fantastyka

Konrad T. Lewandowski, Bursztynowe królestwo


Jesteście sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której z rozbiorów wyłania się Druga Rzeczpospolita Obojga Narodów, w której na tronie zasiada Chińczyk i przyjmuje miano Władysława V? Ja osobiście przyznaję, że na coś takiego chyba bym nie wpadł. Zapewne z tego też powodu nie jestem jednym z ciekawszych polskich autorów a krytykiem, który lubi się poznęcać i pomarudzić, choć racji często nie ma. Trudno jednak odmówić książce Lewandowskiego siły, przed którą pokornie chylę czoła, z braku kapelusza oczywiście.  (więcej…)

Reklamy

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Objawienia


Czwarta odsłona przygód Ezia Auditore, stojącego na czele Bractwa Asasynów, prowadzi nas przez Morze Śródziemne do Konstantynopola i okolicznych terenów Azji Mniejszej, gdzie narodziło się Bractwo. Tę podróż odbędziemy nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie – do epoki wypraw krzyżowych. Po raz kolejny odkryjemy mnóstwo tajemnic przeszłości oraz będziemy świadkami wielu potyczek i bitew, jakie toczą ze sobą asasyni i templariusze, próbujący zatriumfować nad światem. Czy również tym razem przeniesienie komputerowej gry na papier utrzymało się na poziomie, który nie sprawi zawodu swoim czytelnikom.

Oliver Bowden, Assassin's Creed. Objawienia

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Objawienia

Assassin’s Creed: Objawienia podejmuje losy Ezia cztery lata po zakończeniu poprzedniej części jego przygód. Tym razem bohater wyruszy w podróż na wschód, do Konstantynopola i w jego okolice, by odszukać kolejne stare artefakty bractwa oraz jeszcze lepiej poznać znaczenie walki, której poświęcił całe życie. Jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić, jego poczynaniom będą towarzyszyli wrogowie w postaci bezwzględnych templariuszy. Mimo przeciwności losu, Ezio niezmiennie będzie parł naprzód ze wszystkich sił, aż do ostatecznego celu. Gromadzone przez niego starożytne klucze otworzą wrota jaskini, która ujawni przed nim prawdę. Niestety, okaże się ona trudna do zrozumienia. Co więcej, przywódca Bractwa odnajdzie także coś jeszcze…

Objawienia nie niosą w sobie żadnej rewolucji, ponieważ nie taka jest ich rola. Bowden w swej kolejnej książce sięga po znane już czytelnikom serii elementy, tworząc znajome i nowe postacie. Możemy znaleźć tu dokładnie te same składniki, które pojawiły się już w poprzednich częściach cyklu. Prawdziwe osoby i wydarzenia historyczne przemieszane z legendami oraz czystą fantazją, bardzo szybki rozwój wypadków i ogromna liczba scen walki, tworzą wspólnie dość jednorodną całość, nie pozwalającą czytelnikowi nudzić się od pierwszej do ostatniej strony. Towarzyszenie Ezio Auditore w jego kolejnych przygodach, gdzie dynamicznie opisane walki przeplatają się z poszukiwaniami kolejnych artefaktów, na pewno zapewnia rozrywkę na długi zimowy wieczór. Wszyscy miłośnicy i miłośniczki powieści z gatunku płaszcza i szpady nie powinni być rozczarowani. Dostaną dokładnie to, czego się spodziewają.

