blogi

Blog wyłączy centralę?


Jakoś tak parę lat temu – dokładnie to osiem – profesor Czapliński napisał książkę pod tytułem Powrót centrali, w której opisał zjawisko opanowujące nasz rynek literacki. Poprzez snucie analogii z gospodarką centralnie sterowaną słusznie minionego ustroju przedstawił koniec krótkiego zachłyśnięcia się wolnością przez literacki światek na początku lat 90. i szybki powrót do dawnego stanu rzeczy, w której książki sprzedaje jedynie słuszna firma. Parę lat temu ta książka mnie poraziła, dziś postanowiłem ją wykorzystać do własnych niecnych celów. Moja wizja roztacza się na literackie sieciopisanie, w którym niewiele się dzieje bez zgody głównych graczy na rynku. Niewidzialna ręka trzyma mocno za gardło, nie pozwalając nie tylko pisać, ale nawet czytać. Wszak książki nie spadają z nieba, prawda? (więcej…)

Reklamy

Jak nie pisać o książkach


Od czasu do czasu pojawiają się takie wpisy, co uczą pisania. Efekt takiej nauki jest podobny do efektu, jaki otrzymuje większość ludzi po kursach pisania kreatywnego. Niby można to czytać, ale przypomina to raczej jedzenie czerstwego pieczywa. Zęby bolą, przyjemność żadna. Dlaczego? Bo posiadanie wiedzy w punktach nie ma się nijak do tego, o co chodzi w literaturze.

Jak wygląda typowa recenzja? Teoretycznie wszyscy wiedzą, wszak szkoła uczy. Uczy także wielu innych rzeczy, a skutki tejże nauki widać gołym okiem. Poza tym trzymanie się szkolnej definicji w punktach niesie ze sobą pewne zagrożenie. Podobnie jak z przepisem na ciasto drożdżowe. Pozornie proste w składnikach,  często nie wyrasta w ogóle na samym końcu. Dlatego też kilka punktów, których nie znajdziecie nigdzie indziej:

1. Streszczenie fabuły to nie recenzja. Niby oczywiste, a i tak większość tekstów jest o tym, kto z kim i dlaczego. Jak ktoś lubi czytać bryki zamiast oryginału, to w porządku, ale nie udawajmy, że piszemy o książce.

2. Kto to napisał? Notka o autorze w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, w internetowym opisie książki ma mniej więcej taki sens jak siadanie gołą pupą na rozgrzanej blasze. Można przecież zalinkować biogram autora z wydawnictwa, wikipedii czy facebookowego fan page’a. Sieć polega na linkowaniu od zawsze, ostatnio jakoś zupełnie zanika ta funkcja.

3.Ramy gatunku. Tutaj podobnie jak wyżej. Można poeksperymentować, nawet jeśli powieść jest jakąś tam kombinacją. O tym pisać można, ale po co, skoro inni zrobili to wcześniej, a niektórzy nawet i lepiej? Choć owszem, można dać do zrozumienia, że coś się wie, byleby rozsądnie.

4. Wrażenia czytelnicze. Recenzja książki jest opisem wrażeń, ale bez przesady. Podobało się lub nie, to jedna rzecz. Ale dlaczego się podobało, to już „insza inszość”. Argumentacja jest niezbędna, choćby po to, by ktoś mógł nas zrozumieć.

5. Banał i komunał. Z punktem poprzednim wiąże się ten. Co to znaczy, że książka „czyta się szybko”? Czemuż to „nie można przejść obok niej obojętnie”? Komunał jest zbrodnią, bo pisanie o literaturze – nawet jeśli to jest kolejna książka Olgi Rudnickiej – wymaga choć odrobiny znajomości języka. Nie chodzi tu tylko o ortograficzne koszmary, ale właśnie o wiedzę o tym, co wypada a co nie w używaniu pewnych słów i zwrotów. Jak czytam, że ktoś „wziął nogi za pas i dał radę przeczytać do końca książkę”, to sam biorę nogi za pas i uciekam od takich wspaniałych recenzji.

Jak więc pisać? Hm, ta notka nie jest właściwie o tym. Poważnie zaś – czytać, czytać, czytać. Choćby i to, co ukazuje się w prasie drukowanej. Mimo wszystko, tam pisze się jeszcze z jakimś doświadczeniem, a czasem nawet talentem. Poza tym – pisać, pisać, pisać. Tylko tak można zrzucić kierat, w który wtłoczyła nas szkoła, ucząc pisania recenzji.

Czy tylko bloger głodny jest wiarygodny?


