blogosfera

Blog wyłączy centralę?


Jakoś tak parę lat temu – dokładnie to osiem – profesor Czapliński napisał książkę pod tytułem Powrót centrali, w której opisał zjawisko opanowujące nasz rynek literacki. Poprzez snucie analogii z gospodarką centralnie sterowaną słusznie minionego ustroju przedstawił koniec krótkiego zachłyśnięcia się wolnością przez literacki światek na początku lat 90. i szybki powrót do dawnego stanu rzeczy, w której książki sprzedaje jedynie słuszna firma. Parę lat temu ta książka mnie poraziła, dziś postanowiłem ją wykorzystać do własnych niecnych celów. Moja wizja roztacza się na literackie sieciopisanie, w którym niewiele się dzieje bez zgody głównych graczy na rynku. Niewidzialna ręka trzyma mocno za gardło, nie pozwalając nie tylko pisać, ale nawet czytać. Wszak książki nie spadają z nieba, prawda? (więcej…)

Reklamy

Cokoły i pojedynki


Ostatni internetowy flejm, jaki wywołał Konrad T. Lewandowski, obfituje w prześmieszne i kuriozalne momenty. Argumenty jednej i drugiej strony są czasem prawdziwe, ale większość tak kuriozalna, że szkoda czasu na czytanie podobnych wynurzeń. Nie zamierzam więc cytować, opowiadać się po jakieś stronie czy agitować. Chcę za to niejako na marginesie przypomnieć o tym, o czym niewiele osób zdaje się w ogóle pamiętać. Za ten stan rzeczy odpowiada szkoła, brak powszechnej wiedzy o życiu literackim i ogólnym spadku kultury czytelniczej. Szkoła jest niereformowalna, kulturą zajmuje się pewna sieć handlowa, z wiadomym zresztą skutkiem. Pozostaje jedynie przypominać o czymś takim jak życie literackie właśnie. Skoro jednak to osławione życie literackie przeniosło się do rzeczywistości wirtualnej, warto przypomnieć o dwóch istotnych kwestiach w formie elektronicznej. Być może nawet ma to sens.

Wydaje mi się, że po pierwsze problem wyrasta z naszego poczucia ważności figury pisarza czy też, jak dawniej mawiano, literata. Wciąż jeszcze wielu ludzi w naszym kraju uważa, że twórca to właściwie z automatu wielki autorytet społeczny, moralny i w ogóle chodząca doskonałość. Wystarczy poczytać choćby Andrzeja Pilipiuka (felietony, nie prozę), by zobaczyć, że spustoszenie uczynione wielu pokoleniom Polaków przez umiejętną autoprezentację Henryka Sienkiewicza wcale nie zmalało. Podchodzimy nabożnie wręcz do tego czy innego stukacza w klawiaturę, nie myśląc wcale o tym, że nawet wśród autorów lektur szkolnych mamy naprawdę dziwnych osobników. Villon to złodziej i morderca, Dostojewski hazardzista, pijaków możemy liczyć na tuziny i kopy, samobójców, wariatów, degeneratów wszelkiej maści też jest sporo, kiedy się uważnie przyjrzeć biografiom. W szkole się przeważnie o tym milczy, dzieciom i młodzieży musi wystarczyć biograficzna laurka i solenne zapewnienie o tym, że „Słowacki wielkim poetą był”. No, jak był wielkim poetą (to prawda) to i wielkim człowiekiem. Tak wychowywane społeczeństwo nie pomyśli złego słowa o pisarzu. Co więcej, obruszy się okropnie w chwili, gdy z ust pisarza usłyszy swojskie: „wypierdalać”. Uszy i policzki spłoną rumieńcem, a z ust wydobędą się jedynie słowa świętego oburzenia. Im szybciej zaczniemy młodzieży wybijać z głów kryształowe postaci z cokołów, tym lepiej dla wszystkich będzie.

Punktem drugim jest stosunek pomiędzy twórcą a krytykiem. Pomińmy istotę sporu o to, czy blogerska brać pisze dobrze czy źle, choćby w sensie warsztatowym, nie tym subiektywnym i oceniającym. Dawniej były inne warunki, dziś każdy z dostępem do internetu może kreować się na osobę, która o literaturze może wydawać uprawnione sądy. I bronić się tym, że przecież opinia czy recenzja to subiektywna ocena produktu jakim jest książka. Idąc tym tropem mógłbym zostać krytykiem kulinarnym, choć o gotowaniu mam mierne pojęcie.