Nie da się jednak ukryć, że książka zbudowana jest dość schematycznie, tak jakby autor właściwie nie miał już oryginalnych pomysłów na to, jak zapełnić kartki swojej powieści. Poszczególne wątki albo nie wiążą się ze sobą w całość, pozostając jedynie epizodycznymi opisami, albo zarysowane są jedynie pobieżnie, bez choćby próby stworzenia czegoś na kształt głębi psychologicznej postaci. To, co jeszcze obecne było w dwóch pierwszych częściach cyklu, zostało poświęcone w imię przyśpieszenia tempa akcji. Być może dzięki temu zabiegowi lektura rzeczywiście stała się bardziej pociągająca ze strony przygodowej, niemniej nie da się ukryć, że na pewno straciła na wiarygodności opisywanych wydarzeń. W efekcie, z czegoś, co mogło być dobrą książką przygodową z niezłą częścią historyczną, stała się jedynie opisem tysiąca i jednej przygody, które na dobrą sprawę mogłyby się rozegrać w dowolnych scenografiach. Wielka szkoda, bo Bowden dowiódł w początkowych tomach cyklu, że jest w stanie połączyć dynamikę powieści przygodowej z szerszym i ciekawie opisanym tłem historycznym. Niestety, w Objawieniach nie podjął się tego zadania, co nieco obniża przyjemność płynącą z czytania.

W trakcie lektury trudno nie odnieść wrażenia, że ostatnia część cyklu jest jednocześnie tą najsłabszą. Wszystkie znane z poprzednich tomów chwyty zostały – lepiej lub gorzej – odegrane, ale nawet pojawiający się niejako automatycznie zarzut powtarzalności nie jest tym największym, jaki można postawić Objawieniom. Niechlubna w tym wypadku palma pierwszeństwa musi przypaść wspomnianej wyżej szkicowości narracji. Brakuje tu głębi, autor nie ma pomysłu na dalszy rozwój powieści, co niestety widać w wielu miejscach książki. W efekcie, rozwiązanie starożytnych tajemnic bractwa asasynów niczego nie wyjaśnia, mnożąc jedynie pytania w głowie czytelnika. Ostatnie strony zaś, nie pomagają w zrozumieniu nie tylko tej części przygód Ezia, ale całości cyklu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że tkwiący w serii potencjał został zmarnowany. Szkoda, bo opowieść o tajemnej walce o panowanie nad światem zapowiadała się naprawdę nieźle. Niestety, z jakichś nieznanych przyczyn, ta misja nie powiodła się autorowi. Trudno zatem dłużej ukrywać, że to bez wątpienia najgorsza część serii, a jej lektura przypadnie do gustu jedynie fanom. Cała reszta czytelników zapewne dobrnie do końca jedynie siłą rozpędu, pochodzącą od tempa przewracania kartek.

Robert J. Szmidt, Ostatni zjazd przed Litwą


Ostatnio pisałem o fantastyce naprawdę sporej jakości, dziś dla odmiany coś, co nie ma takich aspiracji. Wydany kilka lat temu tom zatytułowany Ostatni zajazd przed Litwą, autorstwa Roberta J. Szmidta należy do nurtu czystej rozrywki. W sam raz na urlop, jak ktoś ma to szczęscie.

Zbiór opowiadań, których tak naprawdę nie łączy nic, poza dość szeroko rozumianą fantastyką. Z domieszką sensacji czy horroru, jak każe dzisiejsza norma gatunku, ale rdzeń pozostaje niezmienny. To światy wymyślone, choć przecież nieodległe i bardzo, naprawdę bardzo prawdopodobne. Choćby po części.

Pięć opowieści na nieco ponad trzysta stron druku wydaje się być liczbą akuratną, taką w sam raz. Opowiadania pomieszczone w zbiorze nie łączą się ze sobą w żaden sposób, ani pod względem wykreowanego świata ani pod względem poetyki. To osobne historie, z których każda chce żyć własnym życiem. Każda z nich jest też sprawnie napisana, ale czytelnik ma świadomość obcowania ze znanymi mu wcześniej motywami, podlanymi jednakże (choć bardzo skąpo) własnym sosem autora. Ten zbiór to dzieło sprawnego rzemieślnika, znającego dobrze swój fach, ale trzymającego się zasad. Nieco, jak na mój gust, zbyt kurczowo.

