historia

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Objawienia


Czwarta odsłona przygód Ezia Auditore, stojącego na czele Bractwa Asasynów, prowadzi nas przez Morze Śródziemne do Konstantynopola i okolicznych terenów Azji Mniejszej, gdzie narodziło się Bractwo. Tę podróż odbędziemy nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie – do epoki wypraw krzyżowych. Po raz kolejny odkryjemy mnóstwo tajemnic przeszłości oraz będziemy świadkami wielu potyczek i bitew, jakie toczą ze sobą asasyni i templariusze, próbujący zatriumfować nad światem. Czy również tym razem przeniesienie komputerowej gry na papier utrzymało się na poziomie, który nie sprawi zawodu swoim czytelnikom.

Oliver Bowden, Assassin's Creed. Objawienia

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Objawienia

Assassin’s Creed: Objawienia podejmuje losy Ezia cztery lata po zakończeniu poprzedniej części jego przygód. Tym razem bohater wyruszy w podróż na wschód, do Konstantynopola i w jego okolice, by odszukać kolejne stare artefakty bractwa oraz jeszcze lepiej poznać znaczenie walki, której poświęcił całe życie. Jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić, jego poczynaniom będą towarzyszyli wrogowie w postaci bezwzględnych templariuszy. Mimo przeciwności losu, Ezio niezmiennie będzie parł naprzód ze wszystkich sił, aż do ostatecznego celu. Gromadzone przez niego starożytne klucze otworzą wrota jaskini, która ujawni przed nim prawdę. Niestety, okaże się ona trudna do zrozumienia. Co więcej, przywódca Bractwa odnajdzie także coś jeszcze…

Objawienia nie niosą w sobie żadnej rewolucji, ponieważ nie taka jest ich rola. Bowden w swej kolejnej książce sięga po znane już czytelnikom serii elementy, tworząc znajome i nowe postacie. Możemy znaleźć tu dokładnie te same składniki, które pojawiły się już w poprzednich częściach cyklu. Prawdziwe osoby i wydarzenia historyczne przemieszane z legendami oraz czystą fantazją, bardzo szybki rozwój wypadków i ogromna liczba scen walki, tworzą wspólnie dość jednorodną całość, nie pozwalającą czytelnikowi nudzić się od pierwszej do ostatniej strony. Towarzyszenie Ezio Auditore w jego kolejnych przygodach, gdzie dynamicznie opisane walki przeplatają się z poszukiwaniami kolejnych artefaktów, na pewno zapewnia rozrywkę na długi zimowy wieczór. Wszyscy miłośnicy i miłośniczki powieści z gatunku płaszcza i szpady nie powinni być rozczarowani. Dostaną dokładnie to, czego się spodziewają.

Nie da się jednak ukryć, że książka zbudowana jest dość schematycznie, tak jakby autor właściwie nie miał już oryginalnych pomysłów na to, jak zapełnić kartki swojej powieści. Poszczególne wątki albo nie wiążą się ze sobą w całość, pozostając jedynie epizodycznymi opisami, albo zarysowane są jedynie pobieżnie, bez choćby próby stworzenia czegoś na kształt głębi psychologicznej postaci. To, co jeszcze obecne było w dwóch pierwszych częściach cyklu, zostało poświęcone w imię przyśpieszenia tempa akcji. Być może dzięki temu zabiegowi lektura rzeczywiście stała się bardziej pociągająca ze strony przygodowej, niemniej nie da się ukryć, że na pewno straciła na wiarygodności opisywanych wydarzeń. W efekcie, z czegoś, co mogło być dobrą książką przygodową z niezłą częścią historyczną, stała się jedynie opisem tysiąca i jednej przygody, które na dobrą sprawę mogłyby się rozegrać w dowolnych scenografiach. Wielka szkoda, bo Bowden dowiódł w początkowych tomach cyklu, że jest w stanie połączyć dynamikę powieści przygodowej z szerszym i ciekawie opisanym tłem historycznym. Niestety, w Objawieniach nie podjął się tego zadania, co nieco obniża przyjemność płynącą z czytania.

