literatura polska

5 książek Marka Hłaski


W tym tygodniu mieliśmy 81 rocznicę urodzin Marka Hłaski. Do tego twórcy mam sentyment ogromny, jego lektura w liceum była czymś zupełnie odmiennym od tego, co proponowało ministerstwo i nauczyciele. To były książki naprawdę przeżywane, z całą egzaltacją i powagą szesnastolatków. Kilka słów o tym, co zostało mi z tamtych czasów. Kolejność dowolna całkowicie.

Marek Hłasko

Marek Hłasko

Sonata marymoncka – niby socrealizm, a jednak jakiś taki dziwny, ponury, nie niosący wyzwolenia jednostki w najlepszym z możliwych systemów. Niby dydaktyczny i w sumie trochę oddany komunistycznej władzy, a przecież tak obrazoburczy wobec niej. Ciemny, brudny, zły, pijany, biedny – obraz robotnika w tej książce porusza do głębi. Hłasko wiedział, co pisze i o czym. Po kilku latach pracy jako kierowca ciężarówki doskonale wiedział, co czuje pracownik fizyczny w swoim państwie w chwili, gdy przelicza nędzne grosze wypłaty. Wiedział też, jak i ile kraść, by w sobotę dołączyć do milionów facetów topiących swój smutek i żal w podłej wódce.

Ósmy dzień tygodnia – kiedy ma się kilkanaście lat wierzy się w miłość po grób, gloryfikuje to uczucie, pisze wiersze do ukochanego/ukochanej. Spełnieniem miłości może być seks. W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nie było łatwo, ale można ten utwór odbierać uniwersalnie. Zmieniły się nieco dekoracje, pozostał jednak brud, choćby ten obecny w sieci. Seks czy miłość nie są już na ołtarzach wznoszonych ze słów młodzieńczych i panieńskich naiwnych poezje , występują dziś jedynie na ekranach, dostępne dla każdego dziecka. Mówienie zaś o uczuciu naraża na śmieszność i drwiny w gimnazjalnej toalecie. W najlepszym razie, bo przecież może być jeszcze powodem do prześladowań w sieci. Podniosłość nie istnieje, liczy się tylko to co tu i teraz, silniejszy wygrywa.

Następny do raju – to powieść łącząca przytoczone powyżej dwie. Są robotnicy, którzy wcale nie budują ojczyzny robotników i chłopów, a po prostu chcą przeżyć w trudnym czasie we wrogim sobie systemie. Uczucia w tym kraju nie istnieją, życie nie ma żadnej wartości. Znów tylko pustka, brud i zezwierzęcenie. Czasem jeszcze zdarzają się chwile uniesień, człowieczeństwo na chwilę wraca, dawno zapomniane marzenia ożywają po kolejnej wódce w dzień wolny. Potem jednak następuje poniedziałek, bezsens źle opłacanej i w ogóle niedocenianej pracy, w której można jedynie stracić życie, powraca z całą siłą. Tak silną, że spychającą w przepaść. Dosłownie.

Piękni dwudziestoletni – najlepsza dla mnie książka Marka Hłaski. Inne opowiadają o życiu w ogóle, ta opowiada o życiu samego autora. Oczywiście, to także elementy fikcji, trudno byłoby zakładać, że pisana była bez elementów autokreacji. Niemniej jednak jedna z lepszych książek o życiu w PRL w latach 50. ubiegłego wieku. Nawet, jeśli część przywoływanych wydarzeń jest zwyczajnie zmyślona. To także książka chyba najbardziej optymistyczna, działająca zgodnie z zasadą opisaną w psychologii jako „błękitnienie wspomnień”. Z perspektywy czasu każdy z nas gloryfikuje swoją młodość. Tylko to nam zostało w chwili, gdy orientujemy się, że bliżej już do śmierci, a nasze dokonania są równie istotne jak wygląd zeszłorocznego śniegu.

Drugie zabicie psa – jedyna powieść emigrancka w tym zestawie. A ściślej – jedyna nie traktująca o Polsce, bo przecież wspomniena wyżej książka Piękni dwudziestoletni też została napisana poza granicami kraju. Jednak to powieść wyjątkowa, pokazuje bowiem przejście Hłaski od opisywania beznadziei życia w PRL do zauważenia, że życie jest po prostu kiepskie, niezależnie od szerokości geograficznej, towarzystwa, uczuć, kariery czy czegokolwiek innego. Jeśli miałbym dawać jakieś etykietki, to właśnie tutaj Hłasko staje się polskim egzystencjalistą, najwybitniejszym albo może po prostu jedynym. Podejmowane przez jego bohaterów próby ocalenia samych siebie są z góry skazane na klęskę, ale liczą się właśnie one. Tu już dłużej nie można zwalać winy na komunistyczny reżim, świat zwyczajnie nie ma sensu, rządzi nami przypadek. To, co zrobimy, w ostatecznym rozrachunku ma sens tylko i wyłącznie dla nas. Jeśli czytaliście Camusa, wiecie o co chodzi.

