thriller

Dominik W. Rettinger, Klasa


Thriller polityczny ma się w Polsce całkiem dobrze. Książki Sekielskiego czy Zielke pokazują, że i nad Wisłą można napisać naprawdę dobre książki. Teraz do tej pary twórców dołącza Rettinger ze znakomitą Klasą, wydaną przez wydawnictwo Otwarte (więcej…)

Reklamy

Magnus Montelius, Mężczyzna z Albanii


Wydawnictwo Czarna Owca jest odpowiedzialne za rozpropagowanie w naszym kraju skandynawskiej literatury kryminalnej. Wydawane są dziesiątki tytułów, wśród których można odnaleźć zarówno bardzo dobre powieści, jak iutwory zupełnie chybione. Jak zaklasyfikować Mężczyznę z Albanii, debiutancką książkę Magnusa Monteliusa?
Magnus Montelius, Mężczyzna z Albanii

Magnus Montelius, Mężczyzna z Albanii

Kiedy z punktu widokowego w Sztokholmie spada mężczyzna, policja od początku podejrzewa samobójstwo. Znaleziony w kieszeni albański paszport sugeruje pochodzenie denata. Początkujący dziennikarz Tobias Meijtens dociera jednak do świadka, który twierdzi, że ofiara została zepchnięta. Reporter chce nadal drążyć temat pomimo umorzenia śledztwa, wspierany w tym zadaniu przez sławną dziennikarkę Natalie Petrini. Każdy nowy trop w tej sprawie przynosi im coraz więcej pytań, pojawiają się też różnorakie naciski. Para reporterów nie poddaje się jednak łatwo, dążąc do prawdy ze wszystkich sił.

W Mężczyźnie z Albanii – powieści sensacyjno-szpiegowskiej – znajdziemy wszystkie elementy dobrej i wciągającej historii. Na samym początku dostajemy coś w rodzaju wprowadzenia: wprowadzenie w historię Albanii z czasów zimnej wojny; reszta informacji dociera do nas za pośrednictwem duetu prowadzącego dziennikarskie śledztwo. Postaci wykreowane przez Monteliusa są na tyle dobrze skonstruowane, że niemalże możemy uwierzyć w ich istnienie, a dzięki stopniowej ewolucji bohaterów ich kolejne posunięcia pozostają trudne do przewidzenia. Autor dołożył starań, by nawet drugoplanowe postaci były przedstawione czytelnikom szczegółowo. Samo wykorzystanie dwóch osób szukających prawdy nie jest niczym nowym, ale rozwój wzajemnej relacji Meijtensa i Petrini zasługuje na uwagę. Zresztą lektura książki nie raz przekona nas, że autor – choć debiutant – dobrze radzi sobie z rozgrywaniem znanych z gatunku motywów i wątków w nieoczywisty oraz zaskakujący sposób, dzięki czemu trzyma swych czytelników w napięciu do ostatniej strony.

Literatura popularna opiera się głównie na schematach, a miarą jakości danej powieści może być ich nowatorskie wykorzystanie. Mężczyzna z Albanii zawiera sporo takich porozrzucanych tropów; ich odnajdywanie jest naprawdę przyjemne. Miłośnicy lektur z kręgu skandynawskiej literatury kryminalnej bez większego trudu dostrzegą nawiązania do innych książek z północnego krańca Europy. Umiejscowienie akcji w roku 1990 przywołuje na myśl pojawienie się Kurta Wallandera. Pierwsze dwie powieści autorstwa Henninga Mankella traktowały właśnie o dynamicznie zmieniającym się świecie, pozbawionym nagle tamy w postaci żelaznej kurtyny. Jednak u autora Mężczyzny z Albanii tematyka jest nieco odmienna, jego bohaterowie nie przeżywają rozterek związanych ze zmianami zachodzącymi w świecie, raczej tylko działają w określonej rzeczywistości. Najwięcej wspólnego – jeśli chodzi o porównania z prozą Mankella – ma powieść Monteliusa z książką zatytułowaną Chińczyk. Ten rozrachunek z doświadczeniem pokoleniowego buntu lat sześćdziesiątych, udziałem w radykalnych ruchach lewicowych i sposobem ich oceny po latach wywołuje u czytelnika niemalże identyczne skojarzenia jak historia Meijitensa. To samo rozczarowanie, te same kariery zbudowane na porzuceniu młodzieńczych ideałów. Co prawda bohaterowie Mankella nieco mocniej wierzą w dawne ideały, ale mechanizm jest praktycznie taki sam. Młodzieńcza naiwność została dawno utracona, po latach każdy zajęty jest robieniem kariery.