Zbiór zaczyna się opowiadaniem z gatunku grozy, gdzie alternatywny świat, pomieszczony na granicy wielu rzeczywistości, staje się polem walki Dobra i Zła. Nosi ono tytuł „Cicha Góra” i jest wariacją na temat dość często obecny w naszej twórczości fantastycznej. Sprawnie opowiedziana fabuła nie zawiera jednak w sobie tego czegoś, co jedni nazywają iskrą Bożą a inni talentem. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale te miejsca są już dobrze znane. Przyjemnie się to czyta, lecz po lekturze nie pozostaje żadna głębsza refleksja. To gatunek literatury, którą osobiście nazywam literaturą użytkową. Można jej użyć, można nawet poddać się jej urokowi, ale po lekturze nie pozostaje nic więcej. Ot, kolejna opowiastka rozegrana w dobrze znanych scenografiach i kostiumach.

Opowiadanie kolejne, zatytułowane tak samo jak najbardziej znana płyta Pink Floyd, próbuje połączyć hard sf z poetyką znaną z książek Philipa K. Dicka. Niestety, z tej próby nie wychodzi zwycięsko. Po raz kolejny okazuje się, że rozgrywanie klasycznych już niemalże tematów wymaga czegoś więcej niż sprawnego warsztatu. Pomysł jest zużyty niemal do przezroczystości, a przez prześwity widać całość konstrukcji, która chwieje się i kołysze nawet przy bezwietrznej pogodzie. Przypomina nieco rusztowanie, na którym rozpięto reklamę. Reklama ta niby coś zasłania, ale wszyscy wiedzą, jak wygląda budynek schowany pod nią.s

Najbardziej spodobała mi się historia zatytułowana „Mrok nad Tokyoramą”. Znów mamy do czynienia z dość w sumie banalną historią, ale tym razem sposób prowadzenia tej opowieści potrafi wciągnąć czytelnika. I trzymać w swoich rękach aż do końca, mimo iż fabuła jest aż do bólu przewidywalna i łatwa do odczytania nawet dla średniozaawansowanego czytelnika. Mimo tego opowiadanie to ma w sobie to coś, co przyciąga. Być może to zasługa dobrze oddanego egzotycznego wciąż dla nas, zwykłych polskich zjadaczy chleba, japońskiego stylu życia. Być może coś innego, ale niemniej rezultat wart jest poświęconego mu czasu. Nawet pomimo ckliwego finału, opartego o dawno zużyte schematy.

Bardzo ciekawe, choć zupełnie z innych powodów, są dwa ostatnie opowiadania. Pierwsze przemawia do nas przede wszystkim pomysłem, w którym to Polacy po raz kolejny walczą o własną niepodległość i niezależność na przekór wszystkim i wszystkiemu. Tytułowe opowiadanie budzi naszą dumę narodową i to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć. Cała reszta to – po raz kolejny! – zlepek stereotypowych spojrzeń na możliwy rozwój sytuacji na świecie.

Opowiadanie ostatnie próbuje natomiast czegoś innego. Również i tutaj znajdziemy odwołania bliskie naszemu polskiemu sercu, ale są one czymś innym. Akcje tajnych służb i ich związki z polityką, zbudowane na zaskakującej i oczywistej jednocześnie puencie, stanowią naprawdę wisienkę na torcie upieczonym przez autora. Choć ciągle nie mogę pozbyć się wrażenia, że siłę oddziaływania tej historii oceniam poprzez pryzmat jej odbicia w realnym świecie, w którym walka wywiadów i zakulisowe potyczki są na porządku dziennym nie tylko w oczach zwolenników teorii spiskowych. Niemniej jednak „Polowanie na jednorożca” to kawałek dobrej, sprawnie napisanej prozy, którą da się czytać bez poczucia zmarnowanego czasu.

