Fabryka Słów

Patriotyczny fantasta


Andrzej Pilipiuk, Aparatus

imagesPilipiuk tworzy swoje opowieści wciąż korzystając z tych samych tematów. Porusza się w kręgu tych samych szablonowych konstrukcji, zmieniając jedynie dekoracje. Trudno tak naprawdę zdecydować, czy jest to wada czy zaleta, głosy będą zapewne podzielone. Jedni wolą wiedzieć, czego się spodziewać po książce z jego nazwiskiem na okładce, drudzy narzekać na przewidywalność i wyczerpanie dobrych pomysłów. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku.

Kto czytał już kiedyś wybór opowiadań Pilipiuka – a wyszło ich już kilka – na pewno nie będzie zaskoczony. Autor trzyma się konsekwentnie wypracowanego przez siebie stylu. W niektórych miejscach chyba nawet zbyt sztywno, co w gruncie rzeczy psuje przyjemność z czytania.

Tematyka opowiadań z tomu też zamyka się w kilku wybranych już wcześniej światach. Ci sami bohaterowie mają te same przygody. Zmieniają się czasem jedynie drobne szczegóły. Opowiadane przez Pilipiuka historie straciły w ten sposób powiew świeżości, który istniał jeszcze we wcześniej napisanych opowiadaniach. W tomie Aparatus ta świeżość znika, pozostaje jedynie odgrywanie raz wymyślonych scenariuszy.

Teksty rażą nieco nie tylko schematycznością opisywanych wydarzeń. Język, w jakim je napisano pozostawia wiele do życzenia. Już w połowie tomu można odnieść wrażenie, że paleta językowa nie jest mocno zróżnicowana. Klisze wciąż te same, żarty powtarzane właściwie do znudzenia. Wszystko to prowadzi do smutnej konstatacji – podobają się nam rzeczy, które już znamy.

Pilipiuk uważa się za rzemieślnika, nie artystę. Trudno się nie zgodzić w tym miejscu – jego utwory są jedynie poprawnie zrobione, bez żadnego większego polotu, cechującego twórców z wyobraźnią. Samo uwielbienie dla złotej wolności szlacheckiej i psioczenie na komunę nie wystarczy. Chyba, że ludziom, którzy nie potrzebują sztuki, a wystarczy im produkcja artystów z rynku. Tym wszystkim polecam Pilipiuka. Wszyscy inni mogą sobie darować.

Reklamy

Jacek Komuda Herezjarcha


Jacek Komuda Herezjarcha

Jacek Komuda Herezjarcha

Komuda znany jest ze swoich sarmackich powieści. I z zamiłowania do odgrywania Sarmaty. Tym razem jednak pisze zupełnie inną powieść. Oto bohaterem jest Franciszek Villon, znany średniowieczny rzezimieszek i poeta.

Książka to w rzeczywistości zbiór kilku opowiadań, połączonych w jedno osobą głównego bohatera. Nic nam nie wiadomo o prawdziwych losach tego średniowiecznego „poety przeklętego” poza skąpymi informacjami zamieszczonymi w jego utworach. I Komuda nie stara się wcale pokazać prawdy historycznej. Historii używa tu jedynie do naszkicowania tła wydarzeń i trzeba przyznać, że robi to jak zawsze doskonale, tworząc niezwykle barwny i wciągający świat, który jest przy tym wszystkim niezwykle realny.

Fabularnie to czystej krwi fantastyka, pełna niesamowitych istot, nieumarłych i innych bohaterów tego typu literatury. Wszystko zaś opisane żywym i barwnym językiem. Jeśli zaś dodam do tego sporo pojedynków, tajemnic do rozwikłania i nagłych zwrotów akcji, to nie będę musiał już raczej nikogo bardziej zachęcać do poznania „Herezjarchy”. Książka dla wszystkich miłośników literatury spod znaku płaszcza i szpady.

Andriej Bielanin „Moja żona wiedźma”


Kolejna pozycja pochodząca zza wschodniej granicy wydana przez lubelską Fabrykę Słów. Jako namiętny, wręcz maniakalny, miłośnik rosyjskiej literatury fantastycznej, widząc jedynie nazwisko autora nie byłem w stanie oprzeć się pokusie jak najszybszej lektury dość pokaźnego tomu.

Andriej Bielanin to uznany twórca w swoim kraju, u nas dopiero zaczynają wychodzić jego książki. Mi kojarzy się jego sposób pisania z nieodżałowanym Kiryłem Bułyczowem, legendarnym już pisarzem, który wzniósł na wyżyny nurt fantastyki humorystycznej. Zresztą, ten nurt jest niezwykle popularny na całym śwecie, wystarczy wspomnieć znanego i popularnego u nas Prachetta.  Ale wracając do powieści Bielanina muszę stwierdzić, że każdy szukający naprawde dobrej i niebanalnej fantastyki,  na dodatek pełnej humoru, nie zawiedzie się.