Dziennikarskie śledztwo prowadzone przez dwie osoby przypomina z kolei bestsellerową trylogię Millenium Stiega Larssona. Podobnie bezkompromisowość i brak zaufania do władz, tak mocno podkreślane przez twórcę postaci Lisbeth Salander. Montelius, tak jak i najsłynniejszy obecnie szwedzki autor powieści sensacyjnych, podejmuje tematy niewygodne i trudne dla warstwy rządzącej. Szpiegostwo i ukrywanie szpiegów w imię czyichś partykularnych interesów stają się gorzkim oskarżeniem szwedzkiej demokracji, która na zewnątrz zawsze prezentuje fasadową równość i sprawiedliwość.

Mężczyzna z Albanii to książka bardzo dobra – dla wszystkich tych, którzy lubią powieści szpiegowskie, dziejące się raczej na zasadzie partii szachów dwojga mistrzów, przewidujących kolejne ruchy przeciwnika lub odkrywających nowe elementy całościowej układanki. Powieść rozgrywa się przy restauracyjnych stolikach, w wywiadach i rozmowach z wieloma ludźmi, nie znajdziemy w niej trzymających w napięciu scen pościgu, rozbrajania bomb czy strzelanin. Pojawia się co prawda kilka trupów, ale śledztwo jest nietypowe, skoncentrowane na przedstawieniu historycznych kwestii ideologicznych, które wymagają od czytelnika nieco większej uwagi niż typowa powieść kryminalna. Jako wielbiciel tego rodzaju pisania stawiam wysoką notę i uzbrajam się w cierpliwość w oczekiwaniu na następną powieść Monteliusa. Nie jest to może dzieło na miarę tuzów gatunku, ale jeśli autor utrzyma poziom, będzie jednym z godnych śledzenia twórców kryminalnych opowieści.

recenzja ukazała się pierwotnie na portalu polter.pl

Ian Rankin, Miecz i tarcza


Do zbrodni popychają różne rzeczy – miłość, pieniądze, władza. Coraz częściej w naszych czasach także religia. O tym, co dzieje się w chwili, gdy do podziałów narodowościowych dochodzi jeszcze różnica w wierze przeczytamy w powieści Iana Rankina Miecz i tarcza, wydanej przez wydawnictwo Albatros. Tym razem inspektor Rebus będzie musiał zmierzyć się z protestanckimi fanatykami z organizacji paramilitarnych. Bez obaw jednak – to nadal będzie ten Rebus, którego kochamy.

Ian Rankin, Miecz i tarcza

Ian Rankin, Miecz i tarcza

Akcja książki dużo bardziej przypomina klasyczny thriller niż kryminał. Groźba podłożenia bomby w Edynburgu podczas trwającego tam cały sierpień festiwalu teatralnego elektryzuje wszystkich. Wyobraźcie sobie, że coś takiego byłoby na przykład przy organizacji Euro2012 w którymś z polskich miast. Rankin przedstawia pracę zespołu policjantów trochę mało przekonująco, bo nie ma tu żadnego sztabu zarządzania kryzysowego, nie biegają po mieście antyterroryści. Jest za to inne śledztwo, a właściwie kilka śledztw, które gdzieś się w finale splotą i wyjaśnią.

Najmocniejszym akcentem książki Miecz i tarcza jest właśnie oddanie klimatu wojny w Belfaście. Krótka wizyta Rebusa nie tylko podejmuje ten trudny i nieco w naszym kraju temat z perspektywy dnia dzisiejszego, ale jest punktem wyjścia do rozmowy o historii radykalnego ruchu probrytyjskich protestantów. To temat ciekawy także z punktu widzenia polskiego czytelnika, bo przywykliśmy do tego, że walki toczone w Irlandii są jedynie sprawą działania katolickich bojówkarzy IRA.  Rankin przekonująco i w bardzo atrakcyjnej formie powieściowej pokazuje, że także po drugiej stronie istnieją gotowi na wszystko fanatycy.

