nowe książki

5 pism o literaturze


Ostatnio zauważyłem pismo „FanBook” i przejrzałem sobie. Rzeczywiście, miałem „fun”, uśmiechając się pod nosem przy lekturze tekstów tam pomieszczonych. Stary i cyniczny już jestem, więc nie będę wywlekał szczegółów i zalewał wszystkiego wokół żółcią własnej niechęci. Zamiast tego afirmatywnie i pozytywnie podejdę do tematu prasy literackiej: podzielę się tym, co czasem czytam. Kolejność jak zawsze przypadkowa.

1. Twórczość – wróciłem jakoś niedawno do tego pisma, zwykłym przypadkiem i właściwie jakby mimochodem. Przyczyną była proza Agnieszki Kłos, zamieszczona jakoś przed paroma miesiącami. Od tamtej pory zaglądam do kolejnych. Nie żałuję, bo w każdym numerze coś tam ciekawego wyczytałem. Mało poezji może też stanowić zachętę dla niektórych.

2. Literatura na świecie – tu rolę główną odgrywa sentyment ogromny, bo czytywane w liceum pożółkłe numery z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku otworzyły mi oczy na wiele ważnych książek. Dziś nieco nudnawa, niekiedy przyciężka, jest jednak wciąż LnŚ czymś ważnym w życiu przeciętnego zjadacza słów drukowanych.

3. Dialog – pismo o teatrze jest fantastyczne. Nie będę udawał, że się jakoś specjalnie na teatrze znam, ale lubię podczytywać. Podobnie jak w przypadku wcześniej już wymienionych, ogromny sentyment z lat minionych, bo drukowane tam sztuki nierzadko stały się klasyką współczesnej polskiej dramaturgii. Poza tym po prostu uwielbiam czytać utwory przeznaczone na scenę.

4. Odra – nie tylko dlatego, że ukazuje się w moim mieście i nie tylko dlatego, że jest tworzona przez ludzi mocno z Wrocławiem związanych. Przede wszystkim dlatego, że stanowiła dla mnie pierwsze tego typu czasopismo i w rezultacie jakoś mnie ukształtowała. Dziś poziom jakby obniżał się nieco, moda na czytanie Odry minęła, ale mimo wszystko polecam.

Rita Baum

Rita Baum

5. Rita Baum – nie, nie dlatego, że tam pisuję od czasu do czasu i zupełnie nie tylko dlatego, że redakcję tworzą świetni ludzie, z którymi warto udać się w rejs po Odrze lub w rejs po knajpach. To po prostu pod wieloma względami świetne pismo, które ma jedną przewagę nad wszystkimi innymi: jest pięknie wydawane. Dzięki dobrej jakości możemy oglądać reprodukcje prac plastycznych w jakiś sensowny sposób. Za to ekipie Rity Baum należy się chwała.

Obiecałem w tytule pięć pism, więc jest pięć. Wielką krzywdę wyrządziłem na pewno takim periodykom jak Ha!art czy Lampa tudzież Nowe książki. Ale o tym pewnie będzie w kolejnym odcinku, który ukaże się w niezamierzonej przyszłości.

Reklamy

Olivier Bowden Assasin’s Creed Renesans


Książki tworzone na podstawie fabuły filmowej czy scenariusza gry komputerowej nadal budzą spore kontrowersje w świecie miłośników fantastyki. Wielu fanów uważa, że podobne działania mają na celu jedynie drenaż kieszeni. Z drugiej strony rzesze wielbicieli z radością przyjmują tego typu przedsięwzięcia, widząc w nich szansę na ponowne zanurzenie się w ukochany świat. Postanowiłem sprawdzić, gdzie w tym sporze uplasuje się powieść Oliviera Bowdena. Czy broni się ona jako samodzielne dzieło?

 

Głównym bohaterem książki, której akcja rozgrywa się w latach 1476–1506 na terenie dzisiejszych Włoch, jest Enzio Auditore, syn florenckiego bankiera. Poznajemy Enzia i jego rodzinę w momencie rozpoczęcia trudnej walki o wpływy we Florencji z rodem Pazzich. Na skutek zdrady męscy członkowie rodziny Enzia zostają straceni, a on sam z matką i siostrą musi uciekać z rodzinnego miasta. Poprzysięga jednak zemstę wszystkim odpowiedzialnym za śmierć jego bliskich. Jego przygody poprowadzą go przez wiele miejsc, pozna także tajemną historię bezwzględnej walki o władzę między assasynami a templariuszami.