W całości zbiór nadaje się do czytania, zwłaszcza w porównaniu do wielu innych, które nie zasługują nawet na poświęcenie im czasu. Jest to jednak właśnie literatura rozrywkowa sensu stricte. Nic więcej nie należy od niej oczekiwać. Po skończonej podróży odejdzie w niepamięć.

 

Rafał Kosik Vertical


Korzystając z niedawnej  reedycji książki Rafała Kosika postanowiłem wreszcie nadrobić braki i zapoznać się z dziełem, które wysoko ocenia wielu. Na okładce czytanego przeze mnie pierwszego wydania, pochodzącego z 2006 roku, zacytowano zdanie z recenzji zamieszczonej bodajże na portalu Gildia.pl. Sens był taki, że jeśli ktoś zwątpił już w literaturę fantastyczno-naukową, ta książka może przywrócić tę wiarę. Nie wiem, czy lektura Vertical zadziała tak na innych czytelników, ale mnie na pewno zwróciła na nowo na dawno już nie uczęszczaną ścieżkę.

Korzystając ze swobody bloga nie mam zamiaru opisywać fabuły czy analizować utworu od strony formalnej. Nie chcę tworzyć sztywnej od zasad formalnych recenzji. Kto chce poznać osobę autora lub dowiedzieć się czegoś więcej, ma do wyboru sporą liczbę miejsc w sieci. To tylko moje luźne przemyślenia na kilka spraw, które już zostały chyba nieco zapomniane. Chcę opowiedzieć jedynie o wrażeniu, jakie na mnie wywarła książka. I, być może trafnie, odgadnąć zamiary autora. Być może zaś nie.

Prawdziwa literatura zawiera Tajemnicę. Żadne to odkrycie, a jednak jakoś rzadko ostatnio o tym się mówi i pisze w sytuacjach rozmów o książkach. Opowiadamy o książkach, bo są nowe, bo sprzedały się w jakiejś tam ilości egzemplarzy, bo autor czy autorka słynie ze skandalicznego życia. A przecież literatura to książki o ludzkiej kondycji przede wszystkim. Dokładniej rzecz ujmując – o zrozumieniu ludzkiego doświadczenia. Opisywanie rzeczywistości to jedno, ale opisanie człowieka wobec tejże rzeczywistości to już zupełnie coś innego. I to, jak sobie autor czy autorka radzi z podobnym zadaniem jest dla mnie wyznacznikiem jakości książki. Jeśli tego brakuje, książka pozostaje zwykłym czytadłem, literaturą konsumpcyjną, która pozwala co prawda dobrze spędzić czas, ale nic po sobie nie zostawia.

Może popełnię teraz coś w rodzaju świętokradztwa, ale dla mnie Vertical jest momentami tak dobry, jak książki Lema, by wymienić choćby Solaris. Stawia czytelnika przed nowymi ujęciami spraw, pytając o poszukiwania granic znanej nam rzeczywistości i skutki owego poznania. W chwili, gdy wydaje nam się, że świat jest już właściwie podporządkowany człowiekowi, to ważne i aktualne pytania. Zresztą, ten typ pytań po prostu pozostanie z naszym gatunkiem tak długo, jak długo przetrwamy. Postęp przynoszą bowiem uzyskane odpowiedzi, nawet jeśli błędnie je interpretujemy.

Moja wiara w fantastykę wróciła. W fantastykę rozumianą jako tę część literatury, która pozostawia czytelnika z większą ilością pytań niż udzielonych odpowiedzi. I która zmusza do dalszych poszukiwań na własną rękę. A powiedzieć coś takiego o książce to powiedzieć chyba wszystko. Zatem nie mam już nic do dodania.

Helen McCabe Grajek


Czy ktoś z was pamięta z czasów dzieciństwa bajkową opowieść o fleciście z Hammelin, nikomu nieznanym młodym grajku, który uwolnił miasto od plagi szczurów, urzekając gryzonie swoją wspaniałą grą? Jeśli tak, być może przyjdzie wam łatwiej zrozumieć i polubić historię opowiedzianą w najnowszej książce Helen McCabe zatytułowaną Grajek.

