kryminał polski

Katarzyna Puzyńska, Więcej czerwieni


Polski kryminał coraz częściej pisany jest przez kobiety. Efekty tych licznych prób bywają różne. Niekiedy ciekawe, znacznie częściej sztampowe, trywialne lub po prostu koszmarnie napisane. Katarzyna Puzyńska na tle konkurencji lśni własnym blaskiem. Jej druga powieść zatytułowana Więcej czerwieni na pewno zasługuje na uwagę.

Katarzyna Puzyńska, Więcej czerwieni

Katarzyna Puzyńska, Więcej czerwieni

Puzyńska dość rozsądnie korzysta ze sprawdzonych i znanych schematów, jednocześnie starając się jakoś zaznaczyć własną osobowość . W tym celu bierze pod lupę małą społeczność i w jej wąskim gronie snuje swą opowieść o seryjnym mordercy, rysując przy okazji ciekawy portret psychologiczny. Niby nic nowego, ale coś w tej książce urzeka czytelnika. Nie myślałem długo nad odpowiedzią na pytanie: Co stanowi o tym, że jej książka wyróżnia się spośród tłumu tak licznych książek polskich autorek? Przede wszystkim naprawdę dobre wykonanie, które jasno pokazuje, że pisarka ma coś oryginalnego do powiedzenia nawet w ramach mocnego gorsetu gatunkowego schematu.

Tak to już jakoś bywa, że kryminał prowincjonalny z kobiecą bohaterką przywykliśmy niejako instynktownie kojarzyć przede wszystkim z postacią Miss Marple. Klementyna Kopp nie uniknęła zatem i tego wytartego porównania, nawet pomimo tak odmiennej aparycji. Niezbyt atrakcyjna, dobiegająca sześćdziesiątki, z fryzurą na jeża i tatuażami nie jest cichą myszką, na którą nikt nie zwraca uwagi. Jej sposób bycia niektórzy postrzegają jako wytwór naszych czasów. Nie jestem przekonany, czy to aby właściwa interpretacja. Skłaniam się raczej ku odczytaniu tej bohaterki jako celowego zabiegu pisarki, który ma na celu przede wszystkim zwrócenie uwagi na konieczność odmienności. Puzyńska pokazuje czytelnikom, że należy budować oryginalne figury nawet wówczas, gdy posługujemy się klasycznym wręcz schematem. Kopp idealna nie jest, tym większa w nas sympatia do niej.

Najważniejsza w powieści kryminalnej jest intryga. Więcej czerwieni posiada ciekawą konstrukcję w tym względzie. Niemal wszyscy są podejrzani, śledztwo zawiera tyle zwrotów akcji, że spokojnie starczyłoby i na dwie książki. Trudno mieć zastrzeżenia do naprawdę ciekawych pomysłów, które dodatkowo zostały po prostu porządnie zrealizowane. Jedynie finalna rozmowa z mordercą jakoś nie przekonuje, wiejąc nieco nudną sztampą rodem z kryminalnych filmów klasy C. Uchodziło to jeszcze Agacie Christie, ale w drugiej dekadzie XXI wieku trąci ramotą i pójściem na łatwiznę, niestety. Niemniej to chyba jedyne, co można tej książce zarzucić.

Na okładce przeczytałem, że autorka jest psycholożką, jednak w Więcej czerwieni nadmiernego psychologizowania nie ma. Na szczęście dla czytelnika nie ma nudnych i drewnianych wywodów w rodzaju tych, jakie serwuje nam Katarzyna Bonda, próbując tworzyć aurę erudycji i profesjonalizmu na podstawie przepisanych akademickich podręczników. Puzyńska pisze w sposób zdradzający sporą umiejętność obserwacji ludzkich charakterów i wynikających z nich zachowań. Lektura przypomina ciekawą opowieść snutą przez osobę zwyczajnie (a może nadzwyczajnie?) umiejącą słuchać, oglądać i rozumieć innych. W ten sposób każda z wykreowanych przez nią postaci jest kimś wyrazistym, złożonym, niejednokrotnie wielopłaszczyznowy. Dzięki temu radość obcowania z grupą policjantów i mieszkańców Lipowa z okolicami jest naprawdę duża. To zwykli ludzie, z wynikającymi z tego faktu wszystkimi plusami i minusami.

Więcej czerwieni to książka po prostu dobra. Wbrew grozie wielu śmierci przynosi dużo ciepła i pozytywnej energii. Zdecydowanie lepsza od całego szeregu innych pisarek, tak licznie ostatnimi czasy eksplorujących gatunek kryminału. Katarzyna Puzyńska pokazuje, że można pisać porządną literaturę w sposób jednocześnie lekki, ciekawy i niebanalny. Dla mnie na pewno mocna kandydatka do miejsca na podium tegorocznych książek. Czekam na kolejną powieść niecierpliwie.

Czemu retro?