W trakcie lektury trudno nie odnieść wrażenia, że ostatnia część cyklu jest jednocześnie tą najsłabszą. Wszystkie znane z poprzednich tomów chwyty zostały – lepiej lub gorzej – odegrane, ale nawet pojawiający się niejako automatycznie zarzut powtarzalności nie jest tym największym, jaki można postawić Objawieniom. Niechlubna w tym wypadku palma pierwszeństwa musi przypaść wspomnianej wyżej szkicowości narracji. Brakuje tu głębi, autor nie ma pomysłu na dalszy rozwój powieści, co niestety widać w wielu miejscach książki. W efekcie, rozwiązanie starożytnych tajemnic bractwa asasynów niczego nie wyjaśnia, mnożąc jedynie pytania w głowie czytelnika. Ostatnie strony zaś, nie pomagają w zrozumieniu nie tylko tej części przygód Ezia, ale całości cyklu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że tkwiący w serii potencjał został zmarnowany. Szkoda, bo opowieść o tajemnej walce o panowanie nad światem zapowiadała się naprawdę nieźle. Niestety, z jakichś nieznanych przyczyn, ta misja nie powiodła się autorowi. Trudno zatem dłużej ukrywać, że to bez wątpienia najgorsza część serii, a jej lektura przypadnie do gustu jedynie fanom. Cała reszta czytelników zapewne dobrnie do końca jedynie siłą rozpędu, pochodzącą od tempa przewracania kartek.

Reklamy

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo


Nieufnie podchodzę do wydawniczych notek okładkowych. Trudno się w sumie dziwić, bo niemal każda głosi, że trzymana w ręku książka jest arcydziełem, szczytem geniuszu autora i błyskotliwą pozycją, której po prostu wstyd nie znać. Nie winię przy tym wydawców, każdy orze jak morze. Biorę książkę i trzymam, czytam dopóki nie skończę, potem feruję wyroki. Jakie piękne samobójstwo po lekturze jawi się jako odgrzewany kotlet, na dodatek stanowczo zbyt długo przetrzymany w zamrażarce.

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo

Rafał Ziemkiewicz pisze coraz więcej, ilość jednak zupełnie nie przechodzi w jakość. Wręcz odwrotnie – im więcej pisze, tym mniej odkrywczych myśli, mniej czegoś istotnego. Nie chodzi nawet o to, że się z Ziemkiewiczem nie zgadzam. Dotąd, czyli do chwili wydania książki Jakie piękne samobójstwo, nie zgadzałem się, ale przynajmniej pragnąłem poznać poglądy, zmierzyć się na tezy, skonfrontować. Lektura Ziemkiewicza była jakimś intelektualnym wyzwaniem, szukaniem antytez do postawionych przez pisarza tez, zapewniała coś więcej niż tylko parę godzin rozrywki. Już Myśli nowoczesnego endeka mnie zraziły, o czym zresztą pisałem, najnowsza książka w dorobku Ziemkiewicza potwierdza tylko smutny fakt końca tego autora. Trzymane w ręku dzieło znanego przecież publicysty nie jest nawet zjadaniem własnego ogona i pisaniem w kółko na jeden temat. Ziemkiewicz „odkrywa” prawdy dawno już opisane, przemielone, przetrawione nawet przez całe pokolenia Polaków, którzy czytają coś więcej niż tzw. „tygodniki opinii” i pomieszczone w nich cotygodniowe felietony.

