kryminał retro

Krzysztof Beśka, Pozdrowienia z Londynu


Przyznam szczerze, że bardzo długo zwlekałem z lekturą drugiej części cyklu „łódzkiego” autorstwa Krzysztofa Beśki. Główną przyczyną tej zwłoki było moje niejakie rozczarowanie otwierającym cykl Trzecim brzegiem Styksu. Zbyt wiele w tamtej książce odnajdywałem mocno nużących fragmentów o architekturze, topografii i życiu „polskiego Manchesteru”, co sprawiła, że lektura stawała się ciężka. Miałem wrażenie, że autor uległ temu samemu grzechowi, któremu poddało się tak wielu przed nim (i po nim też!) z licznego przecież grona podejmujących próby stworzenia ciekawego kryminału retro. Informacje są ciekawe i mogą interesować czytelnika, zgoda, ale muszą wynikać jakoś z fabuły, a najlepiej byłoby gdyby popychały akcję do przodu. Jeśli tak się nie dzieje, to zaczyna być po prostu nudno. Do tej pory pamiętam lekturę książki Anety Ponomarenko, u której na bodajże trzeciej stronie powieści stróż zamiatający ulicę snuje rozmyślania o historii budynku mieszczącego teatr, łącznie z nazwiskami jego projektantów, kosztami budowy i klasyfikacją stylu. Pomijając fakt, że pod koniec wieku w Kaliszu stróż raczej nie czytałby gazet, sam opis jest po prostu nudnawy i nie zachęca do przejścia do strony czwartej, nawet jeśli kryminalna zagadka okazuje się frapująca. Podobne pasusy w Trzecim brzegu Styksu nie zachęcały mnie do sięgnięcia po kolejną część przygód Stanisława Berga. Cóż, nie doceniłem autora.

Krzysztof Beśka, Pozdrowienia z Londynu

Krzysztof Beśka, Pozdrowienia z Londynu

Muszę w tym miejscu przyznać, że Pozdrowienia z Londynu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Zamiast przydługich opowieści o wyglądzie łódzkiej ulicy AD 1892, jest szybko krocząca do przodu akcja. Opisy są, ale właśnie wynikają w jakiś sposób z akcji, umotywowane fabułą stanowią jej kostium, nie dominując w tak wyraźny sposób. Niezależnie od tego, czy znajdujemy się w fabryce czy szulerni, to ludzie są głównymi aktorami. Dzięki temu mamy powieść, nie przewodnik po dawnej Łodzi. Jednocześnie jest to powieść retro z prawdziwego zdarzenia, posiadająca odpowiedni klimat. Jest po prostu dobrze, proporcje zostały zachowane, czytelnik może po prostu rozkoszować się lekturą.

Fabuła powieści też powinna zadowolić nawet najbardziej wybrednych miłośników powieści kryminalnej. Autor po raz kolejny sięgnął po motyw już ograny, ten użyty w Pozdrowieniach z Londynu jest chyba najbardziej znany z możliwych, bo któż nie słyszał o słynnym londyńskim mordercy? Ambitne to zadanie, bardzo łatwo polec w tym boju. Wypada w tym miejscu pogratulować Krzysztofowi Beśce udanego zmierzenia się z legendą. W tym pojedynku polski pisarz okazuje się zwycięzcą. Intryguje na tyle sprawnie, by przykuć uwagę czytelnika jednocześnie wodząc go za nos. Za to przecież kochamy kryminały, prawda?

Można znaleźć jakieś słabsze elementy powieści, trzeba jednak czytać uważnie. Największym chyba jest nadto kwiecisty język, jakim posługuje się Beśka (ten grzech wyznaje sam autor na swoim blogu). Do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego ojciec ukochanej Berga „odbył studia”. Niemniej jednak autor nie męczy nadmiernie swojego czytelnika, tym bardziej że udaje mu się snuć ciekawą intrygę, która skutecznie odciąga uwagę od pisarskich potknięć.

