Uncategorized

Marcin Ciszewski, Piotr Liedel, Gliniarz


My, czytelnicy, mamy taką dziwną właściwość, nasiloną zwłaszcza w ciągu ostatniego wieku – lubimy podglądać cudze życia. O ile wcześniej zachwycaliśmy się wspaniałymi baśniami zaludnionymi przez różnorodne stwory, dziś potrzebujemy literatury faktu. Dyskusję na temat tego, czym jest (jeżeli jest) fakt, pozostawmy lepiej filozofom. W te nasze potrzeby wpisuje się coraz większa liczba autorów i autorek. Nie inaczej jest z książką sygnowaną przez byłego policjanta Piotra Liedela i pisarza Marcina Ciszewskiego, zatytułowaną jakże oczywiście Gliniarz. (więcej…)

Reklamy

Nick Montfort, Zegar światowy


Znacie prawo Lema? Głosi ono, że nikt już nie czyta, a nawet jak czyta, to nie rozumie, nawet zaś jeśli coś zrozumie, to i tak zapomina. W roku 2014 prawo to zostaje jednym z podstaw naszej rzeczywistości. Analizy zmieniły się w informacje, a informacje zastąpione zostały statusami i żółtymi paskami na dole ekranu. W tym wszystkim słów jest takie mnóstwo, że trudno je wszystkie zapamiętać. Klęska dobrobytu osiągnęła swój kulminacyjny poziom. Kto by chciał – lub mógł – czytać grube powieści realistyczne? I czy taką powieścią można jeszcze w ogóle opowiedzieć świat? Zegar światowyNicka Montforta przekonuje, że można to zrobić, trzeba tylko spełnić pewne warunki.

Nick Montfort, Zegar światowy

Nick Montfort, Zegar światowy

Powieść to dziwna, trudna, niełatwa w odbiorze. Zainspirowana pomysłem Stanisława Lema, który opublikował przed trzydziestu laty recenzję zmyślonej powieści, przedstawia życie bohaterów w jednej minucie. Wygenerowana za pomocą programu komputerowego przyporządkowującemu miejsce i czas do wybieranego losowo zbioru imion męskich i żeńskich, łącząc je dodatkowo z opisami czynności czytania i następującej po niej reakcji, również przy pomocy losowo dobranych słów z wybranego przez autora-programistę zbioru. W efekcie powieść składa się z setek tego typu opisów, będących czymś w rodzaju streszczenia uchwyconych chwil. Każdy akapit jest osobną historią, a jednak mają one ze sobą wiele wspólnego. Tak wiele, że lektura przypomina bardzo monotonną wyliczankę.

Życie składa się z krótkotrwałych momentów zwanych chwilami. Niektóre z nich mogą być szczęśliwe lub przełomowe, tak uczy nas historia. Prawdą niewątpliwie jest jednak i to, że ogromna większość chwil naszego życia jest zupełnie pozbawiona znaczenia. Żyjemy w pewnym schemacie, osobnym dla każdego jedynie w ramach wąskiego zbioru możliwości wyboru. Budzimy się, myjemy, ubieramy, pijemy kawę, wychodzimy do pracy i tak dalej, i tak dalej. W tym sensie Zegar światowy to książka bardzo dobra, pokazująca prawdziwe oblicze życia. Jeśli kiedyś twórcy literatury skupieni byli na pokazywaniu przełomowych chwil, zmian charakteru swoich bohaterów, tak dziś zdaje się nie mieć to większego znaczenia. Przypominam – prawo Lema obowiązuje z całą surowością.

Czy zatem dziś, gdy ludzkość została tak okablowana – dosłownie i w przenośni – nowoczesną technologią, wybór języka programowania nie jest najlepszym wyborem przy próbie opisu rzeczywistości? Pytanie to zresztą jest chyba retoryczne. Marshall McLuhan, prorok tej technologicznej rewolucji, najbardziej zasłynął stwierdzeniem tyleż prostym co błyskotliwym: „środek przekazu sam jest przekazem”. Montfort doskonale to rozumie i stąd wynika wybór drogi, jaką jego zdaniem powinna podążać literatura. Większość z nas, korzystających na co dzień z komputerów i smartfonów nie myśli w ogóle o tym, że wyświetlane obrazy to zbiory zer i jedynek. Nie przeszkadza nam to jednak w traktowaniu wirtualnego świata jako tożsamego z tym realnym. Piszemy swoje teksty i statusy stukając w klawiatury i ekrany, odręczne pisanie coraz mocniej ignorując. Całkiem możliwe, że w niedalekiej przyszłości w ogóle zapomnimy o tej formie pisemnej wypowiedzi.