Opowieść rozpoczyna się w prowincjonalnym rumuńskim szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywa kobieta w ciężkim szoku. Doznała go po śmierci swojej nastoletniej córki, która przed śmiercią została brutalnie zgwałcona. Rozpoczęte dochodzenie ujawnia coraz więcej nowych szczegółów, ale ich odkrycia powodują raczej zaciemnienie obrazu, bo nie każdy wątek da się logicznie uzasadnić. Fakty mieszają się tu z legendami, a cała niewielka społeczność wioski dziewczyny nie zamierza z nikim dzielić się wiedzą o bardzo starym rytuale, przez który przechodzą nastoletnie dziewczynki. Niezrażony tym śledczy, wespół z lekarzem psychiatrą, szuka wytrwale wyjaśnienia zagadkowej śmierci dziewczynki.

Niestety, im dalej, tym gorzej. Z dusznej atmosfery małej wioski w górach Rumunii z początku lat 90., autorka przenosi akcję – w sposób, powiedziałbym, dość mało przekonywujący – do USA. Nie do końca zmiana ta wynika z powieści, w grę musiały wchodzić inne względy. Z całą pewnością sama McCabe czuje się zdecydowanie pewniej w takiej scenerii, co widać zwłaszcza w jej oddaniu realiów życia codziennego mieszkańców niewielkiego miasteczka, ale gdzieś po drodze gubi również ów wyjątkowy nastrój, który świadczył o sile tej powieści.

Kawałek po kawałku, niepostrzeżenie, jakby mimochodem, poznajemy postać tytułowego bohatera, legendarnego Grajka, który nosi w sobie coś w rodzaju przekleństwa, które zapewnia mu nieśmiertelność. Sam muzyk nawet wydaje się rozdarty pomiędzy resztkami człowieczeństwa a tkwiącym w nim demonie. Wszystko wskazuje na to, że nikt już nie jest w stanie powstrzymać działań tajemnych i mrocznych sił, które raz uwolnione, nie pozwolą się okiełznać na powrót.

Powieść McCabe nie daje się łatwo poddać klasyfikacji, ale nie wynika to z jej walorów literackich. Pomysł przywołania dobrze znanej legendy jest z całą pewnością czymś nietuzinkowym, ale na tym nowatorstwo tego dzieła niemal się kończy; w miarę rozwoju fabuły nastrój opada, a samo zakończenie może pozostawiać wiele do życzenia.

Książka zaskakuje czytelnika niejednokrotnie, rozwój wydarzeń potrafi być nieprzewidywalny, co trzeba niewątpliwie zapisać na plus. Autorka dość sprawnie porusza się wśród elementów zaczerpniętych z mitów, dawnych legend i opowieści ludowych, tworząc dość intrygujący obraz całości. Książka jednak w miarę lektury traci sporo ze swej początkowej dusznej atmosfery, stając się jedynie sprawnie napisanym thrillerem, który nie pozostanie raczej długo w pamięci czytelników. Wielka szkoda, zwłaszcza biorąc pod uwagę pierwotny pomysł opowieści. McCabe zdaje się koncentrować na formie bardziej niż treści i w rezultacie im bliżej końca, tym utwór słabnie. Być może autorka, debiutująca w tego rodzaju literaturze, zbyt kurczowo starała się trzymać przyjętej przez siebie konwencji, nie odciskając wyraźnie własnego śladu. Niestety, dla czytelnika, zwłaszcza będącego miłośnikiem opowieści grozy, będzie to stanowczo zbyt mało.

W gruncie rzeczy dobrze się ten utwór czyta. Z całą pewnością jest to poprawnie napisany kawałek prozy. I tyle właściwie można powiedzieć, powieść bowiem nie zapada w pamięć, nie w jakiś szczególny sposób. Można przeczytać, ale wracać do tej książki chyba raczej się nie będzie.

