na końcu dopiero życie osobiste.

Komisarz Jakub Mortka to figura znana z kart powieści policyjnych. Rozwodnik, jak każdy rasowy detektyw, bo praca okazuje się najważniejsza. Obrazy zwłok nie pozwalają mu spać, więc często sięga po alkohol, by po prostu przespać noc. Popełnia błędy, ale umie się przyznać do porażki. Zwykły facet, a jednocześnie twardy i nieustępliwy glina. I tak dalej i tak dalej, ciągnąć można to długo. Na szczęście dla nas, Chmielarz nie epatuje jednak tragediami życia osobistego Mortki za dużo, akurat tyle, byśmy go polubili.

O wiele ciekawsza jest intryga. Ewoluuje dość niespiesznie, by powoli, ale jednostajnie przyśpieszać, naprawdę zaskakując na samym końcu. Jest w tym, co przeżywamy razem z policjantami, spora dawka dobrej literatury, o którą tak ciężko wśród książek z tego gatunku. Chmielarzowi udaje się pisać bez zadęcia, bez wymuszania „twardości” bohaterów ilością rzucanych bluzgów, co w samo w sobie jest wielką wartością. Dowodzi, że pisarz nie idzie na łatwiznę i chce napisać dobrą książkę po prostu.

Wspomniałem o zastrzeżeniach pewnych – w gruncie rzeczy nie jest ich dużo, ale jednak da się pokazać kilka obszarów, w których mogłoby być lepiej. Postaci drugiego planu często pozostawiają pewien niedosyt, coś jakby dwuwymiarowość jedynie. Są postaciami z obrazów, przedstawicielami typów ludzkich,  nie ludźmi samymi. Być może w następnych książkach – pisarz zapowiedział cały cykl – będzie z tym elementem pisarskiego rzemiosła lepiej.

Podpalacz to kryminał, który ustanawia nową postać w panteonie najlepszych polskich detektywów. Jakub Mortka nie powinien mieć żadnych kompleksów, jest naprawdę dobrym gliną. Przyglądanie się jego pracy jest po prostu przyjemnością. W gruncie rzeczy szkoda, że tak szybko kończy się książka. Dobrze, że jest już część druga.