Krótki to zbiór, ale na pewno definiujący pewien szczególny rodzaj w literaturze. Znów, podobnie jak choćby z Gombrowiczem, smutek pozostaje tylko taki, że Hłasko pisał po polsku. W innym języku, w innych okolicznościach, byłby pewnie laureatem literackiego Nobla. Niewykluczone jednak,  że taka osobowość literacka mogła się narodzić tylko w mroku stalinowskiej nocy i w krótkotrwałym brzasku odwilży. Poza Polską Hłasko zwyczajnie umiera.

Reklamy

Mirosław Tomaszewski, Marynarka


Kogo dziś obchodzi to, co się stało w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu? Kilkanaście ofiar właściwie nie brzmi jakoś dramatycznie, a odległość czasowa sprawia, że w gruncie rzeczy rację ma jedna z bohaterek, która mówi o tym, że oni wówczas też nie opłakiwali powstańców styczniowych. Tomaszewski napisał książkę, która próbuje pisać o historii jakby mimochodem, by niejako przy okazji nieco sensacyjnej fabuły przemycić informacje na których mu zależy. Pomysł  bardzo ciekawy, wykonanie jednak zaledwie poprawne.

Mirosław Tomaszewski, Marynarka

Mirosław Tomaszewski, Marynarka

Rozpoczyna się Marynarka jak powieść sensacyjna. Każdy z wprowadzanych bohaterów ma jakąś przeszłość do której nie chce wracać, więc spodziewamy się czegoś o szybkim tempie akcji, jakichś zwłok i odkrywania tajemnic sprzed lat. Morderstwo z pierwszych stron jedynie umacnia nas w tym przekonaniu. Niestety, na następne trupy przyjdzie długo poczekać, a tempo akcji zwolni w połowie książki do żółwiego tempa. Nawet późniejsze przyśpieszenie nie stanowi zbytniej rekompensaty za dłużyzny, przez które jesteśmy zmuszeni przebrnąć. Wielkie tajemnice są dość przewidywalne, a końcowy happy end nieco przesłodzony.

Tomaszewski próbuje pisać o historii tak, jak IPN przeprowadza cele edukacyjne – proponuje nam rekonstrukcję, zabawę w historię. Osobiście uważam, że to nie pomaga w nauce historii, ale różne są opinie specjalistów z zakresu dydaktyki tego przedmiotu. O ile zatem sam pomysł hotelu-aresztu jest jeszcze uprawniony, bo moda na odgrywanie PRL raczej narasta niż zanika, o tyle sceny z przeprowadzaniem eksperymentu Zimbardo i używaniem armatki wodnej są mocno naciągane. Choć rozumiem intencje autora, bo w tych krótkich scenach zawarte jest to, co w powieści najważniejsze, a mianowicie jej przesłanie. Przypadek często decyduje o tym, kto po której stronie staje – z równym prawdopodobieństwem możemy stać się ofiarą i katem. I obie te role są ciężkie do udźwignięcia, każdy z tych losów pozostaje tragiczny.

Tomaszewski dość udanie portretuje polską rzeczywistość XXI wieku. Korzysta ze znanych doskonale wzorców, ale udaje mu się uzyskać przekonujący efekt. Jak przedsiębiorca, to oczywiście dawny agent bezpieki, ale dziś głęboko wierzący i hojnie obdarowujący kościół. Jeśli zaś ma zięcia, to musi to być ktoś, kto chce go wykopać z firmy. Zbuntowany niemal czterdziestoletni punk nie może pracować w knajpach, bo nie jest w stanie zmusić się do puszczenia płyty Ich Troje. Młode dziennikarki zostają w redakcji dzięki udzielaniu swych wdzięków redaktorowi a nie sprawności pióra. Podobnie z resztą postaci, każda z nich znajoma i swojska. Niemniej jakoś to jednak u Tomaszewskiego nie nuży, chyba dlatego, że jednak takie figury możemy spotkać na ulicach naszych miast dużo częściej niż sami zdajemy sobie z tego sprawę.