Przyznaję też, że czekam z dużą niecierpliwością na zapowiadaną już kolejną część cyklu, Dolinę Popiołów. Jeśli Krzysztof Beśka utrzyma zwyżkujący poziom, możemy spodziewać się czegoś naprawdę godnego uwagi. Pozdrowienia z Londynu udowodniły, że to pisarz o bogatej wyobraźni i dużej sprawności fabularnej. Warto poświęcić chwilę i sprawdzić to na własną rękę.

Reklamy

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto


Słyszeliście na lekcjach historii o tym, że pod koniec XIX wieku uboga austriacka prowincja nazywana Galicją i Lodomerią miała szansę zmienić nieco położenie bardzo ubogich mieszkańców tych terenów? Wszystko za sprawą odkrycia ropy. Ten okres historyczny przypomina w swojej powieści Czarne złoto Bartłomiej Rychter, w drugiej części przygód Borysa Pasternaka, ubogiego nauczyciela znanego z powieści Złoty wilk.

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto,

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto,

Podobnie jak w poprzedniej książce Rychter skłania się ku mieszaniu gatunków. Jego kryminał jest jednocześnie powieścią grozy. Połączenie to nie jest oczywiście niczym nowym, w wykonaniu Rychtera jednakże przekonuje czytelnika. Wykreowany przez pisarza świat jest czymś swojskim i obcym jednocześnie. Posługując się niszą gatunkową wymyśloną i utrwaloną przed laty, autor Czarnego złota czyni to na własnych niejako warunkach, co z całą pewnością tworzy nową jakość. Świetnie poprowadzona intryga kryminalna w połączeniu z tajemniczością wywołującą poczucie nieustannego zagrożenia stanowi prawdziwą czytelniczą ucztę.

Główną zasługą Rychtera jest chyba to, że nie męczy czytelnika historycznie. Z wprawą odmalowuje świat dawno miniony, to prawda, ale jego sposób opisania tamtej rzeczywistości jest oparty na tworzeniu klimatu. Nie ma tu wielu – tak powszechnych u innych twórców retro kryminałów – szczegółów historycznych, często nużących czytelnika bardziej niż czytanie opisów muzealnych eksponatów. Jego świat żyje: Polacy, Ukraińcy, Żydzi to ludzie z krwi i kości, mający swoją kulturę, religię, swoje poglądy. W tych opisach dawno minionego życia jest Rychterowi bliżej do powieści obyczajowej, czytelnik doznaje silnego uczucia obcowania z książką pochodzącą z epoki. To oczywiście nie zarzut, bo ramotą Czarne złoto z całą pewnością nie jest.

Jak wspomniałem już wcześniej, w powieści wykorzystano elementy grozy. Dwór, w którym straszy wydaje się być chwytem mocno zużytym, zupełnie nie potrafiącym wyjść poza wąski, od dawna już przecież ustalony schemat. Dzięki Rychterowi przekonujemy się, że można lepiej, można mądrzej, ciekawiej po prostu. Wątek jest naprawdę świetny, tajemniczość kolejnych zgonów oplata czytelnika w subtelny acz zdecydowany sposób. Naprawdę trudno się od lektury oderwać.

Ciężko jest pisać szeroko o tej książce z jednego, dość prozaicznego powodu. Bardzo łatwo jest po prostu zbyt wiele odsłonić z treści. Problem poruszony przez pisarza jest jakoś rzadko poruszany w naszej literaturze, tym większa zasługa autora Czarnego złota. Kto chce poznać tajemnicę strasznego dworu na dalekiej Ukrainie początków XX wieku? Na pewno po lekturze nie będzie zawiedziony.

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk


Jeśli debiut dostaje nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru to trzeba czytać książki tego pisarza. Jego nazwisko brzmi Bartłomiej Rychter, a wspomniania nominacja dotyczyła książki zatytułowanej Kurs do Genewy. O innej, trzeciej z kolei powieści  tego autora Ostatni dzień lipca już pisałem u siebie. Pora zatem na książkę następującą po debiucie. Tym razem będzie w klimacie retro. W dość prowincjonalnym miasteczku o nazwie Sanok – skąd pochodzi pisarz – działo się wiele już na przełomie XIX i XX wieku.

