II wojna światowa

Dominik Kozar, Likwidator ’44


Moda na Powstanie Warszawskie kwitnie w najlepsze. Książki, komiksy, filmy, płyty opanowują polską kulturę popularną na naprawdę sporą skalę. Jak zawsze w masie zdarzają się rzeczy wybitne, dobre, przeciętne i zwyczajnie słabe. Likwidator ’44 lokuje się gdzieś pośrodku tej skali, bliżej jednak jej dolnych rejestrów. (więcej…)

Reklamy

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo


Nieufnie podchodzę do wydawniczych notek okładkowych. Trudno się w sumie dziwić, bo niemal każda głosi, że trzymana w ręku książka jest arcydziełem, szczytem geniuszu autora i błyskotliwą pozycją, której po prostu wstyd nie znać. Nie winię przy tym wydawców, każdy orze jak morze. Biorę książkę i trzymam, czytam dopóki nie skończę, potem feruję wyroki. Jakie piękne samobójstwo po lekturze jawi się jako odgrzewany kotlet, na dodatek stanowczo zbyt długo przetrzymany w zamrażarce.

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo

Rafał Ziemkiewicz pisze coraz więcej, ilość jednak zupełnie nie przechodzi w jakość. Wręcz odwrotnie – im więcej pisze, tym mniej odkrywczych myśli, mniej czegoś istotnego. Nie chodzi nawet o to, że się z Ziemkiewiczem nie zgadzam. Dotąd, czyli do chwili wydania książki Jakie piękne samobójstwo, nie zgadzałem się, ale przynajmniej pragnąłem poznać poglądy, zmierzyć się na tezy, skonfrontować. Lektura Ziemkiewicza była jakimś intelektualnym wyzwaniem, szukaniem antytez do postawionych przez pisarza tez, zapewniała coś więcej niż tylko parę godzin rozrywki. Już Myśli nowoczesnego endeka mnie zraziły, o czym zresztą pisałem, najnowsza książka w dorobku Ziemkiewicza potwierdza tylko smutny fakt końca tego autora. Trzymane w ręku dzieło znanego przecież publicysty nie jest nawet zjadaniem własnego ogona i pisaniem w kółko na jeden temat. Ziemkiewicz „odkrywa” prawdy dawno już opisane, przemielone, przetrawione nawet przez całe pokolenia Polaków, którzy czytają coś więcej niż tzw. „tygodniki opinii” i pomieszczone w nich cotygodniowe felietony.

Przyjrzymy się tezom Ziemkiewicza bliżej. Oto „niepokorny dziennikarz” obwieszcza nam prawdy nieznane, jakimi są kulisy wrześniowej klęski II RP. Jak sam uczciwie przyznaje, wyczytał te wstrząsające fakty w niezliczonych książkach, zarówno tych pochodzących z okresu krótkotrwałej niepodległości jak i te z czasów późniejszych. Owszem, nie każdy ma – zwłaszcza w dzisiejszych zabieganych czasach – tyle wolnego czasu, by samemu dotrzeć choćby do emigracyjnej prasy lub kilku mniej znanych książek. Trudno jednak uważać się za wykształconą choć trochę jednostkę bez świadomości faktu, że ostatnie lata istnienia II RP to była po prostu degrengolada warstw rządzących. Głosy takie pojawiały się już wówczas, w krytycznej wobec rządu prasie, pochodzącej tak z prawa jak i z lewa. Nie tylko – jak czasami zdaje się to sugerować Ziemkiewicz – krytykowali endecy, krytykowali także ludowcy i socjaliści, krytykowały politykę rządu mniejszości narodowe i komuniści. Podobnie było i później, w czasie wojny. Owszem, wśród wielu tekstów trudno nie zauważyć zwykłego politycznego wyrachowania, wynikającego z potrzeby bieżącej polityki, ale niemniej człowiek inteligentny potrafi sam wyciągnąć wnioski.

Właśnie – wnioski, analizy, obalanie mitów. To wszystko miało być w Jakim pięknym samobójstwie, ale jakoś trudno zauważyć choć jedną oryginalną myśl autora. Książka nie jest, jak chce Fabryka Słów, „błyskotliwą analizą”, jest zaledwie poprawną kompilacją faktów, z przedstawienia których nie wynika absolutnie nic. Po zakończonej lekturze mam tylko poczucie zmarnowanego czasu. Słusznie Ziemkiewicz wielokrotnie podkreśla, że nie jest historykiem. To widać wyraźnie właśnie w jego niemożności przeprowadzenia spójnego wywodu, który miałby siłę oddziaływania na czytelnika.