Od dawna już o tym myślałem, ale do konkretnego działania zachęciła mnie poranna informacja o tym, jak Marek Krajewski będzie badał profile psychologiczne swoich czytelników. Postanowiłem i ja napisać kilka słów o tym, dlaczego w naszym kraju od lat panuje moda na retro kryminały. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że akurat tego rodzaju zbrodnie sprzedają się najlepiej, by wspomnieć tylko sukcesy Krajewskiego i Wrońskiego.

Kryminalna powieść w stylu retro jest chyba odpowiednikiem serialu, czymś na kształt harlequina lub fantastycznego wehikułu, zabierającego nas z tej planety. Pociąga nas kostium historyczny, nawet jeśli w szkole nienawidziliśmy lekcji przedmiotu traktującego o przeszłości. Łatwo oczarować nas właśnie oddaniem realiów epoki, zdjęciem w sepii, opisem już nieistniejącego miejsca. Z łatwością przychodzi nam czytanie, zapadamy się w świat wykreowany i już reszta nie jest taka istotna. Kryminalna intryga może być i banalna, postaci przypominać woskowe figury lub manekiny, ale jeśli autorowi czy autorce udało się urzec nas wyczarowaniem klimatu opowieści, jesteśmy już straceni dla świata teraźniejszego.

Mam wrażenie, że ta moda – poza typowo merkantylnymi sprawami w rodzaju promowania miast i miasteczek za pomocą literatury kryminalnej – pochodzi z jednego źródła. Nasze życie jest po prostu nudne. I ciężkie. Po pracy najlepiej zatem zająć się fantastyką lub kryminałem retro właśnie, bo tylko tak możemy jak najszybciej uciec od brutalnej i nudnej zarazem rzeczywistości, która po prostu nas przytłacza. Wiedzą o tym również i sami twórcy, którym pisanie też przecież pomaga w radzeniu sobie z własnym żywotem. Wszyscy rzucamy się na te wymyślone historie, bo są po prostu o wiele lepsze od tego, co sami robimy na co dzień.

Jest jeszcze kwestia poczucia dumy narodowej. Mam wrażenie, że równie ważna, co chęć oderwania się od rzeczywistości, z tych samych zresztą przyczyn. Lwów Krajewskiego, osiągnięcia II RP opisywane przez Wrońskiego czy Lewandowskiego są typowymi przykładami gloryfikacji naszej historii, bo to dokładnie to samo. Słaby kraj, w którym tak rzadko mamy powód do radości z dokonań, przytłacza nas zbyt mocno. O wiele lepiej jest wspominać czasy międzywojnia, wyidealizowane i częstokroć polukrowane nawet, przez co jednak w znacznym stopniu oswojone i pomagające przetrwać codzienny trud.

Mam świadomość, że kryminały retro jeszcze długo będą w polskiej sensacji dominować. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale życzyłbym sobie jednej rzeczy – książek wysokiej jakości. Na pewno skorzystamy na tym wszyscy.

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary


Kolejna porcja detektywistycznych przygód Klary Schulz w Breslau sprzed wieku była przeze mnie wyczekiwana, bo część pierwsza przypadła mi do gustu. Niestety, Zniknięcie Sary nie sprawiło, że czekam z jakimś szczególnym utęsknieniem na część kolejną.

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary

Książkę reklamowano tak, że można było odnieść wrażenie, iż akcja w całości rozgrywa się w Danzig. Jak to często bywa, skrótowe zapowiedzi wydawcy mają się nijak do tego, co znajduje się pomiędzy okładkami. Sam zaś wyjazd zupełnie nie pasuje do tego, co robi nasza bohaterka przez większą część powieści. Robi oczywiście sporo zamieszania, do czego nas już przyzwyczaiła, dzieje się to jednak zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy.

Właśnie Klara jest dla mnie największym rozczarowaniem. Z wojowniczej feministki, próbującej za wszelką cenę udowodnić światu swoją wartość jako przenikliwy umysł detektywistyczny, nie pozostało nic. Mała i – nie bójmy się tego powiedzieć: nieco próżna – trzpiotka również niemalże zniknęła. Nie kupuje już sukien w słynnych domach handlowych, nie upija koniakiem w chwilach, kiedy jej jest źle. Szagdaj daje w powieści dość racjonalne wytłumaczenie tej zmiany, bo zawiązuje akcję w oparciu o próżność swojej bohaterki, ale jednak czegoś żal. Chyba tego, o czym myślimy często wszyscy – utraconej młodości.

Żal też niewykorzystania potencjału, jaki kryje w sobie przyjęta przez pisarkę stylizacja retro, czyli stworzenia dobrego opisu miejsc odwiedzanych i obserwowanych przez bohaterów powieści. Breslau w Zniknięciu Sary – podobnie zresztą jak Danzig – jest zaledwie zarysowane, jakby autorce wystarczył szkic, na którym rysuje ludzkie charaktery. Jej Sprawa pechowca nie była może pod tym względem idealna, ale jednak znacznie lepiej oddawała atmosferę miasta z początku XX wieku.