Do rzeczy jednak. Od zawsze istniała wojna pomiędzy tworzącymi artystami a oceniającymi ją osobami. Niekiedy dochodziło do pojedynków wręcz (choć przeważnie obie strony były zbyt pijane, by zafundować drugiej kontuzję lub śmierć). Wystarczy jednak sięgnąć po opisy rzeczywistości literackiego światka II RP by zauważyć, że dzisiejsze czasy są bardzo pod tym względem łagodne. Wystarczy poczytać trochę inwektywów w stronę Tuwima, Słonimskiego, Lechonia czy Boya, poczytać ich odpowiedzi, by ze zdumieniem skonstatować, że podobne dzisiejsze afery wzbudziłyby w wielkich naszej literatury jedynie pobłażliwy uśmiech. Kto nie wierzy, niech próbuje na własną rękę przekonać się, że fale nienawiści wcale nie wezbrały w tym kraju dopiero po podłączeniu wtyczki kabla łączącego nas z globalną wioską.

Głupota jest nieuleczalna, ale nikomu jej nie zarzucam. Merytoryczne przygotowanie autora serii kryminałów retro także nie budzi we mnie najmniejszej wątpliwości. Raczej winię ograniczenia wynikające z niewiedzy słynnych „gęsi” lub zwyczajnego lenistwa umysłowego, które każe wszystkim emocjonować się burzą w szklance wody, w dodatku wirtualną i bez znaczenia. Żeby się dobrze spierać o literaturę też trzeba mieć o niej jakieś pojęcie. Wówczas dopiero można toczyć pojedynki i zrzucać z cokołów. Wtedy to będzie huk. Wtedy to będzie się działo. Na razie naprawdę nie ma czym się emocjonować.

Widzą nas nieostro


Co to się dzieje, mainstreamowa prasa w postaci Gazety Wyborczej pochyliła się nad dolą polskiej blogosfery książkowej. Artykuł – jeśli można w ogóle użyć takiego odpowiedzialnego słowa na określenie zamieszczonego tekściku – obnaża polską prasę dnia dzisiejszego w dużo większym stopniu niż czyni blogowanie o książkach zrozumiałe dla szerokiej publiczności. Polska prasa kiepska jest, podobnie jak książkowa blogosfera. O tym właśnie możemy dowiedzieć się z tekstu prezentowanego na łamach. Jeśli tylko zastosujemy czytanie między wierszami, o co dziś jednak nieco trudniej niż lat temu trzydzieści. W domach już tego nie uczą, w szkole ciągle jeszcze chodzi tylko o zrozumienie klucza.

Tezy są tam dwie, jeśli dobrze zrozumiałem. Po pierwsze primo: z bloga wyżyć się nie da. Po drugie primo: blogi to w większości bełkot. Obie tezy uprawnione, obie zasadne. Na tej samej zasadzie jednak można wnioskować na podstawie wartości materiału dziennikarskiego, iż polskie dziennikarstwo to dno, a i wyżyć się z tego nie da. Prawda brutalna, ale dość logiczna, nawet dla mojego, dość odległego od nauk ścisłych umysłu. Zdrowy chłopski rozum wystarczy, nawet jeśli to dziś niepolitycznie mówić o płci mózgu i niemodnie o własnym pochodzeniu społecznym.

Prawda – jak zawsze zresztą – leży po środku. Gwiazdy blogerskiego półświatka lśnią coraz bardziej, monetyzując (wzorem jednego pana co założył portal społecznościowy i przy okazji spopularyzował nowe słowo) własną popularność. Inni piszą tylko o tym, co nowe i modne, chwaląc głośno grafomomańskie gnioty, bo ze współpracy z wydawnictwami lub pisarzami można uzyskać rozgłos, a ten będzie można zmonetyzować. Są też recenzje w stylu tych prezentowanych przez pismo „Fan Book”, gdzie trzynastoletni bloger może zjechać w pięciu zdaniach „Legendę o Rolandzie” czy innych „Krzyżaków” bez poczucia zagrożenia ze strony nauczycielki polskiego i z poczuciem pęczniejącej dumy uzyskania wydruku tekstu. I tak dalej i tak dalej.