Przyjrzymy się tezom Ziemkiewicza bliżej. Oto „niepokorny dziennikarz” obwieszcza nam prawdy nieznane, jakimi są kulisy wrześniowej klęski II RP. Jak sam uczciwie przyznaje, wyczytał te wstrząsające fakty w niezliczonych książkach, zarówno tych pochodzących z okresu krótkotrwałej niepodległości jak i te z czasów późniejszych. Owszem, nie każdy ma – zwłaszcza w dzisiejszych zabieganych czasach – tyle wolnego czasu, by samemu dotrzeć choćby do emigracyjnej prasy lub kilku mniej znanych książek. Trudno jednak uważać się za wykształconą choć trochę jednostkę bez świadomości faktu, że ostatnie lata istnienia II RP to była po prostu degrengolada warstw rządzących. Głosy takie pojawiały się już wówczas, w krytycznej wobec rządu prasie, pochodzącej tak z prawa jak i z lewa. Nie tylko – jak czasami zdaje się to sugerować Ziemkiewicz – krytykowali endecy, krytykowali także ludowcy i socjaliści, krytykowały politykę rządu mniejszości narodowe i komuniści. Podobnie było i później, w czasie wojny. Owszem, wśród wielu tekstów trudno nie zauważyć zwykłego politycznego wyrachowania, wynikającego z potrzeby bieżącej polityki, ale niemniej człowiek inteligentny potrafi sam wyciągnąć wnioski.

Właśnie – wnioski, analizy, obalanie mitów. To wszystko miało być w Jakim pięknym samobójstwie, ale jakoś trudno zauważyć choć jedną oryginalną myśl autora. Książka nie jest, jak chce Fabryka Słów, „błyskotliwą analizą”, jest zaledwie poprawną kompilacją faktów, z przedstawienia których nie wynika absolutnie nic. Po zakończonej lekturze mam tylko poczucie zmarnowanego czasu. Słusznie Ziemkiewicz wielokrotnie podkreśla, że nie jest historykiem. To widać wyraźnie właśnie w jego niemożności przeprowadzenia spójnego wywodu, który miałby siłę oddziaływania na czytelnika.

Jakie piękne samobójstwo to książka rozczarowująca. Nie ma w niej nic odkrywczego, nic świeżego, nic wywołującego choćby cień zainteresowania. Trudno polemizować z teoriami, których nie ma. Szkoda, bo liczyłem na znacznie więcej. Niestety, tym razem przeliczyłem się mocno. Dywagacje i gdybania, wytrzymujące jakoś tam dziennikarską cotygodniową „bieżączkę” można jeszcze jakoś znieść, ale od książki w twardych okładkach oczekuję czegoś więcej. Być może to naiwność, być może powinienem być realistą i nie spodziewać się błyskotliwych analiz. Jeśli to miała być lekcja udzielona mi jako czytelnikowi przez autora, to w tym zakresie Ziemkiewicz dopiął swego. Szkoda, że tylko tego.

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól. Wspomnienia partyzanta


Czy ktoś pamięta jeszcze „partyzantów” od Mieczysława Moczara? W drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku była to dość potężna frakcja w PZPR, która charakteryzowała się czymś, co moglibyśmy określić narodowym komunizmem. Były partyzant skupił wokół siebie wielu z dawnych towarzyszy z Gwardii Ludowej i Armii Ludowej i doprowadził do stworzenia wielu mitów na temat walki z „hitlerowskim najeźdźcą”. W efekcie także i do tego, co wydarzyło się w marcu 1968 roku – do bezprecedensowego pogromu polskich Żydów, co prawda bezkrwawego, ale równie skutecznie eliminującego ich z polskiego życia. Wszyscy dostali bilety w jedną stronę, podobnie zresztą jak paszporty.

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Mieczysław Moczar swoje wspomnienia zatytułował Barwy walki. Mając finansowe zaplecze w postaci wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej, nakłonił wielu z dawnych komunistycznych działaczy do opisania swoich wspomnień. Tajemnicą poliszynela było, że wielu z nich nie napisało samodzielnie ani jednego słowa, czemu trudno się zresztą dziwić, jeśli ich wykształcenie nierzadko zawierało się w czterech klasach szkoły. Kilkudziesięcio- a nawet kilkuset tysięczne nakłady książek sprawiły, że legenda odważnych bojowców GL/AL rosła.