Interesujące jest też spojrzenie na biedny Edynburg, na osiedle pełne przemocy, narkotyków, trwałego bezrobocia. Od czasów Trainspotting nikt chyba nie zajmował się w ten sposób mniej zamożną częścią tego pięknego skądinąd miasta. Wcześniejsze śledztwa inspektora Rebusa odbywały się w lepszych miejscach, rzadko zapuszczał się w rejony, gdzie policjanci boją się jeździć i gdzie na chwilę pozostawiony samochód może zamienić się we wrak z małą pomocą młodych chłopaków, którzy nie mają co zrobić z własnym życiem. Owszem, nie ma u Rankina moralizatorstwa w skandynawskim stylu, jest za to kliniczny wręcz opis sytuacji. Dotyka chyba znacznie bardziej niż opisy pochodzące z krajów położonych wokół Bałtyku.

Miecz i tarcza to książka mocna, brutalna, o szybkiej akcji, bardzo powiedziałbym filmowa. Trochę brakuje mi wolniejszego tempa, do jakiego przyzwyczaił nas Rebus, ale to jedyny, bardzo zresztą drobny minus. Innych nie dostrzegłem, za bardzo byłem pochłonięty lekturą. Spróbujcie, a sami się przekonacie.

Książki o Wrocławiu cz.1


Wrocławski oddział Gazety Wyborczej zaproponował ostatnio dziesiątkę  książek z Wrocławiem w tle. Przeczytałem i zorientowałem się, że z połowa tytułów tych książek nic mi nie mówi, poza tytułem rzecz jasna. Wszyscy znają Marka Krajewskiego, ale żeby na przykład pamiętać – świetny skądinąd – debiut Siemiona Niskie łąki, to już raczej niekoniecznie, prawda? Pomyślałem też, że z całą pewnością zabrakło miejsca dla literatury popularnej, a przecież nie tylko Markiem Krajewskim możemy się w tej dziedzinie pochwalić. Andrzej Ziemiański, Jacek Inglot, Łukasz Orbitowski, Paweł Pollak, Nadia Szagdaj, Marta Kisiel to tylko kilka nazwisk, które przyszły mi na myśl w ciągu paru chwil. Pomyślałem, że może warto jednak ten temat nieco rozszerzyć. O części z tych książek na tym blogu pisałem, więc czasem będę odgrzewał starego kotleta. Obiecuję jednak, że dodatki zawsze będą świeże.

 

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Powieść Orbitowskiego jest na pierwszym miejscu chyba ze względu na tytuł, po prostu najszybciej wpadł mi do głowy. Bardziej wrocławski być po prostu już nie może. Owszem, są te różne „Breslau’y” modne na księgarskich półkach od czasów narodzin komisarza Mocka, ale jednak samo miasto w wersji pełnej piastowskiej dumy i tysiącletniej historii państwowości rzadko niezwykle zajmuje miejsce w tytule. Obok książki Orbitowskiego na tę chwilę pamiętam jeszcze tylko „Waniliowe plantacje Wrocławia” Ziemiańskiego, ale to jest jednak opowiadanie, więc troszkę chyba mniejszy kaliber.

Sam pomysł jest w sumie bardzo prosty. W pewnym bloku dzieje się coś dziwnego, śledztwo trwa, epidemia rośnie, pytania się mnożą, odpowiedzi uciekają sprzed nosa. Horror narasta, emocje sięgają zenitu, finał powieści zaskoczy na pewno. Prosty schemat, to prawda, ale w wersji Orbitowskiego poszczególne elementy układanki połączone są ze sobą w sposób oryginalny.

