książka

Książka za kraty


Książka za kraty

Fot. Agnieszka Kłos

Mieszka we Wrocławiu dziewczyna, która nazywa się Agnieszka Kłos. Być może czytaliście jej książkę „Całkowity koszt wszystkiego”. Być może widzieliście ją na wrocławskiej ASP, być może jeszcze gdzie indziej. Być może nigdy jej nie spotkaliście. W gruncie rzeczy to rzecz nieistotna. Chodzi o to, że Agnieszka pomaga ludziom, nie oczekując rozgłosu czy powodów do chwały, jak czynią to mężczyźni. Po prostu działa, skromnie i bardzo skutecznie, zarażając swoim pomysłem coraz więcej osób. Ta dziewczyna robi – już po raz kolejny- akcję pod nazwą „Książka za kraty”. Nazwa mówi wszystko, prawda? Jeśli zatem macie jakieś niepotrzebne książki, czasopisma, płyty, to możecie się podzielić z więźniami. W tym roku zbiórka organizowana jest dla osadzonych w ZK w Wołowie.

We Wrocławiu książki można przynosić na portiernię ASP, do Muzeum Współczesnego i innych miejsc. Bieżące informacje o rozwoju akcji znajdziecie na profilu akcji „Książka za kraty”.

Reklamy

Camilla Grebe, Åsa Träff, Bardziej gorzka niż śmierć


W skandynawskiej literaturze kryminalnej nie chodzi często o samą zbrodnię. Kostium sensacji używany jest przez autorki i autorów do pokazania jakichś społecznych problemów, do szukania nowych dróg dotarcia do czytelników z niewygodną prawdą o społeczeństwie, w którym żyją. Taką właśnie książką jest Bardziej gorzka niż śmierć. Autorki skupiły się w tej powieści na przemocy wobec kobiet.

Camilla Grebe, Åsa Träff, Bardziej gorzka niż śmierć

Camilla Grebe, Åsa Träff, Bardziej gorzka niż śmierć

Para terapeutek rozpoczyna prowadzenie terapii grupowej dla ofiar przemocy domowej. Jedna z uczestniczek programu ucieka przed partnerem, uważając, że ten chce ją zabić. I że zabił już swoją poprzednią dziewczynę. Kobiety postanawiają się bronić, jedna z nich chce odkryć prawdę na własną rękę. Przy okazji będzie musiała się uporać ze swoim własnym życiem, rozstrzygając o zakończeniu żałoby po stracie męża, nowym związku i macierzyństwie.

Książka to traktująca wątek kryminalny dość luźno. Para autorek napisała powieść w stylu Camilli Lackberg raczej, w której nie ma policyjnych procedur, nie ma samotnego detektywa-rozwodnika, nie ma nawet wielu brutalnych scen. Powieść nakierowana jest do środka, na opisy przeżyć wewnętrznych bohaterek. Te stany to w sumie coś w rodzaju psychologicznych rozterek, klinicznych niemalże przypadków zachowań odbiegających od normy. Wstrząsające słowa kobiet, ofiar przemocy niekiedy wieloletniej, łagodzone są miłosnymi rozterkami Siri, jednej z terapeutek, będącej zarazem narratorką powieści.

W tej książce prawie nie ma mężczyzn. Partner narratorki, choć policjant, praktycznie nie występuje w tej roli. Ważne są tylko wątki osobiste. Poza nim jest też czarny charakter, czyli agresywny brutal i profesor-gej, który zaplanował cały program terapii. Trudno jakoś było mi oprzeć się wrażeniu, że to książka napisana specjalnie dla pań. W tym sensie to na pewno literatura kobieca. Jeśli zatem ktoś szuka powieści obyczajowej z wątkiem kryminalnym i historią miłosną w tle, na pewno się lekturą powieści Bardziej gorzka niż śmierć nie zawiodą. Ci, którzy szukają w książkach kryminalnych szybkiej akcji, śmiało mogą sobie darować.

Pisarz, który ukradł zbrodnię


Michał Witkowski, Drwal

Michał Witkowski, jak zapowiadał to wszem i wobec w każdym dostępnym sobie medium, zapragnął stworzyć kryminał. Literaturę, jak sam niejednokrotnie podkreślał, lekką, łatwą i przyjemną – jednym słowem dla wszystkich. W efekcie otrzymaliśmy opasłą księgę zatytułowaną Drwal, która miała być ucieleśnieniem owego zniżenia się do czytelniczego ludu. Czy jednak zamierzenie autora nie przerosło cokolwiek jego osoby? I czy naprawdę dostaliśmy świetny kryminał, którego lektura będzie wspaniałą rozrywką w długie zimowe wieczory?drwal_witkowski

