Paweł Pollak

Czemu nie kręcimy kryminałów?


Jakiś czas temu niewielki czytelniczy światek zelektryzowała wiadomość o ekranizacji jednej z książek Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku. Nie przepadam szczególnie, ale chętnie obejrzę. Ta informacja jednak zmusiła mnie do zastanowienia nad tym, dlaczego w Polsce jakoś się nie kręci seriali czy filmów na podstawie rodzimych kryminałów.

W naszej publicznej telewizji szczytem ambicji jest wzięcie licencji. Ojciec Mateusz pochodzi z Włoch, Komisarz Alex zaś został przywieziony z Austrii. Nic innego obecnie nie ma, choć być by mogło. Niegdysiejsze seriale w rodzaju Gliny czy Pitbulla pokazują, że Polak jak chce to potrafi. Niestety, nie ma jakiegoś przełomu, nie ma chęci zarobienia pieniędzy. A jak już podjęto próbę ekranizacji Uwikłania Zygmunta Miłoszewskiego, to zmarnowano ogromny potencjał, majstrując przy książce niemożebnie. Prokurator Szacki cudownie przemienił się w kobietę, a potem było już tylko gorzej, aż po zepsute zakończenie. Bardzo obawiam się chwili premiery Ziarna prawdy, kolejnej z części przygód Szackiego. Uwielbiam powieści i stąd mój niepokój. Choć zwiastun zdaje się zwiastować dobrą nowinę:

Muszę wyznać, że jestem miłośnikiem angielskich (brytyjskich, by być ściślejszym) seriali kryminalnych. Większość z nich jest adaptacjami serii wydawniczych, nierzadko wybitnych, poczynając od wielu ekranizacji dochodzeń Sherlocka HolmesaHerculesa Poirota i  Panny Marple. Mamy możliwość obejrzenia kapitalnych kreacji Johna Thawa jako Morse’a i Kena Stotta jako Rebusa. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale to byłoby nudne, bo tych przykładów jest tak wiele, że ich liczba na pewno idzie w dziesiątki.

Postawiłem pytanie w tytule, ale szczerze przyznam, że nie mam pojęcia jak na nie odpowiedzieć. Patrząc na przeszłe dokonania polskich filmowców można przecież być dobrej myśli. Ostatnie lata to jednak głównie obcinanie kosztów i produkcja pseudodokumentalnych programów „z życia wziętych” albo poszukiwań domorosłych talentów. Nikt nie chce zaryzykować swoich pieniędzy, być może nie ma też znajomości dobrych polskich powieści kryminalnych. Przecież poza wspomnianymi wyżej Krajewskim i Miłoszewskim na pewno na uwagę zasługuje parę nazwisk. Osobiście chętnie obejrzałbym na dużym lub małym ekranie postaci wykreowane przez GrzegorzewskąWrońskiego, ĆwirlejaPM NowakaPollaka, Sekielskiego ChmielarzaA kogo wy chcecie zobaczyć?

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością


Pawła Pollaka lubię bardzo. To znaczy – jego książki, choć i blog pisze bardzo ciekawy. Właśnie wychodzi nowa, więc warto poznać także te starsze. Jak choćby Między prawem a sprawiedliwością. Dość niepozorny zbiór czterech opowiadań kryminalnych wygląda może banalnie, ale na pewno taki nie jest. Pisarz próbuje powiedzieć w nich coś więcej niż zwykła odpowiedź na pytanie: kto zabił?

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością

Jak pisałem nie tak dawno temu, nie przepadam za tymi utworami polskich autorów, które dzieją się poza naszym krajem. Owszem, zdarzają się chlubne wyjątki, ale przeważnie efektami takiego zabiegu okazują się nudne, rojące się od błędów i polskich kompleksów wynurzenia o tym, jak gdzieś indziej jest fajnie lub strasznie. Opowiadania Pollaka rozgrywają się w Nowym Jorku, ale ma to właściwie drugorzędne znaczenie w odniesieniu do realiów opisywanych wydarzeń. Kto lubi i zna amerykańskie zbrodnie w popkulturze, bez trudu dostrzeże źródło pisarskiej inspiracji, które zostaje ujawnione w opowiadaniu ostatnim, zatytułowanym Złodziej trumien. Wskazanie na serial kryminalny Law & Order jest ważne z punktu widzenia rozwiązań fabularnych, bo u Pollaka policyjne śledztwo i ujęcie sprawcy to zaledwie połowa drogi do wymierzenia sprawiedliwości. Równie ważne jest przecież skazanie przestępcy. Dlatego wszystkie te opowiadania mają fabułę skonstruowaną na modłę serialu – najpierw śledztwo, potem proces.

Łatwo zrozumieć powody sięgnięcia po takie rozwiązanie, gdy przyjrzymy się sprawom, jakie Pollak opisuje. Bohaterką pierwszej jest młoda kobieta, która zabija swojego kochanka po tym, jak dowiaduje się, że została przez niego zarażona wirusem HIV. W jej przypadku pojawia się kwestia wymierzania sprawiedliwości własnymi rękami. W drugiej ze spraw mamy do czynienia z zabójstwem jednej osoby dla ratowania pozostałych pięciu. W opowiadaniu Dawca możemy śledzić kwestie związane z eutanazją i nielegalnymi przeszczepami, a we wspomnianym wyżej Złodzieju trumien spotkamy historię kazirodczych związków.