Jakie piękne samobójstwo to książka rozczarowująca. Nie ma w niej nic odkrywczego, nic świeżego, nic wywołującego choćby cień zainteresowania. Trudno polemizować z teoriami, których nie ma. Szkoda, bo liczyłem na znacznie więcej. Niestety, tym razem przeliczyłem się mocno. Dywagacje i gdybania, wytrzymujące jakoś tam dziennikarską cotygodniową „bieżączkę” można jeszcze jakoś znieść, ale od książki w twardych okładkach oczekuję czegoś więcej. Być może to naiwność, być może powinienem być realistą i nie spodziewać się błyskotliwych analiz. Jeśli to miała być lekcja udzielona mi jako czytelnikowi przez autora, to w tym zakresie Ziemkiewicz dopiął swego. Szkoda, że tylko tego.

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól. Wspomnienia partyzanta


Czy ktoś pamięta jeszcze „partyzantów” od Mieczysława Moczara? W drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku była to dość potężna frakcja w PZPR, która charakteryzowała się czymś, co moglibyśmy określić narodowym komunizmem. Były partyzant skupił wokół siebie wielu z dawnych towarzyszy z Gwardii Ludowej i Armii Ludowej i doprowadził do stworzenia wielu mitów na temat walki z „hitlerowskim najeźdźcą”. W efekcie także i do tego, co wydarzyło się w marcu 1968 roku – do bezprecedensowego pogromu polskich Żydów, co prawda bezkrwawego, ale równie skutecznie eliminującego ich z polskiego życia. Wszyscy dostali bilety w jedną stronę, podobnie zresztą jak paszporty.

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Mieczysław Moczar swoje wspomnienia zatytułował Barwy walki. Mając finansowe zaplecze w postaci wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej, nakłonił wielu z dawnych komunistycznych działaczy do opisania swoich wspomnień. Tajemnicą poliszynela było, że wielu z nich nie napisało samodzielnie ani jednego słowa, czemu trudno się zresztą dziwić, jeśli ich wykształcenie nierzadko zawierało się w czterech klasach szkoły. Kilkudziesięcio- a nawet kilkuset tysięczne nakłady książek sprawiły, że legenda odważnych bojowców GL/AL rosła.

Z mazowieckich pól jest właśnie taką książeczką. Mamy w niej opis lat okupacji widzianej z perspektywy młodego chłopaka ze wsi z okolic pomiędzy Nowym Dworem Mazowieckim a Płońskiem. Znajdziemy w niej opis poszczególnych lat okupacji z przewodnim motywem rozwoju komunistycznych organizacji na tamtym terenie. Jest zatem historia krótko działającej, bo szybko rozbitej przez Niemców organizacji „Sierp i Młot”, jest też ukazany rozwój Polskiej Partii Robotniczej i jej oddziałów partyzanckich, najpierw występujących pod szyldem Gwardii Ludowej, potem przemianowanej na Armię Ludową.

Wspomnienia te są dość nudne w lekturze. Jan Ptasiński bardzo często skupia się na wymienianiu personaliów i miejscowości, niekiedy zajmuje mu to prawie całą stronę tekstu. Próbuje chyba podkreślić liczebność komunistów wśród ludności, ale uważny czytelnik szybko dostrzeże, że w rzeczywistości musiało być ich bardzo mało.

Podobnie zresztą w innych kwestiach, jakim poświęcone są wspomnienia Z mazowieckich pól. Autor pisze sporo o tym, jak jednym z pierwszych zadań w okupacyjnej rzeczywistości było agitowanie za Związkiem Radzieckim i tłumaczenie ludności faktu pozostawania Stalina w sojuszu z Hitlerem. Pokazuje ogromną radość z faktu, że powstaje partia komunistyczna, ale słowem nie wspomina, że za jej zagładą wcale nie stała „faszystowska” II RP. Pisze dużo o akcjach odwetowych organizowanych przez GL/AL, ale w większości wypadków są to napady na niemieckie folwarki, zasiedlone przez niemieckich kolonistów po włączeniu tych terenów do Rzeszy. Jest sporo o braterstwie broni z żołnierzami Armii Czerwonej, ale z tekstu wynika niezbicie, że pomoc partyzanci otrzymują dopiero w chwili bezpośrednio poprzedzającej wyzwolenie, dostając trzy zrzuty z bronią i radiostacją. Jest też oczywiście zarzut „stania z bronią u nogi” wobec AK, wzmacniany plastycznością opisu żołnierzy Armii Krajowej, którzy są „gładko ogoleni i wyelegantowani”.