Tekst pierwotnie opublikowany na serwisie polter.pl

Olivier Bowden Assasin’s Creed Renesans


Książki tworzone na podstawie fabuły filmowej czy scenariusza gry komputerowej nadal budzą spore kontrowersje w świecie miłośników fantastyki. Wielu fanów uważa, że podobne działania mają na celu jedynie drenaż kieszeni. Z drugiej strony rzesze wielbicieli z radością przyjmują tego typu przedsięwzięcia, widząc w nich szansę na ponowne zanurzenie się w ukochany świat. Postanowiłem sprawdzić, gdzie w tym sporze uplasuje się powieść Oliviera Bowdena. Czy broni się ona jako samodzielne dzieło?

 

Głównym bohaterem książki, której akcja rozgrywa się w latach 1476–1506 na terenie dzisiejszych Włoch, jest Enzio Auditore, syn florenckiego bankiera. Poznajemy Enzia i jego rodzinę w momencie rozpoczęcia trudnej walki o wpływy we Florencji z rodem Pazzich. Na skutek zdrady męscy członkowie rodziny Enzia zostają straceni, a on sam z matką i siostrą musi uciekać z rodzinnego miasta. Poprzysięga jednak zemstę wszystkim odpowiedzialnym za śmierć jego bliskich. Jego przygody poprowadzą go przez wiele miejsc, pozna także tajemną historię bezwzględnej walki o władzę między assasynami a templariuszami.

 

Książka, co trochę mnie zaskoczyło, nie odwołuje się do wydarzeń z pierwszej części gry. Nie pojawia się tutaj niemalże nic, co wskazywałoby na historię znaną wielbicielom oryginalnego [t]Assasin’s Creed[/t], która stanowi przecież główną oś fabuły. Czytelnik dowiaduje się jedynie o istnieniu tajnych zakonów templariuszy i assasynów, zapoczątkowanych w wiekach wojen krzyżowych, brak jednak zupełnie odniesień do bohaterów wcześniejszych wydarzeń. Na szczęście nie przeszkadza to w lekturze, ponieważ najważniejsze informacje zostały zawarte na kartach powieści. W moich oczach to zaleta, dzięki temu książka stanowi odrębną i zamkniętą całość, którą czytać może ktoś nieznający genezy konfliktu dwóch tajnych bractw.

 

Powieść, zwłaszcza w pierwszej połowie tomu, naprawdę potrafi wciągnąć czytelnika w niezwykły świat renesansowej Italii. Za pomocą krótkich, oszczędnych opisów autorowi udaje się stworzyć naturalną przestrzeń działania bohaterów, a ciągłe potyczki, bitwy i nagłe zwroty akcji z całą pewnością zadowolą gusta wielbicieli literatury przygodowej. Śledząc losy Enzia, poznamy kilka włoskich miast-państw tamtego okresu, na swojej drodze spotykając wiele historycznych postaci, z Leonardem da Vinci na czele. Bowden napisał ciekawą historię, kreśląc wyraziste postaci bohaterów. Ludzie z kart powieści są żywi, naturalni, uwikłani w osobiste sprzeczności i wybory. Akcja powieści toczy się wartko, nie pozwalając czytelnikowi na chwilę wytchnienia. Nasz bohater ma przed sobą coraz to nowe wyzwania, spotyka nowych sprzymierzeńców i wrogów, zdobywa także coraz cenniejsze informacje.