 

Książka, co trochę mnie zaskoczyło, nie odwołuje się do wydarzeń z pierwszej części gry. Nie pojawia się tutaj niemalże nic, co wskazywałoby na historię znaną wielbicielom oryginalnego [t]Assasin’s Creed[/t], która stanowi przecież główną oś fabuły. Czytelnik dowiaduje się jedynie o istnieniu tajnych zakonów templariuszy i assasynów, zapoczątkowanych w wiekach wojen krzyżowych, brak jednak zupełnie odniesień do bohaterów wcześniejszych wydarzeń. Na szczęście nie przeszkadza to w lekturze, ponieważ najważniejsze informacje zostały zawarte na kartach powieści. W moich oczach to zaleta, dzięki temu książka stanowi odrębną i zamkniętą całość, którą czytać może ktoś nieznający genezy konfliktu dwóch tajnych bractw.

 

Powieść, zwłaszcza w pierwszej połowie tomu, naprawdę potrafi wciągnąć czytelnika w niezwykły świat renesansowej Italii. Za pomocą krótkich, oszczędnych opisów autorowi udaje się stworzyć naturalną przestrzeń działania bohaterów, a ciągłe potyczki, bitwy i nagłe zwroty akcji z całą pewnością zadowolą gusta wielbicieli literatury przygodowej. Śledząc losy Enzia, poznamy kilka włoskich miast-państw tamtego okresu, na swojej drodze spotykając wiele historycznych postaci, z Leonardem da Vinci na czele. Bowden napisał ciekawą historię, kreśląc wyraziste postaci bohaterów. Ludzie z kart powieści są żywi, naturalni, uwikłani w osobiste sprzeczności i wybory. Akcja powieści toczy się wartko, nie pozwalając czytelnikowi na chwilę wytchnienia. Nasz bohater ma przed sobą coraz to nowe wyzwania, spotyka nowych sprzymierzeńców i wrogów, zdobywa także coraz cenniejsze informacje.

 

Jednak mimo godzin rzetelnej rozrywki czytelnik po lekturze odczuwa pewien niedosyt, a nawet żal. Początkowe losy Enzia to naprawdę wciągająca lektura z gatunku płaszcza i szpady, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, pełnokrwistych bohaterów i malowniczo opisanych scen pojedynków i potyczek. Niestety, w miarę rozwoju wydarzeń książka zaczyna coraz bardziej przypominać rozbudowany scenariusz gry, gdzie najważniejsze jest przechodzenie od zadania do zadania, ciągłe szukanie informacji i skrupulatne kolekcjonowanie wszelakich przedmiotów. Przez większość czasu Enzio zbiera strony starożytnego kodeksu, którego kolejne fragmenty dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze są w ręku jego aktualnego wroga. Przy tym część z tych zapisków stanowią plany coraz lepszych broni assasyna, co znów odwołuje się wprost do rozgrywki znanej z ekranu.

 

Książka trochę mnie rozczarowała, choć czytało mi się ją z przyjemnością i nie żałuję chwil jej poświęconych. Uważam, że tkwiący w tej historii potencjał nie został do końca wykorzystany i to jest największy zarzut, jaki można postawić powieści [t]Assasin’s Creed: Renesans[/t]. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kolejny tom będzie nieco lepszy. Choć po pośpiechu związanym z jego wydaniem można co do tego mieć nieco wątpliwości.

recenzja ukazała się pierwotnie w serwisie polter.pl

Andrzej Krajewski Skyliner


Uległem opisowi wydawcy i przeczytałem. Było tam porównanie do prozy Tyrmanda i Głowackiego, lokując książkowy debiut znanego (podobno, ja osobiście nie znałem twórczości Krajewskiego) grafika i plastyka, mieszkającego od lat w Stanach Zjednoczonych, wśród książek o polskich miłośnikach jazzu w ciemnych latach pięćdziesiątych. Dodatkowo pisano tam też i o tym, że to „powieść łotrzykowska”, opisująca życie półświatka we Wrocławiu tamtych lat. Nie oparłem się takiej pokusie, bo każdy z tych tematów mnie pociąga, nawet jeśli występuje w pojedynkę, co tu mówić  zaś o tak wspaniale zapowiadanym połączeniu, musiałem koniecznie jak najszybciej rozpocząć lekturę.

Jak to często bywa z podobnymi zapowiedziami, nie okazały się one w całości odpowiadające realnemu stanowi rzeczy. Co prawda wszystkie wymienione wyżej elementy występują w tej powieści, ale nie czynią z niej arcydzieła, czy choćby powieści mającej ogromne zadatki na podbicie serc i umysłów szerokich rzesz czytelników. Przypomina mi to nieco podobną sytuację w kuchni – nie ma znaczenia fakt, że korzystaliśmy z tych samych składników co mistrz kulinarnych dokonań, jeśli nie zrobiliśmy tego w odpowiedni sposób i jeśli brakuje nam „tego czegoś”, co jedni nazywają talentem, drudzy „iskrą Bożą”.