Marynarka to ambitny pomysł, który chyba jednak troszkę przerósł autora, bo momentami może się wydawać, że chciał on powiedzieć zbyt wiele. Pisanie to także umiejętność selekcji, a w tym przypadku trudno się oprzeć wrażeniu, że nie zaszkodziłoby książce dokonanie skrótów. Jest to jednak powieść dość zgrabnie dająca sobie radę z trudnym tematem, który zdaje się nikogo nie obchodzić. Stąd też warto poświęcić trochę własnego czasu Tomaszewskiemu, bo dzięki tej lekturze można dowiedzieć się czegoś o samym sobie, a taką korzyść z czytania współczesnej literatury coraz trudniej osiągnąć.

Gustaw Herling-Grudziński, Najkrótszy przewodnik po sobie samym


Od czasu do czasu wpadam w osłupienie. Może już nie powinienem, bo jednak podobnych razów było wiele i w gruncie rzeczy nadal dawać się zaskakiwać jest czynnością naiwną. A jednak wciąż mi się to zdarza. Ostatnio przy okazji „ostatniej książki Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w pierwszą rocznicę śmierci wielkiego pisarza”.

Najkrotszy-przewodnik-po-sobie-samym_Gustaw-Herling-Grudzinski,images_big,15,978-83-08-04362-2Takich książek pogrobowych jest bez liku. Wystarczy przypomnieć jakieś odnajdywane strzępki opowiadań Tolkiena, by zobaczyć o co chodzi. Nie musi przecież taka książka mieć wartości literackiej, ona ma się po prostu sprzedać. Na rodzimym podwórku nieudany kryminał Stanisława Lema czy – tak fetowana ostatnio – cudem odnaleziona „powieść kryminalna” Wisławy Szymborskiej, która popełniła to dzieło w początkach szkoły podstawowej. Co to mówi o tych twórcach, nie wiadomo. Wydawcy jedynie liczą zyski, oczywiście tłumacząc się spuścizną etc.

Podobnie jest z ową ostatnią książką Herlinga-Grudzińskiego. Czytamy ją sobie powoli, niespiesznie. Jest krótka, tekst duży, mnóstwo zdjęć. Czyta się przyjemnie, bo autor porusza się nie tylko po swoim życiu w sensie faktograficznym. Mówi także o swoich gustach malarskich, poglądach na wiarę czy opowiada o pisarzach, których ceni. Jest to naprawdę przyjemne w lekturze, niczym opowieść przy kominku. Właśnie – opowieść. Na końcu dowiadujemy się bowiem, że to nie słynny autor Innego świata napisał to wszystko i zostało odnalezione po jego śmierci. Nie, zrobił to pan redaktor, Włodzimierz Bolecki. I to zrobił przemyślnie – wziął fragmenty wypowiedzi zawartych w filmie pt. Rozważania o cnotach, coś tam dodał z własnych rozmów z pisarzem i, podobnież za jego zgodą, wydaje właśnie. O ową zgodę trudno pytać rok po śmierci, ale mimo wszystko umieszczenie na okładce słów o „ostatniej książce” wydaje się być od prawdy nieco oddalone, oględnie mówiąc. Ale czyż rozmowy z pisarzem podpisane nazwiskiem rozmówcy sprzedałyby się równie dobrze?

Nie, to nie jest książka zła. Zwłaszcza dla kogoś, kogo Herling-Grudziński niegdyś interesował, bo szkole nie udało się zniechęcić do niego przy okazji bezmyślnego powtarzania formułek o „człowieku złagrowanym”. Jego Dziennik pisany nocą czytałem jeszcze w licealnych czasach z prawdziwym zainteresowaniem. Ten człowiek zwyczajnie miał coś do powiedzenia innym i starał się robić to najlepiej jak potrafił. I za to chociażby należy mu się szacunek. Lub choćby poznanie tak niedoskonałe, jak przy okazji tej książeczki. Bo – mimo wspomnianej próby naciągnięcia czytelnika – to jednak duch pisarza jest w niej obecny. I to jest wystarczający powód, by po książkę jednak sięgnąć.

Marian Pilot, Pióropusz


 Podróż do wnętrza pisarza

Pióropusz książką niezmiernie ważną jest, jak głoszą wielkie autorytety naszego życia literackiego. Zgodzić się czy się nie zgodzić z tą obiegową opinią, oto jest kwestia zasadnicza. Nie raz już bywało tak, że opinie krytyków i znawców zupełnie nie pokrywały się z tym, co w książce odnaleźli czytelnicy. Co można zatem znaleźć w książce Mariana Pilota?