„Moja żona wiedźma” to historia poety Sergieja, który tuż po ślubie odkrywa, że wybranka jego życia jest wiedźmą. Przyjmuje to spokojnie, jest przecież artystą, widzi nawet i pozytywne strony tego faktu. Okazuje się jednak, że Natasza wpada w kłopoty, które mogą sprawić koniec jej małżeństwa. Na dodatek zanim zdąży opowiedzieć mężowi całą historię, znika.

Oszołomiony bohater przekonuje się, że nie jest w stanie żyć bez swej ukochanej i postanawia jej szukać za wszelką cenę. W swej kuchni poznaje dwóch osobników, będących jego duszą – jeden to anioł Ancyfer, a drugi, diabeł dla równowagi, nosi wdzięczne imię Farmazon (wszelkie skojarzenia jak najbardziej uprawnione – przecież to za pomocą wykrętnych i nie zawsze uczciwych namów). Cała trójka rozpoczyna swą fantastyczną podróż przez światy równoległe, bardzo niekiedy bliskie naszemu.

Dla opisu fantastycznych podróży bohaterów autor czerpie pełnymi garściami z baśni, legend i mitów wielu krajów. I tak spotkamy tu carewicza Iwana, Odyna i Freję, mówiące szczurony i niedźwiedzie. Pozostawię wam radość samodzielnego odkrywania wszystkich związków z innymi magicznymi opowieściami, których wiele wypełnia karty tej książki. Wszystko zaś w ogromnym tempie i ze sporą dawką humoru, na poziomie mogącym byc dla wielu innych autorów przykładem. Po lekturze powieści rozumiem fenomen popularności autora w jego ojczystym kraju. I z ogromna niecierpliwością oczekuję kolejnych książek.

Andrzej Ziemiański TOY WARS


Lektura książki Ziemiańskiego przypomina skok do głębokiej czarnej wody – nie można złapać tchu, niewidzialne siły miotają twoim ciałem, tysiące myśli przebiega umysł w ułamku sekundy, czas paradoksalnie zwalnia mimo uczucia ogromnego pędu. Nawet nie za bardzo można zarejestrować moment, w którym przewracamy ostatnią już stronę i wracamy do rzeczywistości, w której tkwimy spokojnie w fotelu. I mogłoby owe przeżycie naprawdę być wstępem do czegoś więcej, co zwykle można doświadczyć przy lekturze powieści pokazującej kawałek świata w nowy dla nas sposób. Niestety, po lekturze TOY WARS wrażenia mijają równie szybko, jak wysycha woda po skoku do basenu w upalny dzień. Albo nawet szybciej.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to literatura rozrywkowa i jej celem jest dostarczenie czytelnikowi owej rozrywki na czas lektury i nic poza tym. Zdaję sobie także sprawę z istnienia licznych fanów, tak gatunku en masse, jak i tego właśnie pisarza. Ale staram się patrzeć obiektywnym okiem i nadal nie mam tak naprawdę pojęcia, z jakiego powodu to jest dobra literatura. Dialogi, mających sprawiać wrażenie „mięsistych” są po prostu mówione w nieistniejący nigdzie sposób, gdzie skumulowanie bluzgów, niewybrednych epitetów i pieszczotliwych(?) zdrobnień ma prawdopodobnie  wpędzić w kompleksy zawodowych żołnierzy lub ludzi z półświatka. Zresztą, TOY WARS opowiada o ludziach pochodzących ze styku obu. Postaci głównych bohaterów, najemników światowej klasy, dla których prawdziwym życiem jest walka,  sprawiają mocno karykaturalne wrażenie, jakby miały parodiować samych siebie. Widać to zwłaszcza w przestrzeganiu niemalże uświęconego przekonania o tym, iż  prawdziwą przyjaźń można spotkać tylko na polu bitwy, choć i to nie zawsze, bo zaufanie to delikatna sprawa, jak wiadomo z tylu innych dzieł, nie tylko literackich, przedstawiających życie żołnierzy do wynajęcia. Nie jestem jednak przekonany, czy wymienione wyżej grupy społeczne zdecydują się poświęcić swój cenny czas na lekturę TOY WARS. Wątpię bowiem, by były one „targetem” autora. Jak sam bowiem wspomina – dość często! – w wywiadach, on chce być czytany przez biznesmenów w trakcie podróży i chce dać im poczucie przeżycia czegoś, o czym w głębi serca marzy każdy facet. I chyba z tego względu tematem wiodący jest seks, zabijanie i narkotyki.

Niestety, właśnie ów słynny odbiór grupy docelowej zaważył mocno nad tą powieścią. Wszyscy przyciągnięci sławą „Achai”, będą rozczarowani mocno. Jedyną wspólną rzeczą między tymi dwoma utworami jest obsadzenie kobiety w roli głównej bohaterki. Cała reszta to podrzędna próba napisania thrillera, gdzie próżno szukać nie tylko opisów przyrody, ale także dowodów na odczuwanie uczuć przez bohaterów. W dodatku postaci kobiece są opisane w tak szowinistyczny sposób, że autor powinien wystrzegać się spotkań z feministkami, choć wątpliwe, by TOY WARS stało się lekturą z zakresu gender studies. Całość zaś sprawia wrażenie skleconej na siłę opowieści, z której nic nie wynika. A przecież mogłoby być lepiej, nieprawdaż?