Książka, wydawać by się mogło, ma niewielką – jeśli w ogóle jakąkolwiek – wartość historyczną. Według mnie lektura Z mazowieckich pól ma pewne cechy, które czynią całe przedsięwzięcie opłacalnym. Chodzi o to, by nauczyć się sposobu rozumienia tamtych czasów, co można łatwo uzyskać poprzez odszyfrowywanie ukrytych mechanizmów manipulacji, jakimi poddawani byli odbiorcy tych, tak licznie przecież wydawanych, wspomnień „ludzi z lasu”. Ktokolwiek pragnie zrozumieć PRL – a także obraz wojny obecny w komunistycznej propagandzie – musi sięgnąć po książkę Ptasińskiego i jemu podobnych. Filmy Barei na pewno do tego nie wystarczą.

Uri Orlev, Biegnij chłopcze, biegnij


 

Muszę się przyznać, że miałem spore obawy przed lekturą. Kolejna rzecz o Holocauście, kolejny raz w roli głównej dziecko. Po ogromnym sukcesie włoskiego „Życie jest piękne” nastąpiła jakaś fala filmowych i literackich historii Zagłady zapamiętanej przez dzieci. I chyba z pewną szkodą dla tematu. Jednostkowa narracja wybijała się z tłumu, zmuszała do myślenia, wytrącała z równowagi, waliła w łeb. W powodzi tych samych tragedii, nieważne jak strasznych i przerażających, stają się te historie takie same, wyblakłe, nijakie wręcz. Zamiast grozy mamy do czynienia z powszedniością, jak było w wypadku „Dziewczynki w zielonym sweterku” czy „Chłopca w pasiastej piżamie”. A jednak książka Orleva zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie.

Uri Orlev, Biegnij chłopcze, biegnij

Uri Orlev, Biegnij chłopcze, biegnij

Historia ta to opowieść jakich wiele. Warszawskie getto, ucieczka ojca, zniknięcie matki, samotna tułaczka po gettcie i udana z niego ucieczka. Następnie kilka lat tułaczki po okolicznych – kampinoskich, jak wynika to z końca książki – lasach. A w nich spotykani dobrzy i źli ludzie – Żydzi, Polacy, Niemcy. W końcu wyzwolenie i walka z samym sobą o własną tożsamość. Niby niewiele, zwłaszcza rozpisane na 235 stron druku dużą czcionką, a jednak jest w tej niewielkiej książeczce coś, co nie pozwala nam o niej szybko zapomnieć. I nie chodzi tutaj nawet o okropieństwa wojny.

Orlev zrobił rzecz dość prostą i w gruncie rzeczy oczywistą – jego bohater naprawdę JEST ośmioletnim chłopcem. Jako twórca literatury dziecięcej i młodzieżowej bez problemu zrozumiał opowieść Yorama Friedmana. Efekt jest znakomity, bo bohater książki żyje swoim życiem. Nie wie, co się tak naprawdę dzieje, nie rozumie świata, który go otacza. Nie chodzi nawet o zrozumienie sensu wojny czy masowej eksterminacji ludności żydowskiej. Chodzi o nieznajomość świata w ogóle. Dla niego lata wojny będą latami szybkiego dorastania, formowania się człowieka, określenia jego tożsamości. Nie bez przyczyny staje się tak, że jednym z najbardziej przejmujących scen w powieści jest wielokrotne zaprzeczanie swojej żydowskości. Mały chłopiec stał się nastolatkiem, ale przede wszystkim stał się kimś innym, by przeżyć. Tak długo zaprzeczał innym, że wreszcie zaprzeczył samemu sobie. Jeśli chcecie wiedzieć coś o tym, co wojna robi z ludźmi, to jeden z najlepiej opisanych przykładów. Zaprzeczanie samemu sobie ze strachu o własne życie nie dotyczy przecież tylko tamtej odległej sytuacji, nie ogranicza się tylko do ludzi innego wyznania. Dotyczy lub może dotyczyć każdego, o czym zbyt chętnie dzisiejsi twórcy książek czy filmów o wojnie zapominają, przedstawiając wojnę jako wielką przygodę, czas próby własnego honoru i odwagi. A przecież tuż obok odwagi czai się strach. I granica nie jest raz na zawsze ustalona.

Dobra to powieść, przypominająca nie tylko o Holocauście, ale przede wszystkim o byciu człowiekiem właśnie. Postaci z Biegnij chłopcze, biegnij mówią więcej o naturze ludzkiej niż niejedne studia psychologiczne. Nie ma w życiu czarno-białych rozwiązań, nie istnieją jedynie źli Niemcy i dobrzy Polacy. Są po prostu jednostki w czasie największej próby. Warto przyjrzeć się im oczyma małego chłopca, który po prostu chce przeżyć. Wszak obiecał to ojcu.