pobrane (1)To książka mówiąca przede wszystkim o dorastaniu. Dorastaniu w trudnych warunkach powojennych, na wielkopolskiej wsi, która znalazła się po raz kolejny w granicach polskiego państwa. Wynikające z tego faktu skutki dotykają wszystkich, tak narratora i jego rodzinę, jak i resztę jego otoczenia. Sprawiają, że świat konstruuje się na nowo, nie tylko w sferze osobistej, ale także szerszej, powszechnej, dotykającą swą istotą każdego. Pióropusz jest próbą uchwycenia tego wszystkiego. To detaliczny, nierzadko brutalny zapis wydarzeń kilku lat życia bohatera-narratora, opowiedziany przy tym językiem trudnym i dość specyficznym. Niełatwa w odbiorze opowieść w miarę swojego rozwoju stanie się jednak coraz bardziej klarowna, by przywieść czytelnika do końcowej konkluzji, z jaką książka pozostawia jeszcze długo. Wszystkie bowiem elementy są konieczne dla zrozumienia jej istoty.

Świat widziany z perspektywy chłopca, pochodzącego z rodziny egzystującej niejako na marginesie wiejskiego życia, nie jest miejscem przyjaznym. Każdy dzień jest właściwie walką. Szkoła i sąsiedzi próbują wtłoczyć bohatera w koleiny normalności, tak jak ona jest postrzegana. Zmiany, zachodzące dookoła nie pomagają w tym procesie, bo szybko okazuje się, że sami dorośli nie są w stanie za nimi nadążyć, a jedność dotychczas znanego świata, doskonałego w swej osobności, rozbijana jest przez skutki wojny, czyli nową, ludową władzę i pojawienie się zabużańskich repatriantów, o zupełnie innym stylu życia. Odnalezienie się w tym wszystkim kilkunastoletniego chłopca nie jest łatwe, a droga do zrozumienia i świata i samego siebie długa i pełna cierpienia.

To także opowieść o dojrzewaniu do życiowego powołania, jakim jest pisarstwo. Z przymusu, wynikającego z obowiązku szkolnego i trudnej sytuacji życiowej, młody chłopak dostrzega pewne zmiany, które się w nim samym dokonały na tyle, że właściwie już dojrzał. Jest w stanie pisać, choć nie jest to ani łatwe ani przyjemne. Godziny spędzane nad zapisywaniem kolejnych kartek papieru jawią się jako niekończąca się tortura, z której nigdy po prostu nie ma wyzwolenia. Dopiero upływ czasu sprawi, że będzie mógł przewartościować swój sposób myślenia. Ten moment inicjacji wreszcie nadchodzi. Świetnie opisana scena założenia okularów przypomina o tym, że dopiero wówczas, gdy zrozumiemy rzeczywistość, będziemy w stanie ją opisać. Zrozumienie to nie jest procesem łatwym i przyjemnym, składa się bowiem z wielu ciężkich i wyczerpujących prób, z wielu uczuć zniechęcenia i rozczarowania, których koniec zwieńczony sukcesem jawi się jako cel osiągalny.

Wreszcie jest to powieść o języku. Wiąże się z pisarstwem, bo przecież pisarstwo jest pracą wykorzystującą język jako tworzywo, które formowane w odpowiedni sposób odda to, co twórca chce przekazać swoim odbiorcom. Język jest żywy, to dość banalne stwierdzenie, ale tym prawdziwsze w chwili, gdy chcemy je przełożyć na martwe znaki liter, zaczerniające papier. Jeśli zatem opowieść ma być przekonująca i działająca na czytelnika, musi być stworzona z odpowiednich słów. Zbyt często zapominamy o tym, zwłaszcza w odniesieniu do prozy. A przecież cała literatura wzięła się z opowiadanych historii, z żywego języka właśnie. Marian Pilot przywraca tę świadomość, ani na chwilę nie pozwalając zapomnieć o tym, czym pisarstwo jest w swojej istocie. Jak sam to określa, pisarz jest „złodziejem”, kradnącym innym ich język. Ze starannej obserwacji rzeczywistości i przebiegu procesu własnego pisarskiego dojrzewania wysnuwa wniosek, że bez owego „podkradania” słów, zwrotów, sposobu mówienia innych ludzi, pisarz nie może tworzyć. Oczywiście, nie jest to w żaden sposób umniejszanie roli twórcy, raczej konstatacja pewnej prawdy, obowiązującej właściwie z taką samą siłą jak prawa natury.