Wielka, wielka krzywda została – nie po raz pierwszy zresztą – wyrządzona wszystkim tym, którzy piszą o książkach z jednego prozaicznego powodu: z głupiej i naiwnej, bo zupełnie bezinteresownej,  miłości do książek. To oni i one, napędzani pospołu miłością i pasją, tworzą rzeczy, które warto czytać. W zalewie tandety i marketingowych sztuczek giną, a przecież są solą tej wirtualnej ziemi, na której opierają się wszyscy czytelnicy książek.

Warto zatem pisać, nawet jeśli piszecie takie mało skomplikowane noty (a właściwie, jak w moim przypadku, notki), co pokazują miłość do książek. Wszak jeśli wierzyć wielu mądrym ludziom, miłość wszystko zwycięży. Nawet monetyzację.

 

P.S. Jak ktoś musi czytać poważniej o temacie, to można tutaj się sporo dowiedzieć: http://czytambomusze.pl/z-czym-do-ludzi-czyli-co-nieco-o-pisaniu/

 

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę


Książka sprzed paru lat o internecie? Przecież drukowane słowo o sieci jest przestarzałe w chwili druku, tak się przynajmniej wydaje dominującej większości. Sęk w tym, że nawet przebrzmiałe rzeczy warto znać, tak jak warto czytać antyczne czy elżbietańskie dramaty. Choćby po to, by sprawdzić, czy obawy autora Kultu amatora się sprawdziły. Albo po prostu dlatego, by lepiej zrozumieć otaczający nas świat.

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

W pewnym sensie jestem podobny do autora. Od wielkiego entuzjazmu wobec sieci przechodzę do coraz większego sceptycyzmu. Po kolei jednak. Był chyba rok 2003 kiedy uznałem, że sieć wreszcie jest tym, czego od niej oczekuję. Nadal czytałem rzeczy drukowane na papierze, ale większość wiedzy znajdowałem w internecie. Zajmowałem się wówczas głównie muzyką, szukałem materiałów, a tych w języku polskim jakoś żałośnie mało. Mogłem jednak porozmawiać o jakieś zapomnianej krautrockowej płycie z podobnym do siebie entuzjastą tej muzyki i nie miało znaczenia, że pisał do mnie z Bilbao i była druga nad ranem. Pogadaliśmy jak kumple, wszak znających tę akurat grupę na pewno liczy się w dziesiątki. Było fajnie, tym bardziej że mogliśmy się powymieniać nie tylko informacjami, ale i samą muzyką. Kilka lat później – przyśpieszenie łącz – zająłem się filmami, przekonałem się także do większej ilości czytania na ekranie. Miałem już właściwie nieograniczony dostęp do kultury. Wszystko dzięki sieci.

Powoli mijał czas, a może pędził? Co z tego, że dziesiątki tysięcy płyt i filmów mam na wyciągnięcie ręki, skoro i tak nie mam czasu ich przesłuchać/obejrzeć, nie mówiąc już o jakimś przemyśleniu, przeżyciu może? Komplikacje wynikające z nadmiaru zaczęły mi ciążyć na tyle, że w gruncie rzeczy słucham i oglądam coraz mniej. Paradoks nadmiaru, klęska dobrobytu.

Może już wystarczy tych dygresji i wycieczek osobistych. Keen napisał książkę w 2007 roku, czyli w czasach kiedy w Polsce królowała nasza klasa. Wieki temu – patrząc z perspektywy prędkości płynięcia technologicznego czasu – ubolewał nad tym, że zamykano największy sklep płytowy na świecie. Teoretycznie oczywiście mamy zakupy w Amazonie, ale czy to jest do końca to samo? Autor przekonuje, że nie, bo recenzje z witryny są często żałośnie słabe i nie zastąpią wykwalifikowanego sprzedawcy, znającego się na muzyce. Algorytmy podpowiedzi też nie służą niczemu innemu niż zarabianiu pieniędzy przez właścicieli firmy, nie mówią przecież o tym, co wartościowe, a jedynie „podobne”. Coraz mniejsza szansa na to, że nagle znajdziemy coś zupełnie zaskakującego, coś zupełnie nowego. Wszak algorytm nigdy się nie myli.