 

Jednak mimo godzin rzetelnej rozrywki czytelnik po lekturze odczuwa pewien niedosyt, a nawet żal. Początkowe losy Enzia to naprawdę wciągająca lektura z gatunku płaszcza i szpady, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, pełnokrwistych bohaterów i malowniczo opisanych scen pojedynków i potyczek. Niestety, w miarę rozwoju wydarzeń książka zaczyna coraz bardziej przypominać rozbudowany scenariusz gry, gdzie najważniejsze jest przechodzenie od zadania do zadania, ciągłe szukanie informacji i skrupulatne kolekcjonowanie wszelakich przedmiotów. Przez większość czasu Enzio zbiera strony starożytnego kodeksu, którego kolejne fragmenty dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze są w ręku jego aktualnego wroga. Przy tym część z tych zapisków stanowią plany coraz lepszych broni assasyna, co znów odwołuje się wprost do rozgrywki znanej z ekranu.

 

Książka trochę mnie rozczarowała, choć czytało mi się ją z przyjemnością i nie żałuję chwil jej poświęconych. Uważam, że tkwiący w tej historii potencjał nie został do końca wykorzystany i to jest największy zarzut, jaki można postawić powieści [t]Assasin’s Creed: Renesans[/t]. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kolejny tom będzie nieco lepszy. Choć po pośpiechu związanym z jego wydaniem można co do tego mieć nieco wątpliwości.

recenzja ukazała się pierwotnie w serwisie polter.pl

Scott Lynch Kłamstwa Locke’a Lamory


Wspaniały przykład powieści łotrzykowskiej, rozegrany w na poły realnym, na poły baśniowym świecie. Na pewno nikt nie będzie żałowal czasu spędzonego na lekturze tej książki. To naprawdę trzeba przeczytać.

Powieść opowiada losy grupy złodziei, żyjących z wielkich skoków, które są mistrzowsko zaplanowanymi oszustwami najbogatszych arystokratów. Narracja rozpoczyna się w chwili, kiedy jeden z niezliczonych złodziei Camorry, zwany Złodziejmistrzem, chce sprzedać do złodziejskiego „terminu” kilkuletniego chłopca. Złodziejmistrz jest przywódcą gangu małych chłopców, których zbiera z ulicy i kształci w złodziejskim fachu. Dzieci uczą się szybko, nie tylko sztuki rzezania mieszków, ale także poznają cały, mocno rozbudowany i dość skomplikowany, półświatek Camorry. Mały Locke Lamora bardzo się na ich tle wyróżnia, ma bowiem ogromny talent. Trafia zatem do kogoś, kto będzie mógł nauczyć go wszystkiego, co może być przydatne w złodziejskim fachu.

Kolejny rozdział opisuje już historię dojrzałego Lamory, który razem z czwórką przyjaciół tworzy paczkę mistrzowskich złodziei. Kradną tak ogromne sumy, że nie wiedzą, jak je wydawać, ale nagle w ich dotychczasowe życie wdziera się ktoś, kogo nie mogą oszukać. Zostają zmuszeni do walki o własne życie, a także do walki o ocalenie Camorry.

Książka napisana jest świetnie. Czyta się ją z wypiekami na twarzy, nie mogąc się oderwać. Nie tylko perypetie bohaterów są zajmujące. Lynch w sposób zupełnie mistrzowski prowadzi narrację, umiejętnie wplatając opisy wykreowanego przez siebie świata. Camorra jest miastem żywym, posiadającym wiele różnych twarzy, wiele różnych miejsc połączonych w jeden nierozdzielny organizm. Niektórym kojarzy się z Wenecją, z uwagi na swoje położenie na kilkunastu wyspach, między którymi pływają łodzie. Mi jednak bardziej przypomina Korsykę sprzed pięciuset lat, będącą wówczas siedliskiem wielu band i pirackich załóg, niepodzielnie rządzących na Morzu Śródziemnym. Jakkolwiek by nie było, mimo całego niebezpieczeństwa na ulicach Camorry, nie można odmówić sobie towarzyszenia Lockiemu i jego kompanom w ich nocnych wędrówkach po najgorszych dzielnicach. Naprawdę trzeba to przeczytać samemu.