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Konwencja retro zostaje w Złotym wilku zachowana. Wszystko rozgrywa się w autentycznym mieście z wplecionymi w fabułę historycznymi postaciami. Dobrze opisana topografia miasteczka, uwzględniająca jego etniczne pomieszanie, wprowadza w klimat sennej miejscowości, którą nagle wstrząsa seria brutalnych mordów. W tej warstwie mamy do czynienia z opisem niemalże doskonałym. Historia nie jest tutaj ani podręcznikową nudą ani też przewodnikiem po mieście. Autor umiejętnie dawkuje informacje, dobrze wpisując je w fabułę. Nie ma przy lekturze – tak powszechnego w gatunku – poczucia osobnego istnienia historii i fabuły literackiej. Niby proste, niby oczywiste, a wciąż tak wielu autorów i autorek popełnia ten grzech. Rychter na szczęście tego nie robi.

Retro to jedno, ale ważny jest też wątek prowincjonalny. Lupa małego miasteczka, w którym wszyscy się znają i wiedzą wszystko o swoich sąsiadach jest też w książce podkreślona, ale jednak nie dominuje. Powiedziałbym nawet, że została nieco porzucona w miarę rozwoju powieści i to chyba ze szkodą dla całości. Zamiast tego dostajemy – co prawda naprawdę dobrze odmalowanych – całą galerię postaci. Bohaterowie Złotego wilka to ludzie tacy jak my, ze swoimi lękami i słabościami. Na pierwszy rzut oka nie spodziewamy się wiele, bo postaci są zaczerpnięte z podręcznego katalogu twórców kryminałów sprzed wieku, jednak proza Rychtera broni się dość dobrze. Być może dlatego, że udało się autorowi powiedzieć wszystko to, co doskonale wiemy – czasy się zmieniają, rzeczywistość wokół nas też, ale natura ludzka pozostaje niezmienna. Nadal miłość, chciwość i zemsta napędzają nas do zbrodni. Banalna to może i prawda, niemniej jednak w literaturze kryminalnej zawsze warta zauważenia.

Złoty wilk to także element grozy. Bestia dokonująca krwawych zbrodni dostaje na końcu logiczne wytłumaczenie, ale jej wątek ustawia śledztwo gdzieś na pograniczu kryminału i powieści grozy. Widać tu istotny wpływ klasyki – Poe, Conan Doyle – ale czyta się to dobrze, cały wątek skonstruowany jest poprawnie. Bez uproszczeń i udziwnień, za to z wielką siłą oddziaływania. Opisy ucieczek przed bestią należą do najciekawszych partii książki.

Druga powieść Rychtera jest dobrą propozycją dla wszystkich miłośników i miłośniczek retro klimatów. Jeśli ktoś lubi powieści grozy – a może raczej „z dreszczykiem” – to też Złoty wilk go nie rozczaruje. Polecam także i osobom sceptycznym wobec retro, bo to powieść, która pokazuje, że i z tego tak zużytego w naszym kraju gatunku można wycisnąć coś ciekawego. Trzeba mieć tylko coś do powiedzenia. Bartłomiej Rychter na pewno ma.

Czemu retro?


Od dawna już o tym myślałem, ale do konkretnego działania zachęciła mnie poranna informacja o tym, jak Marek Krajewski będzie badał profile psychologiczne swoich czytelników. Postanowiłem i ja napisać kilka słów o tym, dlaczego w naszym kraju od lat panuje moda na retro kryminały. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że akurat tego rodzaju zbrodnie sprzedają się najlepiej, by wspomnieć tylko sukcesy Krajewskiego i Wrońskiego.

Kryminalna powieść w stylu retro jest chyba odpowiednikiem serialu, czymś na kształt harlequina lub fantastycznego wehikułu, zabierającego nas z tej planety. Pociąga nas kostium historyczny, nawet jeśli w szkole nienawidziliśmy lekcji przedmiotu traktującego o przeszłości. Łatwo oczarować nas właśnie oddaniem realiów epoki, zdjęciem w sepii, opisem już nieistniejącego miejsca. Z łatwością przychodzi nam czytanie, zapadamy się w świat wykreowany i już reszta nie jest taka istotna. Kryminalna intryga może być i banalna, postaci przypominać woskowe figury lub manekiny, ale jeśli autorowi czy autorce udało się urzec nas wyczarowaniem klimatu opowieści, jesteśmy już straceni dla świata teraźniejszego.