Nowatorstwo podejścia Montforta polega na zachwianiu cybernetycznego status quo. Prawdą jest, że używa maszyny do skonstruowania tekstu, ale wykonuje decydujący krok dalej. Wyciąga gotowy utwór z sieciowego wirtuala i daje go nam na papierze, w postaci klasycznej książki. Ten zabieg ma ogromne znacznie dla dekonstrukcji znaczeń tej powieści.
Pisałem już o monotonnii życia, tak świetnie w utworze Montforta ukazanej. Drugą stroną tej samej monety jest właśnie wyraźna słabość nowych technologii, z jakiegoś powodu ignorowana przez wielu obserwatorów dzisiejszego życia. Nie trzeba przy tym zaliczać się do grona osób upatrujących wszelkiego zła w używaniu współczesnych środków komunikacji, bo przecież postępująca destrukcja więzi społecznych i inne zagrożenia są wynikiem działań operatorów urządzeń, nie samych sprzętów. Mam wrażenie, że w podobny sposób myśli autor Zegara światowego. Przewrotnie pokazuje nam swoim dziełem pustkę, jaką kreujemy wokół siebie własnymi rękoma. W drugiej dekadzie XXI wieku jesteśmy na najlepszej drodze do tego, by uśmiercić człowieka w sposób całkowicie bezkrwawy. Pustka widoczna jest gołym okiem, bezcelowość zamieszczania nieistotnych statusów i zdjęć własnych posiłków na portalach społecznościowych jedynie to potwierdza.

Montfort napisał książkę bardzo ważną. Jeśli dziś dla kogoś pozostaje ona niezrozumiałym eksperymentem, to znaczy jedynie tyle, że fikcja raz jeszcze poradziła sobie z opisem rzeczywistości lepiej niż setki dzieł uznanych naukowych sław. Na tym polega wielkość literatury, którą w co prawda dość przewrotny sposób, Zegar światowy rzeczywiście ocala. To zaś powinien być wystarczający powód do tego, by zmierzyć się z jej lekturą. Na pewno nie będzie to czas stracony.

Tekst ukazał się na portalu kanapa.it

Ted Nace, Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja


Wszyscy wiemy, że korporacje to zło. Jak to się jednak stało, możemy dowiedzieć się z książki Teda Nace’a. Gangi Ameryki pozwolą nam prześledzić historię rozwoju korporacji, a ściślej rzecz biorąc historię uzyskiwania praw, które uczyniły z nich niejednokrotnie nietykalne byty.

Ted Nace, Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja

Ted Nace, Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja

Książka skupia się na Ameryce, co jest pewnym mankamentem. Od czasów kolonialnych po dzień dzisiejszy Nace prześledził historię prawnych kruczków, budujących instytucję korporacyjnego bytu w zupełnie niepojęty dla nas sposób. Firmy stały się osobami w sensie prawnym, uzyskały tym samym prawa przysługujące jednostce, między innymi wolność słowa. Staje się arcytrudne lub zupełnie niemożliwe skazanie jakieś wielkiej firmy za kłamstwa rzucane w reklamach, bo przecież wolność słowa dopuszcza także mówienie nieprawdy. Szokujące? Być może, choć takie przecież być nie powinno. Codziennie możemy dostrzec przykłady na działanie tych mechanizmów w praktyce. Oto całkiem niedawno polska odnoga HP przyznała się do wieloletniego wręczania łapówek. Sami sobie wymierzyli finansową karę, zapłaciwszy jakieś tam pieniądze. Biznes as usual, dokładnie tak samo jak w USA, gdzie co jakiś czas toczy się proces, ktoś tam nawet czasem dostaje jakieś pieniądze od korporacji, ale proceder kwitnie nadal. Skoro firmy są potężniejsze od większości istniejących państw, kto zabroni im działania?