Z mazowieckich pól jest właśnie taką książeczką. Mamy w niej opis lat okupacji widzianej z perspektywy młodego chłopaka ze wsi z okolic pomiędzy Nowym Dworem Mazowieckim a Płońskiem. Znajdziemy w niej opis poszczególnych lat okupacji z przewodnim motywem rozwoju komunistycznych organizacji na tamtym terenie. Jest zatem historia krótko działającej, bo szybko rozbitej przez Niemców organizacji „Sierp i Młot”, jest też ukazany rozwój Polskiej Partii Robotniczej i jej oddziałów partyzanckich, najpierw występujących pod szyldem Gwardii Ludowej, potem przemianowanej na Armię Ludową.

Wspomnienia te są dość nudne w lekturze. Jan Ptasiński bardzo często skupia się na wymienianiu personaliów i miejscowości, niekiedy zajmuje mu to prawie całą stronę tekstu. Próbuje chyba podkreślić liczebność komunistów wśród ludności, ale uważny czytelnik szybko dostrzeże, że w rzeczywistości musiało być ich bardzo mało.

Podobnie zresztą w innych kwestiach, jakim poświęcone są wspomnienia Z mazowieckich pól. Autor pisze sporo o tym, jak jednym z pierwszych zadań w okupacyjnej rzeczywistości było agitowanie za Związkiem Radzieckim i tłumaczenie ludności faktu pozostawania Stalina w sojuszu z Hitlerem. Pokazuje ogromną radość z faktu, że powstaje partia komunistyczna, ale słowem nie wspomina, że za jej zagładą wcale nie stała „faszystowska” II RP. Pisze dużo o akcjach odwetowych organizowanych przez GL/AL, ale w większości wypadków są to napady na niemieckie folwarki, zasiedlone przez niemieckich kolonistów po włączeniu tych terenów do Rzeszy. Jest sporo o braterstwie broni z żołnierzami Armii Czerwonej, ale z tekstu wynika niezbicie, że pomoc partyzanci otrzymują dopiero w chwili bezpośrednio poprzedzającej wyzwolenie, dostając trzy zrzuty z bronią i radiostacją. Jest też oczywiście zarzut „stania z bronią u nogi” wobec AK, wzmacniany plastycznością opisu żołnierzy Armii Krajowej, którzy są „gładko ogoleni i wyelegantowani”.

Książka, wydawać by się mogło, ma niewielką – jeśli w ogóle jakąkolwiek – wartość historyczną. Według mnie lektura Z mazowieckich pól ma pewne cechy, które czynią całe przedsięwzięcie opłacalnym. Chodzi o to, by nauczyć się sposobu rozumienia tamtych czasów, co można łatwo uzyskać poprzez odszyfrowywanie ukrytych mechanizmów manipulacji, jakimi poddawani byli odbiorcy tych, tak licznie przecież wydawanych, wspomnień „ludzi z lasu”. Ktokolwiek pragnie zrozumieć PRL – a także obraz wojny obecny w komunistycznej propagandzie – musi sięgnąć po książkę Ptasińskiego i jemu podobnych. Filmy Barei na pewno do tego nie wystarczą.

Robert Conquest Lenin.Prawda o wodzu rewolucji


Robert Conquest to jeden z najbardziej znanych badaczy historii Związku Radzieckiego. W naszym kraju wydano kilka z jego książek, z oczywistych powodów dopiero w latach 90-tych. Najsłynniejsza z nich to monumentalna praca „Wielki Terror”, po raz pierwszy opublikowana w 1969 roku. Jednak dzisiaj chcę napisać kilka słów o innej książce, nie tak monumentalnej, ale bez wątpienia jednej z bardzo zajmujących książek historycznych, zajmujących się biografiami wielkich dyktatorów w dziejach świata.