Mam wrażenie, że ta moda – poza typowo merkantylnymi sprawami w rodzaju promowania miast i miasteczek za pomocą literatury kryminalnej – pochodzi z jednego źródła. Nasze życie jest po prostu nudne. I ciężkie. Po pracy najlepiej zatem zająć się fantastyką lub kryminałem retro właśnie, bo tylko tak możemy jak najszybciej uciec od brutalnej i nudnej zarazem rzeczywistości, która po prostu nas przytłacza. Wiedzą o tym również i sami twórcy, którym pisanie też przecież pomaga w radzeniu sobie z własnym żywotem. Wszyscy rzucamy się na te wymyślone historie, bo są po prostu o wiele lepsze od tego, co sami robimy na co dzień.

Jest jeszcze kwestia poczucia dumy narodowej. Mam wrażenie, że równie ważna, co chęć oderwania się od rzeczywistości, z tych samych zresztą przyczyn. Lwów Krajewskiego, osiągnięcia II RP opisywane przez Wrońskiego czy Lewandowskiego są typowymi przykładami gloryfikacji naszej historii, bo to dokładnie to samo. Słaby kraj, w którym tak rzadko mamy powód do radości z dokonań, przytłacza nas zbyt mocno. O wiele lepiej jest wspominać czasy międzywojnia, wyidealizowane i częstokroć polukrowane nawet, przez co jednak w znacznym stopniu oswojone i pomagające przetrwać codzienny trud.

Mam świadomość, że kryminały retro jeszcze długo będą w polskiej sensacji dominować. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale życzyłbym sobie jednej rzeczy – książek wysokiej jakości. Na pewno skorzystamy na tym wszyscy.

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary


Kolejna porcja detektywistycznych przygód Klary Schulz w Breslau sprzed wieku była przeze mnie wyczekiwana, bo część pierwsza przypadła mi do gustu. Niestety, Zniknięcie Sary nie sprawiło, że czekam z jakimś szczególnym utęsknieniem na część kolejną.

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary

Książkę reklamowano tak, że można było odnieść wrażenie, iż akcja w całości rozgrywa się w Danzig. Jak to często bywa, skrótowe zapowiedzi wydawcy mają się nijak do tego, co znajduje się pomiędzy okładkami. Sam zaś wyjazd zupełnie nie pasuje do tego, co robi nasza bohaterka przez większą część powieści. Robi oczywiście sporo zamieszania, do czego nas już przyzwyczaiła, dzieje się to jednak zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy.

Właśnie Klara jest dla mnie największym rozczarowaniem. Z wojowniczej feministki, próbującej za wszelką cenę udowodnić światu swoją wartość jako przenikliwy umysł detektywistyczny, nie pozostało nic. Mała i – nie bójmy się tego powiedzieć: nieco próżna – trzpiotka również niemalże zniknęła. Nie kupuje już sukien w słynnych domach handlowych, nie upija koniakiem w chwilach, kiedy jej jest źle. Szagdaj daje w powieści dość racjonalne wytłumaczenie tej zmiany, bo zawiązuje akcję w oparciu o próżność swojej bohaterki, ale jednak czegoś żal. Chyba tego, o czym myślimy często wszyscy – utraconej młodości.

Żal też niewykorzystania potencjału, jaki kryje w sobie przyjęta przez pisarkę stylizacja retro, czyli stworzenia dobrego opisu miejsc odwiedzanych i obserwowanych przez bohaterów powieści. Breslau w Zniknięciu Sary – podobnie zresztą jak Danzig – jest zaledwie zarysowane, jakby autorce wystarczył szkic, na którym rysuje ludzkie charaktery. Jej Sprawa pechowca nie była może pod tym względem idealna, ale jednak znacznie lepiej oddawała atmosferę miasta z początku XX wieku.

Fabuła jest skomplikowana, co się chwali. Znów mamy do czynienia z wieloma różnorodnymi wątkami w sprawie – psychiatria, numerologia, spirytyzm nawet. W tym wszystkim jednak dość łatwo się zorientować, a wyćwiczony w rozwiązywaniu literackich zagadek kryminalnych umysł nie będzie miał żadnego trudu w rozpoznaniu osoby mordercy na kilkadziesiąt stron przed finałem.

