Joseph Conrad

5 najgorszych lektur szkolnych


Książki o blogowaniu nie kłamią. Naprawdę krótkie wpisy robią furorę, jeszcze lepiej sprzedają się listy. Statystyki nie kłamią, setki Polaków nie mogą się mylić. Trzeba zatem dostarczać kontentu takiego by kontentował szanownych czytelników. A przecież każdy i każda ma kilka koszmarów nocnych związanych z książkami, które prześladowały nas w czasach szkolnych. Poniżej moja piątka, w kolejności oczywiście zupełnie przypadkowej.

1. Zofia Nałkowska, Granica – to był koszmar lat licealnych. Wszystko było lepsze, nawet ta nieszczęsna Orzeszkowa, której tak wszyscy nienawidzili. W Granicy nie dzieje się nic, pretensje autorki do snucia psychologicznych rozważań o kondycji ludzkiej nie zostały przeze mnie zauważone, a wątek socjologicznego opisania walki klas objawił mi się dopiero na polonistyce. Granica bolała mnie tym bardziej, że darzyłem Nałkowską czcią nabożną od wieku szczenięcego, tuż po przeczytaniu znakomitych Medalionów. Cóż, nie ma ludzi idealnych.

2. Eliza Orzeszkowa, Nad Niemnem – już wspomniana wcześniej, nie mogło jej zabraknąć w zestawie. Tu chyba nie ma żadnych wątpliwości, nikt nie lubi czytać kilometrowych opisów przyrody przedstawionych z gracją odpornego na żywe słowo botanika. Samo pisanie o wspomnieniach lektury przytłaczające mocno, nie męczmy się zatem już dłużej.

pobrane3. Antoine de Saint-Exupery, Mały książe – zanim modny stał się w Polsce Paulo Coehlo, tryumfy święcił William Wharton. Przed autorem Ptaśka katowano (i nadal się to robi, sam przerabiałem tę żałosną opowiastkę podczas praktyk gimnazjalnych) młodzież dorastającą pseudofilozoficzną bajką bez żadnego sensu, za to z morałem na każdej stronie. I z obrazkami, żeby nawet ci, co nie umieją czytać lub czytają bez zrozumienia, poznać prawdy objawione autorowi mogli. Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Być może dlatego, że w wieku 15 lat dużo bardziej zajmowało mnie nadrabianie klasyki zachodniej powieści fantastycznej i sensacyjnej. A Mały książę  zupełnie przecież nie wytrzymuje starcia z książkami Fredericka Forsytha czy Franka Herberta.

4. Czesław Centkiewicz, Anaruk, chłopiec z Grenlandii – zupełnie umknęła mi także idea tej książki. Opanowany żądzą przygody pochłaniałem książki Karola Maya, Juliusza Verne’a, Zbigniewa Nienackiego, Wiesława Wernica  i wielu, wielu innych. Zazwyczaj jednak działo się to wszystko w piaskach pustyń, stepach, morzach i oceanach. Jack London mnie w też nie porwał Białym kłem, jakby mroźne klimaty w ogóle nie pasowały do mojej wizji przygody. Tak to już jest, jak się dziecko naczyta o piratach na morzach południowych.

5. Joseph Conrad, Jądro ciemności – zupełnie nie przemówiła i ta książka do mnie. Być może za wcześnie było na takie gęste narracje, być może równocześnie za późno na szok tego, co dzieje się z człowiekiem w „smudze cienia”. Po kapitanie Ahabie już byłem, więc w gruncie rzeczy chyba to wówczas zdałem sobie sprawę z tego, o czym pisał Conrad. A postkolonializm nie był jeszcze modny we wrocławskich szkołach średnich.

Krótka ta lista nie wyczerpuje tematu męki. Jest jednakże próbą wskazania bólu towarzyszącego okresowi dojrzewania. Jednocześnie wszelkich zaniepokojonych o mój rozwój intelektualny i moralny pragnę w tym miejscu zapewnić, że wszystkie wymienione książki przeczytałem w całości. Fakt zaś dokonania tego heroicznego wyczynu upoważnia mnie do tego, by widzieć w nich zło. Na szczęście literatura zna również przypadki arcydzieł. Nieco mniej liczne, ale i przyjemność większa. Lista bestsellerów szkolnych niebawem.

Reklamy