Na pewno każdy czytał choć raz biografię kogoś znanego. Najczęściej autor zaczyna opowieść od rysu dzieciństwa, niejednokrotnie zajmując się wprowadzeniem w epokę, ukazując obraz ówczesnej sytuacji w kraju ojczystym swego bohatera, albo odmalowuje nam realia miasta rodzinnego tej wielkiej postaci. Bywa jednak najczęściej tak, że pierwsze strony biografii poświęcane są rodzinie bohatera książki, jej drobiazgowej historii na przestrzeni dwóch lub trzech pokoleń przed narodzinami przyszłego człowieka, któremu w ten czy inny sposób udało się podbić świat i zostawić w nim swój trwały ślad. Dopiero potem następuje śledzenie kolei losu, mniej lub bardziej rozbudowane (lub mniej lub bardziej udane) próby odmalowania rzeczywistych wydarzeń, oddzielanie zmyślonych opowieści od tych prawdziwych, częste cytaty rozmów lub spisanych wspomnień krewnych, znajomych i wszystkich tych, którzy zetknęli się w jakiś sposób z opisywaną postacią.

Conquest pisze inaczej, zajmując się bardziej wpływem Lenina na innych, przy czym o wiele bardziej interesuje go on jako polityk, filozof i teoretyk niż jako istota ludzka. Owszem, wspomina tu i ówdzie różne ciekawostki czy anegdoty związane z Leninem, ale nie stanowią one dla niego wartości same w sobie, a raczej są jedynie potwierdzeniem stawianych przez historyka hipotez. I z tego właśnie względu uważam tę książkę za godną szczególnej uwagi, nawet jeśli ktoś niezbyt interesuje się historią czy polityką. Bo to nie jest nudne dzieło historyczne, gdzie wprost roi się od dat, przypisów i konkretnych faktów ukazanych jako niewątpliwie potwierdzone, choć rozmaicie interpretowane.

W książce Conquesta znajdziemy odrobinę historii podanej wprost, jest to raczej jedynie w pewnym sensie konieczny szkielet, istotny dla zrozumienia całości, ale nie najważniejszy. Autora bardziej zajmuje próba poznania poglądów Lenina, uchwycenie momentów przełomowych dla jego biografii, momentów tworzących osobę znaną powszechnie jako „Wódz rewolucji”. O ile można zrozumieć niechęć do osoby Lenina, autorowi udaje się utrzymać naukową bezstronność, a nawet i uznanie dla tych elementów pism Lenina, które w jakiś sposób wnosiły świeży powiew do doktryny marksistowskiej. Nie może to dziwić, skoro w młodości Conquest był członkiem partii komunistycznej, walczył w Hiszpanii i dopiero po latach II wojny światowej, po zetknięciu się z „realnym socjalizmem” typu sowieckiego w Bułgarii, odszedł od komunizmu i stał się wrogiem obozu państw socjalistycznych.

Warto tę książkę przeczytać także i dlatego, że jest to  po prostu świetnie napisana rzecz, która sama się broni nawet po tylu latach od jej pierwszego wydania.

Stanisław Mackiewicz „Europa in flagranti”


Wiedziony nieustannym pożądaniem odkrywania nowych interesujących książek natrafiłem w swych  poszukiwaniach bibliotecznych na dzieło autorstwa jednego z najbardziej znanych historyków okresu międzywojennego, który został nieco zapomniany i dopiero zaczyna odzyskiwać należne sobie miejsce w świadomości Polaków. Chciałem i ja przekonać się o jego wartości, doświadczenie uczy bowiem, że tylko samemu czytając można wyrobić sobie zdanie o jakości danej książki czy o klasie autora.