Nie jest to kompletny gniot, ale bywają momenty naprawdę mało strawne. Prowadzona w pierwszej osobie narracja, a także sama postać bohatera – młodego rysownika z dawnego „dobrego domu”, konstestującego siermiężną rzeczywistość głównie za pomocą namiętności do jazzu, którego słucha cały czas, i wielka miłość do wszystkiego co amerykańskie, pozwala zobaczyć alter ego autora. Nie byłoby może w tym nic szczególnego nawet, gdyby nie ciągle podkreślana, nawet jeśli jedynie w duchu, wyższość bohatera nad wszystkimi niemalże. Nie przeczę, że sporo ludzi z tak zwanego „awansu społecznego” nie grzeszyła ani intelektem, ani wiedzą, ani nawet odpowiednimi manierami, ale nie chcę też wierzyć w to, że nagle przestali istnieć zwykli ludzie, którym ani nie podobał się nowy ustrój, ani nie zachwycał swymi wspaniałościami Zachód. Na dodatek ciągłe powtórzenia, niemalże wyznania swej ogromnej miłości do jazzu, ciągłe podkreślanie własnej przebiegłości w kontaktach z innymi, nieustanne drobiazgowe wyliczenia kolejnych miłosnych podbojów i szczegółowe opisy własnych kreacji (oczywiście, wszystkie ciuchy były MADE IN USA) powodują znużenie i zirytowanie czytelnika. Bardzo ciężko jest wytrzymać ten ciągły zachwyt nad własną osobą, szybko się zresztą zaczyna wydawać, jakby był to jedyny powód powstania tej książki.

Akcja nie jest zbyt skomplikowana. Oto młody chłopak nie dostaje się na studia z powodu niewłaściwego pochodzenia, naturalną koleją rzeczy staje na komisji wojskowej. Na skutek przypadku zostaje wyznaczony mu termin powtórnej komisji, ma jednak pewność, że zostanie wcielony do armii. Postanawia uciec z Polski. Okazuje się, że jest to możliwe, kosztuje jednak niebagatelną sumę stu tysięcy złotych, którą trzeba zdobyć w kilka tygodni. Przy pomocy własnej pomysłowości i odrobinie szczęścia, udaje mu się nie tylko zdobyć wymaganą sumę, ale i kilka razy więcej. W oczekiwaniu na przerzut do zachodnich Niemiec, młody człowiek używa życia, słuchając jazzu, jeżdżąc luksusowym mercedesem i zdobywając kolejne kobiety. Opisywane zdarzenia przeplatane często są reminiscencjami z przeszłości, różnego rodzaju dygresjami i, przede wszystkim, opisami wspaniałości i świetności głównego bohatera.

Cierpliwy czytelnik zostanie jednak nagrodzony, bo ostatnie kilkadziesiąt stron powieści jest naprawdę dobrą literaturą. Odniosłem wrażenie, jakby był to zapis albo najbliższy rzeczywistemu obrazowi wnętrza autora albo powstał po prostu najwcześniej. Zresztą, może obie te kwestie nie wykluczają się wzajemnie, a raczej uzupełniają. przyszło mi na myśl, że książka pana w podeszłym już wieku (rocznik 1934) była swego rodzaju zapisem wspomnień młodości, w której czas wrocławski, przeżyty samodzielnie u progu dorosłości był właśnie takim życiem, pełnym przygód, zabawy i dbałością o własny wizerunek. Wiele osób podobnie przeżywa pierwszy okres opuszczenia rodzicielskiego domu, zachłystując się nagle otrzymaną wolnością, dopiero później nadchodzi poczucie odpowiedzialności, plany na przyszłość i dążenie do stabilizacji. I widać to wyraźnie pod koniec powieści, kiedy bohater wspomina swoje dzieciństwo, przypadające na czas wojny, tułaczki po wsiach i dworach, poczuciu straty i zagubienia z jednej strony i chęci zbudowania zwykłego, chłopięcego świata gier i zabaw, zwariowanych planów podróży i prób wchodzenia w świat dorosłych. I dla tych fragmentów warto po tę książkę sięgnąć, pomimo jej wad może się okazać, że ulegliśmy czarowi świata, którego już nie ma.

Boris Akunin „Nefrytowy różaniec”


Najnowsza książka niezwykle popularnego i w naszym kraju twórcy kryminałów.

Czy jest jakiś miłośnik literatury kryminalnej nieznający przygód Erasta Fandorina, genialnego rosyjskiego detektywa? Śmiem wątpić, sądząc chociażby po stanie „zaczytania” całej serii w mojej bibliotece publicznej. Trudno jednak dziwić się tej popularności, bo powieści z Fandorinem to naprawdę wyjątkowe połączenie literatury z sensacją, nazywaną przez krytyków „literaturą środka”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Osobiście jestem wielkim fanem prozy Akunina, przeczytałem całą serię jednym tchem.