Dotąd mówiliśmy o sprawach osobistych, jednostkowych. Nie należy jednak sądzić, że jedynie do nich ogranicza się Pilot. Jego książka bowiem jest jednocześnie czymś więcej. To niezwykle udany zapis pewnego okresu życia ściśle określonej społeczności, ograniczonej terytorialnie i chronologicznie do pewnych ram, które nadają konkretny kształt całości. Rozpatrywany pod tym kątem Pióropusz stanowi bardzo wyraźne zapis dotyczący regionalnej, małej ojczyzny, która na zawsze już pozostawia ślad we wszystkich poczynaniach dorosłego już bohatera. Być może to dziedzictwo trudne i z całą pewnością obciążające, ale niemniej wciąż istotne. Co więcej, zerwanie z nim oznaczałoby katastrofę, jaką byłoby odrzucenie swojej osoby jako pisarza. Pilot wybrał jednak swój zawód i, związany z nim na dobre i na złe, nie zamierza wycofywać się z obranej niegdyś ścieżki. Dla nas, czytelników, to pocieszająca wiadomość. Oznacza bowiem, że jeszcze nie raz będziemy mogli stanąć przed możliwością poznania rzeczywistości na co dzień ukrytej przed naszymi oczyma.

Stanisław Barańczak „Książki najgorsze”


W ramach odpoczynku od wyborów i mundialu polecam sięgnięcie po książkę Barańczaka. Wspaniała lektura, zapewniająca nie tylko rozrywkę intelektualną, ale też wiele niepowstrzymanych napadów głośnego śmiechu. Książka jest zbiorem recenzji pochodzących z końca lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, zamieszczanych w piśmie „Student” i w drugim obiegu. Do najnowszego wydania „Znaku” dołączono także kilka tekstów pochodzących z roku 1993 i publikowanych w „Gazecie Wyborczej”. Mimo dość sporego upływu czasu zbiór ten jest nadal bardzo dobrą lekturą nie tylko dla polonistów i zainteresowanych historią polskiej literatury. Dostajemy tu sporą porcję wiadomości o życiu i kulturze PRL – u, zwłaszcza o życiu literackim. Choć trzeba przyznać, że tak naprawdę opis zachowań „ludzi pióra” popierających reżim doskonale spełnia rolę papierka lakmusowego w odniesieniu do całości społeczeństwa. Zwłaszcza teksty pochodzące z drugiego obiegu są tu bezkompromisowym świadectwem działań dziennikarzy, cenzorów, ludzi zajmujących się propagandą. Lektura tych pamfletów literackich dziś stanowi świetne źródło poznania dla młodego pokolenia, a niezwykle lekki język może być najlepszą rekomendacją. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników filmów Stanisława Barei i poszukiwaczy dobrej literatury, będącej czymś więcej niż rozrywką.

Marta Dzido „Ślad po mamie”


Świetna, dobrze napisana i dość kontrowersyjna książka, będąca według samej autorki, „aborcyjnym coming ałtem”. Moim zdaniem takiej książki próżno nadal szukać wśród polskiej prozy, choć historii podobnych przypuszczalnie jest dużo, dużo więcej, i to nie tylko wśród nastolatek chcących urządzić sobie życie lub choćby po prostu skończyć szkołę.

Tak,  taka to smutna prawda o aborcji, która jest kolejną tajemnicą poliszynela w naszym i nie tylko zresztą naszym, kraju. Ja jednak chciałbym wrócić jednak do pisania o książce, która wywarła na mnie naprawdę duże wrażenie i sam nie wiem jak to się stało, że tak długo czekałem na zapoznanie się z nią, choć przecież kilka lat temu zachwyciłem się debiutem. „Małż”, debiutancka książka Marty Dzido, była jednak raczej ironiczną satyrą, skrywającą dramat młodej kobiety szukającej bez większego powodzenia pracy w stolicy. Język powieści, sposób opowiadania jesst jednak w obu przypadkach ten sam i tak samo świetnie się czyta obie powieści. Zresztą, we wstępie do „Śladu po mamie”, autorka wspomina o tym, że chronologicznie to własnie później wydana rzecz została napisana wcześniej. Po prostu wtedy wydawca, ten sam zresztą w obu przypadkach, odmówił. Jednak po debiucie, który uzyskał dość spory odzew, zapadła inna decyzja. I bardzo dobrze, bo dzięki temu trafiła do naszych rąk naprawdę dobra powieść, która spełnia jak gdyby dwie funkcje. Dobrze się to czyta, więc rozrywka jak się patrzy, a z drugiej strony mocna rzecz na kontrowersyjny temat, intymne wyznanie nastolatki zmagającej się nie tylko z maturą w ostatniej klasie liceum.Moim zdaniem to właśnie powinna byc lektura szkolna, która powie uczniom coś o otaczającym ich świecie. Polecam ja bowiem i dziewczynom i chłopakom, bo samej jeszcze żadnej kobiecie nie udało się zajść w ciążę.