Fabuła jest skomplikowana, co się chwali. Znów mamy do czynienia z wieloma różnorodnymi wątkami w sprawie – psychiatria, numerologia, spirytyzm nawet. W tym wszystkim jednak dość łatwo się zorientować, a wyćwiczony w rozwiązywaniu literackich zagadek kryminalnych umysł nie będzie miał żadnego trudu w rozpoznaniu osoby mordercy na kilkadziesiąt stron przed finałem.

Na pewno Zniknięcie Sary jest dojrzalsze. Autorka dorosła nie tylko w kreowaniu postaci głównej bohaterki i sposobie prowadzenia fabuły, zmienił się także język, jakim pisze. Nie ma tu już naiwnych dzienników pensjonarki, mniej też zdań o dziwacznej konstrukcji. Czyta się po prostu lepiej.

Zniknięcie Sary to książka przeciętna, której nie ratują reprodukcje pocztówek z epoki. Ciekawy pomysł i w miarę poprawne wykonanie to nieco za mało, by uznać powieść za wybitną. Niemniej jednak mocne trzy plus w pięciopunktowej skali to i tak osiągnięcie, zwłaszcza jeśli porównać pisarstwo Szagdaj do wielu innych, zupełnie bezpłciowych powiastek  z nadmiernie chyba eksploatowanego gatunku, jakich w naszym kraju pojawia się corocznie kilkanaście. Zatem znać warto, zwłaszcza w gronie wielbicieli tego rodzaju zagadek kryminalnych.

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością


Pawła Pollaka lubię bardzo. To znaczy – jego książki, choć i blog pisze bardzo ciekawy. Właśnie wychodzi nowa, więc warto poznać także te starsze. Jak choćby Między prawem a sprawiedliwością. Dość niepozorny zbiór czterech opowiadań kryminalnych wygląda może banalnie, ale na pewno taki nie jest. Pisarz próbuje powiedzieć w nich coś więcej niż zwykła odpowiedź na pytanie: kto zabił?

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością

Jak pisałem nie tak dawno temu, nie przepadam za tymi utworami polskich autorów, które dzieją się poza naszym krajem. Owszem, zdarzają się chlubne wyjątki, ale przeważnie efektami takiego zabiegu okazują się nudne, rojące się od błędów i polskich kompleksów wynurzenia o tym, jak gdzieś indziej jest fajnie lub strasznie. Opowiadania Pollaka rozgrywają się w Nowym Jorku, ale ma to właściwie drugorzędne znaczenie w odniesieniu do realiów opisywanych wydarzeń. Kto lubi i zna amerykańskie zbrodnie w popkulturze, bez trudu dostrzeże źródło pisarskiej inspiracji, które zostaje ujawnione w opowiadaniu ostatnim, zatytułowanym Złodziej trumien. Wskazanie na serial kryminalny Law & Order jest ważne z punktu widzenia rozwiązań fabularnych, bo u Pollaka policyjne śledztwo i ujęcie sprawcy to zaledwie połowa drogi do wymierzenia sprawiedliwości. Równie ważne jest przecież skazanie przestępcy. Dlatego wszystkie te opowiadania mają fabułę skonstruowaną na modłę serialu – najpierw śledztwo, potem proces.

Łatwo zrozumieć powody sięgnięcia po takie rozwiązanie, gdy przyjrzymy się sprawom, jakie Pollak opisuje. Bohaterką pierwszej jest młoda kobieta, która zabija swojego kochanka po tym, jak dowiaduje się, że została przez niego zarażona wirusem HIV. W jej przypadku pojawia się kwestia wymierzania sprawiedliwości własnymi rękami. W drugiej ze spraw mamy do czynienia z zabójstwem jednej osoby dla ratowania pozostałych pięciu. W opowiadaniu Dawca możemy śledzić kwestie związane z eutanazją i nielegalnymi przeszczepami, a we wspomnianym wyżej Złodzieju trumien spotkamy historię kazirodczych związków.

Przywoływane przez Pollaka historie to nie tylko zajmujące kryminalnie opowiadania. Są przede wszystkim rozprawą na temat funkcjonowania prawa i jego związku ze sprawiedliwością. Dzięki temu ta niewielka rozmiarami książeczka jest czymś więcej niż rozrywkową lekturą na wieczór czy urlop. Można się pewnie spierać z autorem w poglądach, czyni to jednak lekturę bardziej zajmującą i zapadającą w pamięć. Czego nie można przecież powiedzieć o znakomitej większości kryminalnych powieści. Warto więc odszukać wydaną przed kilkomalaty książkę, by przekonać się o tym, że można pisać dużo ciekawiej na polu literatury popularnej. Wszak nie samą rozrywką człowiek żyje.