Książka Nace’a nie odkrywa zbyt wielu nieznanych dotąd kart, zbyt koncentrując się na istniejących dokumentach prawnych. To czyni ją nieco zbyt hermetyczną, mniej przejrzystą i momentami zwyczajnie nudną. Prawniczy żargon nie należy do szczególnie rozrywkowych form językowych, dlatego długie fragmenty książki Gangi Ameryki po prostu wyczerpują czytelnika, na którego wyobraźnię dużo lepiej działałyby przykłady konkretnych skandali i złych praktyk w miejscu drobiazgowego śledzenia aktów prawnych na przestrzeni wieków.

Ted Nace przekazuje jednakże dość ciekawe wnioski w swej książce. W jego ujęciu wychodzi na to, że walka z korporacjami jest formą walki toczonej przez klasy. Dla nas, zapatrzonych z odległości w „American Dream” i wierzących w realne możliwości kariery od pucybuta do milionera, klasowość w Stanach Zjednoczonych jest czymś zgoła niezrozumiałym. Kto jednak widział, ten wie. To gdzie mieszkasz, dokładnie cię określa. A mieszkać możesz w lepszych dzielnicach tylko wówczas, gdy więcej zarabiasz. Walka kapitału z pracą nie toczy się pod czerwonymi sztandarami, ale to nie znaczy, że nie istnieje w ogóle.

Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja to książka połowicznie spełniająca swoje obietnice. Pokazuje zło korporacji na wybranym odcinku, zupełnie pomijając inne. Na dodatek nie porywa tak, jak mógłby sugerować to dość przecież sensacyjny tytuł. Dobra jako dodatek dla kogoś zainteresowanego bliżej tematem, ale raczej zbędna w chwili, gdy pragniemy po prostu czegoś lżejszego o tym trudnym temacie.

O Marku Nowakowskim słów kilka


Nie będzie dziś żadnej konkretnej książki, bo kolejna śmierć wśród wielkich pisarzy sprawiła, że poczułem jakąś ogromną pustkę. Po Marquezie i Różewiczu odszedł Marek Nowakowski. O dwóch pierwszych słyszał pewnie każdy, Nowakowski aż tak znany nie jest, zwłaszcza wśród młodszych. Niesłusznie. Bardzo niesłusznie nawet.

Moim skromnym zdaniem, nikt w polskiej prozie nawet się nie zbliżył do jego poziomu. Choć to może nie ścisłe, więc śpieszę wyjaśnić: w kategorii krótkiej formy, z grona ludzi piszących i mieszkających całe życie w PRL, nie miał sobie równych (z oczywistych względów rezygnuję tutaj np. z Mrożka). Kiedy debiutował w czasach tuż po przeminięciu „odwilży” i „polskiego października”, został zaliczony do grona tzw. „hłaskoidów”. Pochodzenie terminu pewnie oczywiste, wymowa już chyba mniej. A była ona pejoratywna, bo ktoś, kto w wieku dwudziestu dwóch lat zaledwie pisze tom opowiadań o praskich złodziejach i ich życiu, nie mógł cieszyć się zbyt dużym uznaniem. Wszak w Polsce Ludowej wszystko było naprawdę wspaniale, patologie i półświatki oficjalnie nie istniały. A tu naraz złodzieje, prostytutki, alkoholicy, bezrobotni nie kwapiący się do pracy, drobni handlarze i „królowie nocy”. Jednak nawet najzagorzalsi krytycy nie odmawiali mu doskonałego wyczucia języka, świetnego sposobu prowadzenia narracji, talentu po prostu.

W gronie szkolnych lektur nieobecny z przyczyn chyba dość oczywistych, później nieobecny raczej z wyboru. Trzyma się na uboczu, pozostając jednocześnie na tyle blisko rzeczywistości, by być w stanie ją opisywać. Zawsze nastawiony krytycznie do PRL, w czasie stanu wojennego pisze dziennik, który potem publikuje pod tytułem „Raport o stanie wojennym”. I tu także pisze wspaniale, krytycznie wobec władzy, ale z właściwym sobie poczuciem dystansu i ironii.

Co ciekawe, okres transformacji ustrojowej przyjmuje Nowakowski równie źle, jak siermiężną epokę towarzysza Wiesława. Dostrzega w nowym i dzikim polskim kapitalizmie równie silnie obecne zło, które piętnował przez lata pisania w PRL. Upadek wszelkich wartości, odejście świata pewnych stałych reguł, przyjmuje z wielkim bólem, choć maskowanym często szyderczą drwiną. Wychowany w czasach, gdy nawet złodzieje i włamywacze kierowali się własnym kodeksem honorowym, patrzył na nową Polskę ze zgrozą, widząc zanik jakichkolwiek wyższych uczuć, poświęconych dla pogoni za pieniądzem.