„Europa in flagranti” to książka na temat wielce historyków zajmujący. Wieloletni już spór dotyczy kwestii na pozór błahej: mianowicie kiedy zakończył się wiek XIX ? Odpowiedź na to pytanie tylko z pozoru wydaje się taka oczywista, bo już ludzie współcześnie mieli spore wątpliwości i od zakończenia I wojny światowej spór ten istnieje nie tylko w świadomości historyków. Wielu uważa, że tak naprawdę „stulecie pokoju” zakończyło się dopiero w chwili wybuchu wielkiej wojny, którą później nazwano światową. Jako argument koronny stawiają wojnę jako początek końca porządku europejskiego ustalonego na Kongresie Wiedeńskim i upadek monarchii w wielu krajach, z Austrią i Rosją na czele. Inni stawiają tezę, która pokazuje wybuch Wielkiej Wojny jako jedynie koniec pewnego procesu, który trwał już od kilkunastu lat.

Mam wrażenie, że Mackiewicz opowiada się za tą druga tezą. Jego opowieść zaczyna się w roku 1900 i wiedzie nas aż do wydarzeń z sierpnia 1914. Robi to tak zajmująco, że lektura jest czystą przyjemnością. Sam pisze o tym, opisując swój styl jako pisarstwo „sposobem felietonowym, gawędziarskim”, odpierając przy tym krytykę swoich prac. Czyni to zresztą wielokrotnie, co jest w moich oczach dość ujmujące, teraz już się tak po prostu nie pisze, współcześni autorzy, szczególnie autorzy esejów historycznych, nie wchodzą w tak bliskie relacje z czytelnikiem, nie czynią nawet prób takiej „familiaryzacji”. A szkoda, bo wydaje mi się, że pisząc w podobny sposób można łatwiej porozumieć się z czytelnikiem, przekazać mu swój punkt widzenia, czy też po prostu zapewnić mu przyjemność z lektury, co przecież także nie jest bez znaczenia.

Janusz Gross „Sąsiedzi”


Tematyki żydów i Szoah ciąg dalszy. Dziś najbardziej kontrowersyjna książka roku 2000, wywołująca przez dość długi czas spory wśród całego społeczeństwa. Jakoś wtedy zajęty byłem sporymi zmianami w moim życiu, potem sprawa przycichła i dopiero niedawno przypomniałem sobie o tej pozycji, widząc inną już książkę tego autora w księgarniach. Pomyślałem, że warto zapoznać się z czymś, aby wyrobić sobie własne zdanie na ten temat. No i już w dzien po lekturze jestem pewien, że to dla mnie początek długiej drogi zbierania tekstów i prób poznania faktów, a także  zrozumienia tego, co się stało. Ja nie mam wątpliwości co do istnienia antysemityzmu w Polsce, natykam się często na różne tego objawy, choć jakby wśród młodych nieco mniej, ale nie wiem czy moje spostrzeżenia są pełne, nie mam przecież zbyt wiele kontaktów wśród nastolatków.

Sasiedzi-Historia-zaglady-zydowskiego-miasteczka_Jan-Tomasz-Gross,

Odnoszę wrażenie, choć i tu nie jestem (jeszcze) znawcą, że materiał faktograficzny został zebrany przez prof. Grossa bardzo starannie. Nie wyobrażam sobie zresztą, by mogło być inaczej. To przecież naukowiec. No i z całą pewnością, jako jeden z wydalonych z Polski na skutek wydarzeń marcowych, zdawał sobie sprawę z burzy zarzutów, jakie ta książka wywoła. Bo przecież w Polsce o antysemityźmie się zbyt wiele nie pisze, marginalizując temat, sprowadzając go do obecności wśród nielicznych, mimo iż nie ogranicza się do tego. Gross pokazuje to całkiem dobrze w swojej książce, kiedy opisuje przyjazdy ocalałych Żydów do swych dawnych miejscowości, gdzie wszyscy dobrze znają temat pogromu. Tak właśnie jest, i trzeba mieć tą świadomość.