Jest takie powiedzenie, które głosi, że „tylko artysta głodny jest wiarygodny”. Czytanie blogów – nie tylko książkowych zresztą – pozostawia mi to ciągle w pamięci. Odkąd okazało się, że bycie postacią blogującą można przekuć na brzęczącą monetę, coraz bardziej. Profesjonalizacja, recenzenctwo, kryptoreklama i otwarte nawoływanie do kupowania sprawiły, że blogi stały się zwyczajnie nudne. Coraz częściej wieje sztampą, coraz częściej recenzja jakiegoś produktu przypomina opis producencki, do którego ktoś czasem dodał emotikony, by było bardziej zrozumiale i by wyglądało na autentyczny opis przeżyć towarzyszący używaniu jakiegoś produktu (kremu, telefonu, książki, płyty – niepotrzebne skreślić). Gdzieś w tym wszystkim zniknęła pasja, która napędzała ludzi. Jeśli wyznacznikami popularności blogów są częściej konkursy lub rozmowy z twórcami, gdzie zestaw pytań jest właściwie standardowy, to chyba jednak nie w tę stronę idziemy.

Nie mam zamiaru krytykować nikogo za „komercję”, bo nie mam już 17 lat i nie przesiaduję na koncertach niezależnych kapel, których dziś nikt nie pamięta. Lubię jednak mieć świadomość tego, co czytam. Jeśli zatem mam zamieszczone info, że książka została przeczytana „dzięki uprzejmości”, to przynajmniej czuję się poinformowany. A na tym przecież także polega krytyka, jest to jedna z jej funkcji. Chyba, że blog to nie krytyka, a tablica ogłoszeń. W takim wypadku może faktycznie za dużo mi się wydaje lub też nie rozumiem już sieci.

Co zaś do odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. Mimo wszystko wierzę, że jednak „bloger dobry jest wiarygodny” (dotyczy oczywiście obu płci, ale żeńskie końcówki nie mają tego słabego rymu;) Jeśli ktoś pisze dobrze, to jest wiarygodny. Niezależnie od tego, czy „współpracuje” z wydawnictwem czy jedynie recenzuje książki, które lubi bądź nie. Wierzę też, że powoli kurz nie do końca dobrze pojętej przez obie strony współpracy opadnie i zostaną rzeczy naprawdę wartościowe. Pisanie o książkach to przecież aktywne czytanie, prawda?

Jak pisać?


Pierwsze dni listopada nastrajają do głębszych refleksji. Mi też nie udało się od tego uciec. Myślałem o wielu poważnych sprawach, także i o tym, jak pisać dziś o literaturze. A dokładniej – jak pisać, by być czytanym? Wszak o to nam wszystkim chodzi.

Dyskusja na ten temat nie jest niczym nowym, pojawia się od czasu do czasu tu i ówdzie. Z grubsza można chyba wyodrębnić dwa główne obozy. Jedni są wierni dawnemu stylowi i piszą rozwlekłe recenzje, w których obowiązkowo musi się znaleźć mniej lub bardziej szczegółowa informacja o autorze, szczegółowa analiza treści książki i umiejscowienie jej na mapie gatunku. Drudzy – i tych znacznie więcej wydaje się być na blogach właśnie – skupiają się na krótszych formach, w których dominuje coś w rodzaju streszczenia fabuły i garści osobistych wrażeń, nie mających zazwyczaj wiele wspólnego z akademicką wiedzą o literaturze. Oba obozy istnieją i mają swych przeciwników w głębokiej pogardzie. Czy jednak takie rozgraniczanie ma jakiś większy sens w 2013 roku?

Mam różne doświadczenia, pisuję w różnych miejscach i formach. Zawsze staram się po prostu dotrzeć do odbiorcy. Czym innym zatem będzie mój tekst na blogu, czym innym zaś recenzja „papierowa”, opublikowana w czasopiśmie kulturalnym. Piszę do innych osób, więc piszę inaczej. Podobnie jest w życiu – inaczej rozmawiam z kumplami, inaczej z przełożonymi, jeszcze inaczej z moim synem w wieku przedszkolnym. Moim zdaniem dopasowanie do odbiorcy ma duże znaczenie dla powodzenia komunikacji. Dlatego na blogu staram się pisać zwięźle, choć w tej zwięzłości chcę – co oczywiście nie zawsze mi wychodzi – zawrzeć jakąś istotną myśl, która powie coś o opisywanej książce.

Oczywiście, można się spierać, czy to autorzy powinni równać (w domyśle – w dół) do swych odbiorców czy też może jednak próbować ich edukować, jak to bywało jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Moim zdaniem trzeba przede wszystkim być słyszalnym i rozumianym, potem można zajmować się popularyzacją literatury. Zresztą, czyż nawet najsłabsza pisanina nie jest ową popularyzacją? W końcu wiele blogowych wpisów, mało być może mających wspólnego z akademicką wiedzą o literaturze sprawiło, że ich czytelnicy sięgnęli po omawiane utwory. I to uważam za zaletę, nie wadę.

Ciekawi mnie wasze zdanie, bo z dotychczasowej praktyki wiem, że ile autorów i autorek blogów tyle różnych podejść do tematu.