Proroctwa Keena można traktować z przymrużeniem oka, można się nawet z nich śmiać. Jeśli jednak popatrzymy na poziom naszych mediów, zwłaszcza elektronicznych, znajdziemy się w pewnej chwili dość zdezorientowani. Nie ma już przecież jakości, jest tylko szybkość. Nie ma czasu na sprawdzanie informacji, zatem co chwilę słyszymy plotki o śmierci znanych ludzi na przykład. Uśmierca się niemal masowo, ale w powodzi innych bredni nikt nie jest w stanie i tak tego zrozumieć. Media umierają – częściowo na swoje własne życzenie, to prawda – ale nikogo żadna już śmierć nie szokuje. Wszak oglądamy jej codziennie tyle, że zdążyła spowszednieć.

Popatrzmy przy okazji na niszę, jaką jest literatura. Wydawałoby się, że czytanie staje się luksusem, a zajmowanie literaturą czymś na kształt misji. Okazuje się jednak, że nie trzeba pisać z sensem czy znastwem, trzeba zaś robić konkursy, wyzwania i stosiki. Trzeba też pisać tylko o tym, co modne, co aktualne, co można znaleźć na liście bestsellerów pewnej sieci, która już nie jest „pełna kultury”, bo jest pełna wszystkiego. Można (trzeba?) też pisać „recenzje” jednozdaniowe, najlepiej w rodzaju „trudno się oderwać, szybko się czyta”. Wszak szybkość jest tu najważniejsza.

Czy to się nam podoba czy nie, proroctwo Keena stało się ciałem. Od zawsze tłuszcza wyznaczała trendy i standardy, ale świat kultury nieco ambitniejszej potrafił się nieco odgrodzić, unieść nos wyżej. Dziś nie ma takiej możliwości, udawana niby-demokracja sieci sprawiła, że wszyscy jesteśmy równi. A także zabiegani, jeśli nie fizycznie to na pewno umysłowo. Być może jednak warto poświęcić wieczór archaicznej książeczce o sieci, która nas oplata. Tylko dlatego, że to książka o nas samych po prostu.

Czy tylko bloger głodny jest wiarygodny?


Jest takie powiedzenie, które głosi, że „tylko artysta głodny jest wiarygodny”. Czytanie blogów – nie tylko książkowych zresztą – pozostawia mi to ciągle w pamięci. Odkąd okazało się, że bycie postacią blogującą można przekuć na brzęczącą monetę, coraz bardziej. Profesjonalizacja, recenzenctwo, kryptoreklama i otwarte nawoływanie do kupowania sprawiły, że blogi stały się zwyczajnie nudne. Coraz częściej wieje sztampą, coraz częściej recenzja jakiegoś produktu przypomina opis producencki, do którego ktoś czasem dodał emotikony, by było bardziej zrozumiale i by wyglądało na autentyczny opis przeżyć towarzyszący używaniu jakiegoś produktu (kremu, telefonu, książki, płyty – niepotrzebne skreślić). Gdzieś w tym wszystkim zniknęła pasja, która napędzała ludzi. Jeśli wyznacznikami popularności blogów są częściej konkursy lub rozmowy z twórcami, gdzie zestaw pytań jest właściwie standardowy, to chyba jednak nie w tę stronę idziemy.

Nie mam zamiaru krytykować nikogo za „komercję”, bo nie mam już 17 lat i nie przesiaduję na koncertach niezależnych kapel, których dziś nikt nie pamięta. Lubię jednak mieć świadomość tego, co czytam. Jeśli zatem mam zamieszczone info, że książka została przeczytana „dzięki uprzejmości”, to przynajmniej czuję się poinformowany. A na tym przecież także polega krytyka, jest to jedna z jej funkcji. Chyba, że blog to nie krytyka, a tablica ogłoszeń. W takim wypadku może faktycznie za dużo mi się wydaje lub też nie rozumiem już sieci.

Co zaś do odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. Mimo wszystko wierzę, że jednak „bloger dobry jest wiarygodny” (dotyczy oczywiście obu płci, ale żeńskie końcówki nie mają tego słabego rymu;) Jeśli ktoś pisze dobrze, to jest wiarygodny. Niezależnie od tego, czy „współpracuje” z wydawnictwem czy jedynie recenzuje książki, które lubi bądź nie. Wierzę też, że powoli kurz nie do końca dobrze pojętej przez obie strony współpracy opadnie i zostaną rzeczy naprawdę wartościowe. Pisanie o książkach to przecież aktywne czytanie, prawda?