Początek książki jest naprawdę dobry. Pisarz, znany i rozpoznawany tu i ówdzie, w miejscach często nieoczekiwanych, zmierza do odludnego domku gdzieś w pobliżu Międzyzdrojów, by tam napisać dzieło, mające mu przynieść sławę i pieniądze. Niekoniecznie zresztą w tej kolejności. Wybiera odludzie i wybrzeże w zimie, dla lepszej koncentracji pisarskiej weny. Liczy również na to, że temat powieści objawi mu się już w trakcie pisania. Zamieszkuje u poznanego wcześniej odludka, który ma zapewnić twórcy dach nad głową podczas twórczego procesu przelewania na papier stanu ducha. Szybko okazuje się, że jest postacią na tyle intrygującą, by stać się główną zagadką tej książki. Autor-narrator zaczyna z pasją odtwarzać tajemniczą historię swojego gospodarza.

Powieść, tu się powtórzę, zaczyna się świetnie. Odpowiedni nastrój grozy udaje się pisarzowi zbudować niemal od pierwszej strony. Niestety, im dalej tym gorzej, nie tylko z nastrojem. Rozłazi się w szwach akcja, pękając niczym zbyt mały garnitur. W efekcie przechodzimy do czegoś w rodzaju powieści o powieści, metanarracyjnej „poważnej” literatury, ale przejście to nie jest ani łagodne ani nawet uzasadnione czymś więcej, niż dziecinnym pragnieniem autora, który chciałby dorównać twórcom swych idoli z okresu dorastania. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że pisanie powieści popularnych nie jest takie proste. Być może przeszkadza w tym wcześniejszy dorobek, być może zaś zwyczajnie trzeba mieć do tego talent. Witkowski w swej książce pokazuje, że do pisania w stylistyce literatury popularnej zwyczajnie się nie nadaje.

Witkowski usiłuje grać wieloma konwencjami. Ta gra na wielu bębenkach nie jest jednak prosta, o czym przekonać się może na własne oczy czytelnik jego książki. Obok naprawdę dobrych momentów dostajemy dłużyzny i formy, które po prostu są nieudanymi próbami, stojącymi gdzieś na pograniczu dziennika i felietonu, niekoniecznie zasługującymi na okazanie publiczności. Z jakąś wewnętrzną perwersją, bliską niemal duchowemu ekshibicjonizmowi, autor obnaża się w najbardziej intymnych momentach procesu twórczego, co w żaden sposób nie ratuje jednak wyraźnie kulejącej fabuły. Ten brak zdecydowania, owo poszukiwanie, jest zapewne ciekawe z punktu widzenia badaczy literatury lub krytyków patrzących z wyżyn uniwersyteckich katedr, ale nijak ma się do docierania do masowego odbiorcy, oczekującego zupełnie innej prozy. Z tego punktu widzenia należy zatem wysiłek Witkowskiego uznać za zmarnowany, a jego zamysł za zupełnie chybiony.

Wszyscy ci, którzy zaczną czytać Drwala z uwagi na osobę autora, mogą podczas lektury poczuć się w miarę usatysfakcjonowani. Znajdą tam sporo tego, za co cenią dotychczasowe pisarstwo Witkowskiego. Dobre wyczucie melodyczności języka, surrealistyczny nastrój przeżywany przez bohaterów właściwie jako część życia, momenty odniesień do tu i teraz. Cała reszta jednak, zwabiona potencjalną zbrodnią, na pewno poczuje się zawiedziona. Bo Drwal to właśnie książka, która z kryminałem nie ma nic wspólnego. A całą zbrodnię popełnił tutaj pisarz, kradnąc czytelnikom owe przestępstwo i związane z nim dochodzenie do prawdy o tym, co wydarzyło się w przeszłości.

Oczywiście, można odczytywać Drwala jako zabawę właśnie, jako próbę skierowania wytartej nieco stylistyki literatury popularnej w stronę czegoś więcej niż zwykła rozrywka. W tej formie zapewne powieść broni racji swego istnienia. To jednak niewielkie pocieszenie w chwili uświadomienia sobie, że kupiliśmy coś, co nie spełnia swej podstawowej funkcji., jaką miała być proza lekka, łatwa i przyjemna. Wynikające z tego faktu rozczarowanie może bowiem sprawić, że zaprzestaniemy poszukiwań w ogóle, nie ufając już nikomu, kto mówi czy pisze o książkach. Skoro sam autor okpił nasze oczekiwania, nie pozostanie nic innego, jak powrót do bezpiecznych i utrwalonych nazwisk, które dostarczą to, czego się po nich spodziewamy. I w tym sensie największa to porażka Witkowskiego. Niezrozumienie jego podejścia będzie bowiem rzutować na wszystko, co napisze teraz. Nie będzie już bowiem wiarygodny ani jako obrazoburczy pisarz ani jako twórca dla szerokich mas. Czas pokaże, czy moja diagnoza jest słuszna.

Krzysztof Mroczko