„Nefrytowy różaniec” to spory, liczący aż 650 stron, zbiór opowieści o przygodach Fandorina przez całą jego karierę. Znalazły się tu historie rozgrywane w wielu różnych stronach całego globu – od Jokohamy poprzez Moskwę i Dziki Zachód aż po syberyjskie pustkowie. Autor zadedykował cały zbiór wielkim mistrzom gatunku, począwszy od Conan Doyle’a, poprzez Agathę Christie i Georga Simeona aż po Roberta van Gulika, holenderskiego twórcę przygód sędziego Di. Wiele z przedstawionych w tym zbiorze opowiadań, jeśli nie wszystkie, są niejako wyrazami hołdu dla klasycznych już historii, wykorzystując sam szkielet opowieści Akunin tworzy własne rozwinięcia, tworząc bardzo dobre zagadki w świetnie zarysowanych sceneriach. Mnóstwo zabawy dostarcza w ten sposób swoim czytelnikom, bo oprócz podstawowego pytania „kto zabił” nurtuje odbiorcę oryginalne pochodzenie pomysłu. Naprawdę świetne posunięcie, taki literacki hołd złożony mistrzom.

Piotr Wereśniak „Nie szukaj mnie”


Człowiek odpowiedzialny, jako autor scenariusza, za wielki sukces „Kilera”, udowadnia, że jest świetnym twórcą, obdarzonym ogromnym talentem. Już zeszłoroczny debiut  „Zabili mnie we wtorek” to nie tylko moim zdaniem dobry przykład literatury sensacyjnej. Nowa powieść to już thiller z prawdziwego zdarzenia,  którego nie trzeba się wstydzić. Świetny pomysł, kapitalnie prowadzona i rozwijana w sposób nie dający czytelnikowi chwili wytchnienia, a to najlepsza rekomendacja dla literatury tego gatunku. Na dodatek bardzo fajnie wydane przez wydawnictwo otwarte,  z naprawdę piękną okładką, przykuwającą uwagę.

To historia Małgorzaty, która, pewnej nocy poproszona o przewiezienie przesyłki, postanawia ukraść pieniądze, zdając sobie sprawę, że to łapówka dla kogoś w ministerstwie. W ten sposób staje sie posiadaczka ponad dwóch milionów euro, ale musi się ukrywać. Pływa samotnie jachtem po Morzu Śródziemnym, kiedy nagle czyta w niemieckiej gazecie o swojej śmierci. Rozumie w jednej chwili, że jej spokój dobiegł końca…

Jej losy w jakiś niepojęty sposób łączą się z oskarżeniami jednego z niemieckich miliarderów, którego polski gangster oskarża o zlecenie mu zabójstwa Małgorzaty. Akcja zaczyna nabierać tempa, dzieje się w kilku krajach Europy, pojawia się też wątek miłosny. Nie chce zdradzać więcej, żeby nie psuć lektury, ale zapewniam że warto sięgnąć po tę powieść. Czas spędzony na lekturze na pewno nie będzie czasem straconym, a miłośnicy gatunku będą po prostu zachwyceni.

Osobiscie uważam, że nie szukaj mnie to najlepszy polski thriller w tym wieku, naprawdę. Nie umiem tego za bardzo wytłumaczyć, ale w tej powieści jest wszystko to, co tak bardzo pociąga nas, czytelników, w tłumaczeniach anglosaskich  betsellerów. Bardzo czesto w polskich książkach sensacyjnych mamy albo jedynie polskie realia albo europejskie czy nawet bliskowschodnie realia całkowiecie papierowe, najwyraźniej pochodzące spod pióra ludzi nie czyniących wielkiego wysiłku w dokonaniu odpowiednich przygotowań i lekceważący swoich czytelników.

Robin Cook „Interwencja”


właśnie skończyłem czytać, przy porannej kawie. miła książka, bez żadnych fajerwerków jednak. niewiele więcej właściwie niż rozrywka, ale to ten typ literatury. każdy potencjalny czytelnik wie dobrze, czego się spodziewać i po co czyta taką książkę. przypomina mi to słynną już chyba teorię „garnków” Pilipiuka. nie każdy chce lub może być artystą, nie każdy też chce czytać artystyczne książki.

mam problem z tą książką tez i inny. jako współpracownik (?) portalu valkiria.net mam napisać dla nich recenzję. no i jestem w kropce, bo i trochę mi się podobało i trochę chciałbym „zmieszać z błotem”. argumenty są silne po obu stronach i tak naprawdę jeszcze nie wiem, co z tego będzie. ale dam tu link, bez obaw.

A oto link do recenzji, której cały tekst zamieściłem na valkirii :

http://valkiria.net/index.php?p=articles&area=1&id=15458&type=review