literatura faktu

Po co czytamy literaturę faktu?


To jest fakt. Na każdej liście bestsellerów coraz więcej książek z etykietką „literatura faktu”. Czytamy reportaże z wojen, podróży, popegeerowskich wiosek, a nawet z obserwacji uczestniczących, na przykład w fabrykach. Rzucamy się na biografie, autobiografie i niby-biografie, szukając… No właśnie, czego?

Co daje nam czytanie o wojnie w Czeczeni czy somalijskich rzeziach? Poczucie bezpieczeństwa we własnym fotelu/łóżku? Okropności przecież dzieją się gdzieś tam, daleko, a my możemy docenić fakt, że mimo wszystkich wad naszego kraju, jakoś w nim jednak żyjemy bez codziennego zagrożenia życia. Niby małe, a cieszy.

Czytamy tę literaturę podobno przede wszystkim po to, by dowiedzieć się czegoś o świecie. Wierzymy, że skoro opiera się na faktach, to jest prawdą. Poniekąd tak jest, ale tylko poniekąd. Policjanci, prokuratorzy i historycy zajmujący się oral history wiedzą doskonale, że nie ma gorszego świadka niż świadek naoczny. Często zeznania trzech osób wykluczają się wzajemnie! A i zapamiętane rzeczy zupełnie inaczej potrafią ułożyć się w głowach. Podobnie jest z autorami i autorkami reporterskich relacji. Dostajemy ich własną narrację, którą stworzyli sobie będąc na miejscu czy rozmawiając z ludźmi, może prowadząc własne notatki. Wszystko to jednak jest jedynie próbą opisania rzeczywistości, o czym warto pamiętać.

W literaturze faktu zdaje się pociągać nas prostota przekazu. O wiele trudniej przedzierać się przez gąszcze liter postawionych w wybitnej powieści. Proza wymaga od nas większego zaangażowania, prób zrozumienia znaczeń i kodów pozostawionych przez tego, kto stawiał znaki. Moglibyśmy spróbować zrozumieć świat za pomocą nieco bardziej wyszukanego języka, niecodziennych sytuacji, być może jakichś przeżyć wewnętrznych bohaterów. Większość woli jednakże proste rozwiązania, w których obrazy pojawią się same. Wszak drastyczny opis żołnierskich gwałtów i mordów jest taki sugestywny…

Wydaje mi się, że to wszystko każdy doskonale wie. Pociąga nas jednak patrzenie na innych, swoistego rodzaju podglądanie, które inni realizują oglądając „dokumentalne” seriale. Tak samo szukamy kogoś i czegoś odmiennego od naszej codzienności, czynimy to jedynie w różny sposób. Nie ma w tym nic złego, lepiej jednak zdawać sobie sprawę z istoty rzeczy. Podobnie jak zdałem sobie ją ja, w tych krótkich przerwach między lekturą kolejnych reporterskich książek.

Reklamy

Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie


Literatura faktu ostatnio w Polsce sprzedaje się najlepiej. Albo prawie najlepiej, ustępując jedynie literaturze romansowej, produkowanej na masową skalę. Oprócz miłości uwielbiamy podglądanie, więc poczytność tak zwanej literatury faktu rośnie. Ten fakt postanowiła wykorzystać Katarzyna Bonda. Niestety, z dość wątpliwym skutkiem końcowym. Niemniej jednak podobno książka się sprzedaje dobrze. W końcu ma już drugie wydanie.

Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie

Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie

Książka Bondy to rozmowy z kilkunastoma polskimi morderczyniami. Każda opisuje swoją historię, a te historie takie podobne do siebie, że właściwie po przeczytaniu trzech, może czterech, wiemy już wszystko. Ciężkie dzieciństwo, przemoc, patologia, alkohol, narkotyki, chęć zarobienia paru groszy i zemsta. Nic ciekawego, żadnych serii zabójstw, żadnego układania jakieś większej całości, częstokroć nawet żadnego planowania. Ot, zabójstwo pod wpływem chwili zamroczenia złością, alkoholem, narkotykami.

Dobrym, najlepszym właściwie elementem książki są wypisy z akt sądowych na końcu każdej rozmowy. Możemy na tej podstawie wyrobić sobie opinię na temat tego, co i jak opowiedziała nam bohaterka. Do prawdy nie dochodzimy, nie ma tak dobrze w tym życiu, niemniej jednak to ciekawe doświadczenie.

Na osłodę dostajemy trzy rozmowy. Policyjny profiler, dyżurny seksuolog kraju i pani z więziennictwa, dyrektorka zakładu karnego. Te wywiady banalne, ale jest jedna rzecz, która cieszy. Otóż w gruncie rzeczy każda z tych osób na pytanie o to, czy istnieje „zbrodnia kobieca” odpowiada inaczej! I to jest kwintesencja tego, co wiemy po przeczytaniu tej książki. Nie wiemy nic. Znamy jedynie zestaw dyżurnych komunałów psychologicznych o banalności zła, o złych warunkach dorastania, o potrzebie resocjalizacji i zasadzie mocno ograniczonego zaufania wobec osadzonych kobiet.

Choć może jestem zbyt surowy. Może źle oceniam fakt, że wszystkie te kobiety raczej nie mają tytułów naukowych, w większości nie są też tytankami intelektu. Widać to w zamieszczonych zdjęciach, gdzie każda wygląda – sądząc po stroju, uczesaniu, makijażu – jak fanka zespołu discopolowego. Nie ma w tym nic złego, po prostu w tych kręgach tak się nosi. A także i zabija, popełniając „typową polską zbrodnię” – wbicie w brzuch kuchennego noża przy czwartej flaszce. Jeśli spodziewacie się czegoś wyrafinowanego, musicie sięgnąć po literaturę piękną. Ona pokazuje właśnie piękno zbrodni. Te z życia wzięte zupełnie do niej nie pasują.