blogi książkowe

Blog wyłączy centralę?


Jakoś tak parę lat temu – dokładnie to osiem – profesor Czapliński napisał książkę pod tytułem Powrót centrali, w której opisał zjawisko opanowujące nasz rynek literacki. Poprzez snucie analogii z gospodarką centralnie sterowaną słusznie minionego ustroju przedstawił koniec krótkiego zachłyśnięcia się wolnością przez literacki światek na początku lat 90. i szybki powrót do dawnego stanu rzeczy, w której książki sprzedaje jedynie słuszna firma. Parę lat temu ta książka mnie poraziła, dziś postanowiłem ją wykorzystać do własnych niecnych celów. Moja wizja roztacza się na literackie sieciopisanie, w którym niewiele się dzieje bez zgody głównych graczy na rynku. Niewidzialna ręka trzyma mocno za gardło, nie pozwalając nie tylko pisać, ale nawet czytać. Wszak książki nie spadają z nieba, prawda? (więcej…)

Reklamy

Wiosenne porządki


Sobotni poranek w kwietniu, tydzień do Wielkanocy. Wypadałoby zająć się porządkami, zatem robię. Co chyba można zauważyć, bo to spore zmiany.

Przede wszystkim – Facebook. Podobno, jeśli czegoś nie ma w Google, to dana rzecz nie istnieje. Z Facebookiem jest nawet gorzej – możesz sobie istnieć, a i tak nikt Cię nie zauważy, bo nie promujesz się tam, gdzie wszyscy. Niezależnie od tego, co kto myśli, jeśli chce być czytany/czytana, musi poświęcić trochę czasu na zbudowanie bazy oddanych czytelników (nie fanów, na miłość boską, nie jestem celebrytą z Pudelka). Ma to też i tę zaletę, że się sprawdzi w krótkiej formie. Nie zawsze jest czas, by opisać wszystkie książki. A tu można napisać 3-4 zdania i gotowe. Tym samym częściej dać znać, że się istnieje, nawet jeśli to istnienie polega na przeżywaniu cudzych żyć na papierze.

Druga zmiana to Goodreads. Jestem tam od lat, uzupełniam profil zrywami, ale i tak warto. Głównie ze względu na to, że czasem zdarza mi się czytać książki, jakich nie ma w naszym pięknym kraju. No i pisać o nich można też krótko;) Co, oczywiście, będzie się działo.

Być może za czas jakiś kanałów pojawi się więcej, na razie jednak wystarczy. Wszak wiosenne porządki trzeba robić nie tylko wirtualnie.

Darren Rowse, Chris Garrett, Problogger


Mam pewien problem związany z czytaniem książek o tym, co dzieje się w sieci. Większość z nich wychodzi już jakby po fakcie, spóźniona właściwie w momencie druku. Inna część zajmuje się opisami wielkich kampanii reklamowych w korporacjach o wielomilionowych budżetach. W gruncie rzeczy obie opcje są mało przydatne do zrozumienia tego, co się dzieje. Podobne wrażenia mam po lekturze książki Problogger. Jak czerpać zyski ze swojego bloga. Czyta się to świetnie, ale na dobrą sprawę nauczyć się można raczej mało. Niemniej jednak czas jej poświęcony nie uważam za całkowicie stracony.

pobraneAutorzy – Darren Rowse i Chris Garrett – sami są blogerami. Nie tylko piszą blogi (odpowiednio: Problogger.com i chrisg.com), oni zarabiają na nich setki tysięcy dolarów rocznie. Próbują się podzielić swoim sukcesem, opisując krok po kroku własną żmudną drogę do bycia zawodowym blogerem, zarabiającym na swojej pasji. Obaj panowie przedstawiają swoją własną drogę do sukcesu, co nie powinno dziwić, bo w tym mają doświadczenie i mogą się nim podzielić. Kłopot w tym, że działają w angielskojęzycznym internecie, głównie rzecz jasna tym amerykańskim. A ma się on tak do naszego jak nasz poczciwy maluch do któregoś z krążowników szos. I nie chodzi tu tylko o prędkość. Zasięg też, a on jest przecież najważniejszy z punktu widzenia zarabiania na blogu. Więcej odsłon to większe wpływy z reklam, prawda? U nas, gdzie zarabianie na blogach dotyczy głównie szeroko pojętego lifestyle’u (przecież nie blogów o książkach, prawda?), nie ma aż tak wielkich możliwości. A i reklamodawcy po pierwszej bańce blogerskiej są już ostrożniejsi.

Czytelnik zostanie przeprowadzony przez wszystkie stadia tworzenia bloga, który może odnieść sukces. Począwszy od wyboru tematu i platformy poprzez wskazówki dotyczące pisania i strategii marketingowych aż po próby wyceny i sprzedaży bloga przynoszącego zyski. Jest tu teoretycznie wszystko. I w tym jest właśnie problem – teoretycznie. Praktyka nie raz już przegoniła tę teorię.

Popatrzmy choćby na same blogi książkowe. Zdecydowana większość (jeśli nie wszystkie) stosują wszystko to, o czym piszą Rowse i Garret. Wynajdywanie nisz? Proszę bardzo – jak choćby blog o dystopiach, który osobiście bardzo cenię. Obecność w społecznościówkach? Wszyscy od dawna już tam są, niejednokrotnie zresztą wykorzystując niektóre z nich jako samo medium, na przykład vlogując o książkach na YouTube. Konkursy? Zbyt wiele by wymieniać, łatwiej dziś chyba znaleźć blog książkowy bez konkursów. Wpisy aktywizujące czytelników? Wyzwań książkowych tyle, że właściwie trudno byłoby znaleźć czas, by we wszystkich wziąć udział. Reklamy i współpraca? Też jest. Kto prowadzi swojego bloga jakiś czas, nie znajdzie wielu nowych pomysłów na poprawienie swojej pozycji. W tej materii książka przedstawia największą wartość dla osób początkujących, choć ci bardziej zaawansowani mogą odnieść pewien pożytek z uporządkowania swojej wiedzy.

Warto jednak książkę Problogger przeczytać, nawet jeśli się nie jest osobą początkującą w blogosferze. Nie tylko po to, by poznać sekret zarabiania sporych pieniędzy na swojej pasji. Wręcz przeciwnie nawet. Książkę trzeba przeczytać po to, by zrozumieć, jak ciężką i żmudną pracą jest pisanie bloga. I jak niewiele osób może odnieść w niej sukces. Nie tylko finansowy, jeśli już o to chodzi.