Wiosenne porządki


Sobotni poranek w kwietniu, tydzień do Wielkanocy. Wypadałoby zająć się porządkami, zatem robię. Co chyba można zauważyć, bo to spore zmiany.

Przede wszystkim – Facebook. Podobno, jeśli czegoś nie ma w Google, to dana rzecz nie istnieje. Z Facebookiem jest nawet gorzej – możesz sobie istnieć, a i tak nikt Cię nie zauważy, bo nie promujesz się tam, gdzie wszyscy. Niezależnie od tego, co kto myśli, jeśli chce być czytany/czytana, musi poświęcić trochę czasu na zbudowanie bazy oddanych czytelników (nie fanów, na miłość boską, nie jestem celebrytą z Pudelka). Ma to też i tę zaletę, że się sprawdzi w krótkiej formie. Nie zawsze jest czas, by opisać wszystkie książki. A tu można napisać 3-4 zdania i gotowe. Tym samym częściej dać znać, że się istnieje, nawet jeśli to istnienie polega na przeżywaniu cudzych żyć na papierze.

Druga zmiana to Goodreads. Jestem tam od lat, uzupełniam profil zrywami, ale i tak warto. Głównie ze względu na to, że czasem zdarza mi się czytać książki, jakich nie ma w naszym pięknym kraju. No i pisać o nich można też krótko;) Co, oczywiście, będzie się działo.

Być może za czas jakiś kanałów pojawi się więcej, na razie jednak wystarczy. Wszak wiosenne porządki trzeba robić nie tylko wirtualnie.

Wspieraj swoją bibliotekę


Czytam tak sobie te liczne i przeróżne książkowe blogi i jednym z częstszych coraz bardziej tematów jest pisanie blogerskiej braci o tym,  że nie ma już miejsca na książki. Mam podobny problem, ale znalazłem rozwiązanie, którego próżno raczej szukać w sieci, przynajmniej ja nie natknąłem się na taki pomysł. Nie, żebym się jakoś szczególnie upierał przy prawach autorskich, ale mam wrażenie, że chyba nikt jeszcze nie wspominał o tym.

Książki, które w ten czy inny sposób dostajemy – bo nie ukrywam, że głównie o te pozycje chodzi – nie zawsze jakoś tam nam pasują. W efekcie kończy się na próbach handlu w sieci, ewentualnie jakichś tam wymianach pomiędzy innymi maniakami i maniaczkami zadrukowanych kartek papieru. Brakuje mi w tym wszystkim podejścia bardziej wspólnotowego, obywatelskiego. Książka, co widać w blogosferze bardzo wyraźnie, stała się jedynie towarem, na którym można zarobić. I wiele osób chce to zrobić. Dla mnie osobiście nie ma to większego znaczenia, nie traktuję bloga jako inwestycji w przyszłość, która zapewni mi pracę i willę z basenem. Nie potępiam jednak tych, którzy myślą inaczej. Byłoby strasznie nudno, gdyby wszyscy myśleli tak samo.

Kiedy byłem jeszcze w szkole podstawowej, policyjne radiowozy, pochodzące jeszcze z darów niemieckich podatników, zaczęły się pojawiać z takimi nalepkami „Popieraj swoją policję”. Hasło był żywcem zerżnięte z amerykańskich akcji ocieplających wizerunek sił prawa i porządku. Wszyscy się z tego śmiali, więc akcję dość szybko zarzucono. Przypomniało mi się o tym właśnie w związku z książkami. Przecież te niechciane już książki można ofiarować swojej – lub po prostu najbliższej – bibliotece publicznej. Od lat niedoinwestowane, podupadające biblioteki – te, które ocalały z pogromów cięć kolejnych rządów i samorządów – dla wielu są jednak jedynymi źródłami literatury. W proponowany przeze mnie sposób osiągnąć można cel, któremu chyba blogi o książkach służą, a mianowicie popularyzację czytelnictwa. Prawda, że taki właśnie mamy cel, droga blogerska braci?