Nowakowski to także wielki miłośnik i piewca stolicy. W jego opowiadaniach, książkach, felietonach nawet mnóstwo odwołań do historii Warszawy. Historii małych, pojedynczych, ale także i losów ludzi znanych, jak choćby „Powidoki”, czyli wspomnienia z życia w dziesiątków lat w stolicy czy „Nekropolis”, traktującej o postaciach życia literackiego Warszawy międzywojennej.

Dziś i Jego już nie ma. Na szczęście pozostały książki. Dzięki nim, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, nadal możemy usłyszeć ludzkie historie, które pozostaną z nami na długo. Nawet jeśli ani ludzi ani miejsc tych już nie ma. A może właśnie dlatego?

Dror A. Mishani, Chłopiec, który zaginął


Czy można wyobrazić sobie mniej zachęcający początek kryminału? W powieści Chłopiec, który zaginął policjant mówi do matki zgłaszającej zaginięcie syna, że w Izraelu nie ma kryminałów, bo nie ma przestępstw. My, trzymający książkę w ręce wiemy, że musi być inaczej, więc nadal czytamy. Paradoksalnie autor nas zachęca do tego, by dowiedzieć się, czy naprawdę Izrael jest takim spokojnym miastem.

Dror A. Mishani, Chłopiec, który zaginął

Dror A. Mishani, Chłopiec, który zaginął

Zaginięcie siedemnastolatka jest głównym problemem w tej powieści. Śledztwo w tej sprawie jest czymś zgoła innym od tego, do czego przyzwyczaiły nas amerykańskie seriale, w których wszystko odbywa się w zawrotnym tempie, w kilkanaście godzin czasami. Awie Awraham, policjant prowadzący śledztwo, jest postacią zagubioną nie tylko w gąszczu śladów i tropów, prowadzących donikąd. Jest także normalnym człowiekiem, więc ma mnóstwo osobistych problemów. Jeśli dołączymy do tego postać aspirującego pisarza, który zaciemnia całą historię, tworząc własną książkę na temat wydarzeń, to otrzymamy pełen obraz tej powieści.

Chłopiec, który zaginął na pewno nie jest dla miłośników wartkiej akcji. Tu wszystko rozgrywa się raczej na planie psychologicznym, wewnętrznym. Śledztwo toczy się powoli, właściwie bardzo leniwie, a ilość śladów i wątków, które pojawiają się w jego trakcie, wymaga od czytelnika naprawdę uważnej lektury. Nie tylko z tego powodu jednak to powieść szczególna. Mishani postanowił zagrać z czytelnikami w grę nie tylko na poziomie śledztwa kryminalnego, ale także zwrócić uwagę na odwieczny problem poetyki powieści. Co jest prawdą, co zmyśleniem, jak oddać na papierze rzeczywistość to pytania równie ważne, jak wyjaśnienie tego, co stało się z zaginionym młodzieńcem. Dzięki temu elementowi książka staje się czymś więcej, niż zwykłą rozrywkową literaturą, która ma na celu uprzyjemnienie czasu. Pozostawia po sobie wątpliwości, które nie odchodzą długo po zakończeniu lektury.

Mishani zapowiada cykl. Jeśli uda mu się utrzymać poziom debiutu, to może być naprawdę dobra seria. Pozostaje zatem cierpliwie czekać. I mieć nadzieję, że WAB zapewni nam polskie wersje nowych książek autora.

Val McDermid, Syreni śpiew


Lata 90. ubiegłego wieku stały się latami fascynacją seryjnymi zabójcami. Takie powieści – a raczej ich ekranizacje – jak Milczenie owiec sprawiły, że nastąpiła moda na podobne produkcje na polu literatury kryminalnej. Jak zawsze w takim wypadku, większość produktów okazała się beznadziejnie słaba. W przypadku Val McDermid nie ma jednak powodów do niepokoju. Syreni śpiew to naprawdę dobra książka.

pobrane (1)W Bradfield, jednym z miast na północy Anglii, giną brutalnie mordowani mężczyźni. Zwłoki znajdowane są w dzielnicy klubów gejowskich, więc wszystkie tropy zdają się prowadzić do kogoś o homofobicznych poglądach. Policja szybko typuje sprawcę, nawet go aresztuje, ale seria zabójstw nie ustaje. Pomóc może sięgnięcie po poradę eksperta od psychologii, który stworzy profil przestępcy. Doktor Tony Hill będzie miał duży wkład w ostateczne ujęcie sprawcy.

