biblioteki

Siłaczki i syzyfi


Ktoś jeszcze pamięta taką niewielką książeczkę zatytułowaną „Siłaczka”, której autorem był Stefan Żeromski? To dość smutna historia Stanisławy Bozowskiej, która uczyła dzieci na wsi, żyjąc i umierając w biedzie. To także jeden z najsilniejszych w swej wymowie przejawów „żeromszczyzny”, czyli wspominanego w noweli „społecznikostwa”. Przyszła mi na myśl dziś, w Dzień Bibliotekarzy i Bibliotek.

W naszym kraju Anno Domini 2014 zostać pracownikiem biblioteki to po prostu szczyt odwagi. Pracować w miejscu, którego przyszłość zależna jest od corocznego nastroju władz samorządowych, na pewno nie jest łatwo. Pracować w miejscu, co do którego celowości istnienia wątpliwości ma minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, to już ułańska fantazja. Albo po prostu owo społecznikostwo, w którym nie ma miejsca na kunktatorstwo, a jest pasja i poświęcenie. Bo przecież nie pieniądze czy choćby szacunek społeczny. Owszem, są wielkie i znane placówki, jak choćby biblioteki uniwersyteckie, ale w większości przypadków są to przecież małe filie w niewielkich miejscowościach, z symbolicznym budżetem i równie symbolicznymi warunkami do pracy. Najczęściej sprowadzone do wypożyczania lektur szkolnych i obsługiwania kilkorga pasjonatów. Nie licząc na podwyżkę, uznanie czy choćby wdzięczność tych, na rzecz których się pracuje, tysiące pań i panów codziennie próbują zrobić coś, co zakrawa na cud. I przeważnie im się udaje. Choć ich liczba coraz mniejsza:

I dlatego jestem pełen szacunku. Nie tylko 8 maja. Każdego dnia.

Reklamy

Wspieraj swoją bibliotekę


Czytam tak sobie te liczne i przeróżne książkowe blogi i jednym z częstszych coraz bardziej tematów jest pisanie blogerskiej braci o tym,  że nie ma już miejsca na książki. Mam podobny problem, ale znalazłem rozwiązanie, którego próżno raczej szukać w sieci, przynajmniej ja nie natknąłem się na taki pomysł. Nie, żebym się jakoś szczególnie upierał przy prawach autorskich, ale mam wrażenie, że chyba nikt jeszcze nie wspominał o tym.

Książki, które w ten czy inny sposób dostajemy – bo nie ukrywam, że głównie o te pozycje chodzi – nie zawsze jakoś tam nam pasują. W efekcie kończy się na próbach handlu w sieci, ewentualnie jakichś tam wymianach pomiędzy innymi maniakami i maniaczkami zadrukowanych kartek papieru. Brakuje mi w tym wszystkim podejścia bardziej wspólnotowego, obywatelskiego. Książka, co widać w blogosferze bardzo wyraźnie, stała się jedynie towarem, na którym można zarobić. I wiele osób chce to zrobić. Dla mnie osobiście nie ma to większego znaczenia, nie traktuję bloga jako inwestycji w przyszłość, która zapewni mi pracę i willę z basenem. Nie potępiam jednak tych, którzy myślą inaczej. Byłoby strasznie nudno, gdyby wszyscy myśleli tak samo.

Kiedy byłem jeszcze w szkole podstawowej, policyjne radiowozy, pochodzące jeszcze z darów niemieckich podatników, zaczęły się pojawiać z takimi nalepkami „Popieraj swoją policję”. Hasło był żywcem zerżnięte z amerykańskich akcji ocieplających wizerunek sił prawa i porządku. Wszyscy się z tego śmiali, więc akcję dość szybko zarzucono. Przypomniało mi się o tym właśnie w związku z książkami. Przecież te niechciane już książki można ofiarować swojej – lub po prostu najbliższej – bibliotece publicznej. Od lat niedoinwestowane, podupadające biblioteki – te, które ocalały z pogromów cięć kolejnych rządów i samorządów – dla wielu są jednak jedynymi źródłami literatury. W proponowany przeze mnie sposób osiągnąć można cel, któremu chyba blogi o książkach służą, a mianowicie popularyzację czytelnictwa. Prawda, że taki właśnie mamy cel, droga blogerska braci?