Przywoływane przez Pollaka historie to nie tylko zajmujące kryminalnie opowiadania. Są przede wszystkim rozprawą na temat funkcjonowania prawa i jego związku ze sprawiedliwością. Dzięki temu ta niewielka rozmiarami książeczka jest czymś więcej niż rozrywkową lekturą na wieczór czy urlop. Można się pewnie spierać z autorem w poglądach, czyni to jednak lekturę bardziej zajmującą i zapadającą w pamięć. Czego nie można przecież powiedzieć o znakomitej większości kryminalnych powieści. Warto więc odszukać wydaną przed kilkomalaty książkę, by przekonać się o tym, że można pisać dużo ciekawiej na polu literatury popularnej. Wszak nie samą rozrywką człowiek żyje.

Seria zbrodni we Wrocławiu


Paweł Pollak, Gdzie mól i rdza

Znowu książka dziejąca się we Wrocławiu. Zupełny przypadek – przyrzekam – nie zacząłem nagle poszukiwać wyłącznie książek dziejących się w mieście, w którym mieszkam. Niemniej jednak nie tylko umiejscowienie akcji zdecydowało o tym, że – mówiąc banalnie – od książki nie mogłem się oderwać. Przeczytałem szybko, kończąc z uczuciem niedosytu. Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z komisarzem Markiem Przygodnym.

gdzie mol i rdzaKiedy w centrum miasta od zatrutej kurarą strzały ginie samotny staruszek, po śmierci na dodatek oskalpowany, wszystko zdaje się wskazywać na jakieś trudne do wytłumaczenia motywy zbrodniarza. Do czasu, gdy pojawia się nowa ofiara, policjanci właściwie kręcą się w kółko. Druga ofiara pozwala im na pójście dalej. Czy w mieście szaleje seryjny morderca? Dziennikarze już stawiają taką tezę, szukając sensacji, która pozwoli im na podniesienie sprzedaży swoich tytułów. Komisarz i jego ludzie muszą działać naprawdę szybko.

Trudno, naprawdę trudno pisać mi o tym, dlaczego ta książka jest dobra. Być może dlatego, że Pollak w gruncie rzeczy nie wymyśla prochu. Trzyma się reguł gatunku dość mocno. Widać to zresztą nie tylko w fabule powieści. Popatrzmy na bohaterów. Komisarz Przygodny to archetyp detektywa policjanta. Lat czterdzieści i cztery, marzący o rozwodzie z żoną, pochłonięty pracą. A przecież nie czuje się stary, z żoną rozwodzi się z powodu wygasłej miłości, nie nadużywa alkoholu. Podobnie z innymi postaciami. W iluż to kryminałach znajdujemy niezbyt rozgarniętego pomocnika detektywa, w iluż powieściach przyjaźń między stróżem prawa a dziennikarzem przynosi znaczące przełomy w śledztwie, w iluż wreszcie znajdziemy figurę cynicznego do szpiku kości lekarza sądowego czy kompletnie głupich posterunkowych. Pytanie retoryczne nawet dla umiarkowanych zwolenników gatunku. A jednak w Gdzie mól i rdza jest inaczej. Niby znane już z niezliczonych odtworzeń schematy zdają się ożywać na nowo, tworząc coś więcej niż sumę swoich istnień. Autor pisze książkę, którą się czyta jak opowieść znajomego. Nie ma upiększeń, nie ma niepotrzebnych fajerwerków. Jest za to żmudna policyjna robota i zwykły przypadek. Są także ludzie, z krwi i kości.

Po dłuższym zastanowieniu wiem, co jest – przynajmniej dla mnie – największą siłą tej powieści. To jej humor, który wiele razy doprowadzał mnie do głośnego śmiechu (często czytam w miejscach publicznych, więc rozumiecie…). Humor związany z tym, że żyjemy w tym dziwnym kraju, w którym urzędniczka pocztowa bez trudu przekonuje, że regulamin jej instytucji jest czymś nadrzędnym nie tylko wobec innych aktów prawnych, ale także zdrowego rozsądku. Takich smaczków jest wiele, ale ich odkrywanie pozostawię przyszłym czytelnikom książki Pawła Pollaka. Autor dowiódł, że połączenie niezbędnego pisarzowi wyczulenia na szczegół z wyczuele

Książka naprawdę dobra i dziwi mnie tylko jedno – dlaczego o niej tak cicho? Czy naprawdę tylko dwie lub trzy firmy wydawnicze obecnie są w stanie przyciągnąć uwagę czytelników? Czy tylko wysokość środków na promocję ma stanowić o sile danej powieści czy rozpoznawalności danego twórcy? Mam nadzieję, że nie. Być może nadzieja w blogach właśnie?