Na pewno Zniknięcie Sary jest dojrzalsze. Autorka dorosła nie tylko w kreowaniu postaci głównej bohaterki i sposobie prowadzenia fabuły, zmienił się także język, jakim pisze. Nie ma tu już naiwnych dzienników pensjonarki, mniej też zdań o dziwacznej konstrukcji. Czyta się po prostu lepiej.

Zniknięcie Sary to książka przeciętna, której nie ratują reprodukcje pocztówek z epoki. Ciekawy pomysł i w miarę poprawne wykonanie to nieco za mało, by uznać powieść za wybitną. Niemniej jednak mocne trzy plus w pięciopunktowej skali to i tak osiągnięcie, zwłaszcza jeśli porównać pisarstwo Szagdaj do wielu innych, zupełnie bezpłciowych powiastek  z nadmiernie chyba eksploatowanego gatunku, jakich w naszym kraju pojawia się corocznie kilkanaście. Zatem znać warto, zwłaszcza w gronie wielbicieli tego rodzaju zagadek kryminalnych.

Aleksander Ławrow, W otchłani Imatry


Moda na retro zbrodnie trwa nad Wisłą w najlepsze, każde miasto niemalże ma już swoje książki o mordach, które działy się przed stuleciem. Przesyt jest widoczny, trudno się przebić. Można jednak zrobić coś wyjątkowego, o czym świadczy ta pozycja wydawnictwa Dobre Historie. Można  spróbować wydawać książki, które pochodzą z epoki retro. Sam pomysł oczywiście nie nowy, ale zawsze ryzykowny, bo większość z tych książek słusznie powinna leżeć w otchłani zapomnienia, a bardzo nieliczne zasługują na wydobycie z mroku. Na nasze czytelnicze szczęście W otchłani Imatry  taką książką właśnie jest. Wyciągnięta na światło dzienne ze starej piwnicy, ma swój specyficzny urok.

pobraneKiedy w pociągu umiera znany milioner, jego córka staje się łakomym kąskiem na matrymonialnym rynku. Dziewczynę jednak najbardziej zajmuje próba wyjaśnienia rodzinnej tajemnicy, którą tuż przed śmiercią miał wyjaśnić jej ojciec. W tym celu skorzysta z usług Metodego Kobyłkina, znanego rosyjskiego detektywa, który potrafi rozwiązać każdą tajemniczą historię. Czy tym razem trafi wreszcie na godnego sobie przeciwnika?

Książka, jak wspomniałem, liczy sobie ponad sto lat i to mocno czuć podczas lektury. Dziś po prostu pisze się zupełnie inaczej. Oczywiście, nie znaczy to, że powieść jest źle napisana, po prostu jest inna. Intryga fabularna, cała wielka tajemnica też trąci nieco myszką, głównie dlatego, że to wszystko już znamy, to wszystko już było. Schemat jest wyraźny, nici łączące poszczególne wątki dość grube, rozwiązanie znane właściwie już w połowie książki. Tak to już po prostu bywa z klasycznymi dziś kryminałami.

A jednak W otchłani Imatry czyta się świetnie, ma swój specyficzny urok, który nie pozwala się od książki oderwać. Oczarowuje od pierwszej do ostatniej strony specyficznym klimatem, narracją, opisami czasów odległych bez tej manieryczności współczesnych nam realizacji kryminałów retro. Cały ten polot tajemniczości dawnego Petersburga i egzotyki dalekich rubieży rosyjskiego imperium końca XIX wieku urzeka i dziś. Jeśli zatem ktoś darzy sentymentem dawne lektury przygód Tomka czy powieści Juliusza Verne’a, książką Ławrowa nie rozczaruje się. Ot, taki wehikuł czasu do wieku, w którym każdą zbrodnię dawało wyjaśnić się łatwo i prosto.