Książka wyszła w 1995 roku. Wpisuje się we wspomniany wyżej trend, zawierający powieści o seryjnych mordercach. Czyni to z perspektywy policyjnej powieści proceduralnej, choć nie tylko. Jest także psychologicznym opisaniem motywów zbrodniarza. Jest czymś nowym, początkiem serii kryminałów pokazujących nowe sposoby pracy policji. Na nowe czasy nowe metody. W chwili, gdy wiedza o pracy policji jest coraz bardziej powszechna, metody śledcze muszą się zmieniać, by w ogóle było możliwe złapanie mordercy. Jakość prozy McDermid została zresztą doceniona brytyjską nagrodą Gold Dagger, przyznawaną naprawdę wybitnym powieściom kryminalnym.

Książka ciekawa jest jednak zwłaszcza z punktu widzenia swojego podgatunku. Po latach czyta się ją naprawdę dobrze, nic nie straciła na swojej mocy. Czytelnicy lubiący pogłębiony rys psychologiczny na pewno się nie zawiodą. Każdy, kto woli ekranizacje, może zobaczyć Tony’ego Hilla w serialu Wire in the blood. Moim zdaniem najlepszy jest pierwszy sezon, ale to pewnie kwestia gustu. Jak zawsze – serial przynosi nieco rozbieżności względem literackiego pierwowzoru, ale i tak warto.

https://www.youtube.com/watch?v=mIk6fmnfvWI

Wspieraj swoją bibliotekę


Czytam tak sobie te liczne i przeróżne książkowe blogi i jednym z częstszych coraz bardziej tematów jest pisanie blogerskiej braci o tym,  że nie ma już miejsca na książki. Mam podobny problem, ale znalazłem rozwiązanie, którego próżno raczej szukać w sieci, przynajmniej ja nie natknąłem się na taki pomysł. Nie, żebym się jakoś szczególnie upierał przy prawach autorskich, ale mam wrażenie, że chyba nikt jeszcze nie wspominał o tym.

Książki, które w ten czy inny sposób dostajemy – bo nie ukrywam, że głównie o te pozycje chodzi – nie zawsze jakoś tam nam pasują. W efekcie kończy się na próbach handlu w sieci, ewentualnie jakichś tam wymianach pomiędzy innymi maniakami i maniaczkami zadrukowanych kartek papieru. Brakuje mi w tym wszystkim podejścia bardziej wspólnotowego, obywatelskiego. Książka, co widać w blogosferze bardzo wyraźnie, stała się jedynie towarem, na którym można zarobić. I wiele osób chce to zrobić. Dla mnie osobiście nie ma to większego znaczenia, nie traktuję bloga jako inwestycji w przyszłość, która zapewni mi pracę i willę z basenem. Nie potępiam jednak tych, którzy myślą inaczej. Byłoby strasznie nudno, gdyby wszyscy myśleli tak samo.

Kiedy byłem jeszcze w szkole podstawowej, policyjne radiowozy, pochodzące jeszcze z darów niemieckich podatników, zaczęły się pojawiać z takimi nalepkami „Popieraj swoją policję”. Hasło był żywcem zerżnięte z amerykańskich akcji ocieplających wizerunek sił prawa i porządku. Wszyscy się z tego śmiali, więc akcję dość szybko zarzucono. Przypomniało mi się o tym właśnie w związku z książkami. Przecież te niechciane już książki można ofiarować swojej – lub po prostu najbliższej – bibliotece publicznej. Od lat niedoinwestowane, podupadające biblioteki – te, które ocalały z pogromów cięć kolejnych rządów i samorządów – dla wielu są jednak jedynymi źródłami literatury. W proponowany przeze mnie sposób osiągnąć można cel, któremu chyba blogi o książkach służą, a mianowicie popularyzację czytelnictwa. Prawda, że taki właśnie mamy cel, droga blogerska braci?