Piotr Schmandt, Gdański depozyt


Rodzimi miłośnicy i miłośniczki literatury kryminalnej zmuszeni są do życia w dwóch wymiarach. W wymiarze pierwszym jest nowocześnie i europejsko, bo półki księgarni i bibliotek uginają się od skandynawskich książek. W wymiarze drugim jest staroświecko i polsko, bo najwięcej pisze się u nas tak zwanych kryminałów retro. Często – mimo tej ilości, a może właśnie przez nią – wybór pomiędzy tymi wymiarami przypomina wybór między dżumą a cholerą. Jak byśmy się nie obrócili to i tak najczęściej skończymy na lekturze co najwyżej średniej powieści, którą zapomnimy w kwadrans po zamknięciu ostatniej strony. Gdański depozyt Piotra Schmandta należy właśnie do grona takich książek. Sprawdza się jako rozrywka zajmująca jakiś zimowy wieczór tudzież skracająca podróż, ale niczego więcej po niej spodziewać się nie należy.

pobranePrzedwojenne Wolne Miasto Gdańsk to miejsce gorące nie tylko z uwagi na majowe i czerwcowe upały. Ostatnie przedwojenne miesiące przynoszą coraz większą agresję nazistów na ulicach, dramatyczne czasem podziały na tle narodowościowym i schowaną przed opinią publiczną walkę wywiadów. W takim niespokojnym czasie wieść o dawnym skarbie, ukrywanym gdzieś przez prawie dwa stulecia, jawić się może jako mało elektryzująca. Sprawa staje się jednak bardzo ważna w chwili, gdy okazuje się, że pomiędzy kosztownościami znajduje się rzecz bezcenna. Rozpoczyna się skomplikowana i zwodząca czytelnika intryga. A właściwie cała sieć intryg. Rozsupłanie tego w sposób logiczny zajmuje sporo czasu, co odbywa się z korzyścią dla czytelnika.

Sama fabuła jest, to trzeba autorowi oddać, dość wciągająca. Począwszy od pierwszych stron każda postać nie tylko posiada własną historię, ale także będzie aktywnie działać w sposób, którego byśmy w chwili jej poznania nawet nie podejrzewali. To oczywista zaleta, szkoda właściwie że jedyna.

Przedwojenny Gdańsk już tyle razy widział zbrodnię, że stało się to zwyczajnie nudne. I trzeba naprawdę mistrzowskiego pióra, by przełamać to, co już znamy i naprawdę przykuć uwagę. Piotrowi Schmandtowi się to nie udaje. Ciekawa historia miasta nie ma tutaj większego znaczenia, opisy ówczesnych realiów raczej oszczędne i nie tworzące, wbrew zapewne zamierzeniom autora, specyficznego klimatu. A już przeczucia jednej z bohaterek, dumającej przy zabytkowym nabrzeżu nad nadchodzącym końcem miasta w kształcie, jaki zna, są sztampowe aż do bólu zębów. Można tak pisać w gimnazjalnej rozprawce, ale nie w powieści.

Bohaterowie wymagają osobnego opisu. Wiele postaci pojawia się na kartach tej książki, ale żadnej naprawdę oryginalnej. Oficer polskiego wywiadu, słynnej dwójki, to dawny legionista, dziś więcej pijący niż naprawdę robiący. Przystojny i młody szlachcic z Ukrainy i jego jowialny dyrektor, trzymany krótko przez żonę, nawet czarne charaktery są w tej powieści jak spod sztancy. Najbardziej rzuca się to w oczy przy postaciach kobiecych, w których oryginalnego nie ma zupełnie nic. Żona zamożnego gdańszczanina jest zatem obfita i niezbyt lotnego umysłu, a maszynistka dyrektora głupia i naiwna, myśląca tylko o znalezieniu męża.

Trzeba wyraźnie powiedzieć sobie, że Gdański depozyt książką wybitną nie jest. Nie jest też powieścią dobrą. Najwłaściwiej byłoby rzecz – jest książką poprawną. Mamy wszystko to, czego możemy spodziewać się po literaturze sensacyjnej i tyle. Nic szczególnego w tej powieści Piotra Schmandta zwyczajnie nie ma. Z tego punktu widzenia okładkowe zapowiedzi wydawcy o „pasjonującym kryminale” są raczej sporo na wyrost. I dlatego polecam jedynie tym, którzy są pasjonatami tego typu historii.