O samej książce można albo bardzo długo, zajmując się po kolei odczytywaniem znaczeń, aluzji, półsłówek i innych smaczków, hojnie rozsianych przez szanownego autora w dość obszernym tekście. Można, ale chyba niekoniecznie trzeba czytelnika męczyć długim i skomplikowanym analitycznym tekstem o „prawdziwym” odczytaniu zamysłu artystycznego i jego znaczeniu dla światowej literatury lub dla robotników budowlanych w północnej części miasta, pokrywających styropianem pęknięcia wielkich płyt. Można – a zapewnie nawet i należy – rozmawiać, pisać, dyskutować o tym, jak Orbitowski gra z konwencją horroru, jak łamie ramy gatunku i jednocześnie wprowadza go na literackie salony (a czyni to chyba w ten sam sposób, w jaki często nawiedza literackie imprezy – w dresie). Dyskusje i analizy to rzecz niezwykle zajmująca, wymaga jednak czasu, który dostępny jest jedynie garstce akademików i przyciągniętych na siłę studentów. Zostawmy zatem wielkie narracje i skupmy się na przyjemności.

Święty Wrocław po prostu trzeba przeczytać i przetrawić we własnym wnętrzu. Tę książkę należy przeżyć, najlepiej dwukrotnie, by potem zastanowić się nad własną opinią w tej kwestii. Dla mnie osobiście to po prostu jedna z lepszych powieści minionych lat XXI wieku. Rozumiem, że można nie lubić dość specyficznej pisarskiej roboty Orbitowskiego, który w swych powieściach łączy języki i poziomy opowiadania w sposób daleki od tego, co zalecał Arystoteles. Nie należy go jednak unikać, bo tym samym pozbawiamy się możliwości obcowania z naprawdę dobrą literaturą, wykraczającą poza zwykłą funkcję rozrywkową. Trzeba zresztą o tym pamiętać: jeśli ktoś szuka tylko rozrywki, Święty Wrocław może spokojnie odpuścić. Inni na pewno się nie rozczarują.

Walka o prawdę


Kaja Mirecka-Ploss, Kobieta, która widziała za dużo

Kaja Mirecka-Ploss, autorka tej powieści, to istna chodząca powieść sama w sobie. Poznanie zagmatwanych losów jej życia pozwala na jeszcze lepsze zrozumienie tego, co napisała. W jej życiu wydarzyło się tak wiele, że trzeba choć trochę nakreślić główne punkty. W wieku kilkunastu lat znalazła się w obozie koncentracyjnym dla „mieszańców”, bo jej babka była Żydówką. Przeżyła, by po wojnie wyjechać do Wielkiej Brytanii. Po studiach i wyjściu za mąż zdecydowała się na powrót do Polski. Jako projektantka mody starała się przez kilka lat ubarwić choć trochę kobietom życie w Polsce ludowej. W końcu miała dość szykan ze strony milicji i UB, znalazła się znowu na Zachodzie, tym razem w USA. Wyszła powtórnie za mąż za waszyngtońskiego sowietologa. Była w końcu ostatnią towarzyszką życia Jana Karskiego, słynnego kuriera czasów II wojny. Można by jeszcze wiele dodać, bo życie miała bogate w wydarzenia, ale warto pozostawić odkrywanie szczegółów czytelnikowi.

Kobieta, która widziała za dużoKobieta, która widziała za dużo opowiada właśnie o waszyngtońskich czasach w jej życiu. Przypadkowo wplątana w sprawę zabójstwa pary narzeczonych – o morderstwo oskarżono człowieka, który był jej agentem mieszkaniowym – nie może zaznać spokoju. Coś jej mówi, że podejrzany o morderstwo kłamie. Posiada coś w rodzaju wizji, które mówią jej o przeszłych zdarzeniach. Wierzy głęboko w życie pozagrobowe, więc nie ma dla niej żadnych wątpliwości w to, co pokazują jej wizje.

Bezpośrednim impulsem do kontynuowania sprawy po uniewinnieniu podejrzanego stała się prośba wypuszczonego z aresztu niedoszłego pośrednika nieruchomości. Poprosił on bohaterkę o napisanie książki o nim. Drobny złodziejaszek i włamywacz, będący na bakier z prawem od czasów szkolnych, postanowił opowiedzieć emigrantce z Polski swoją historię. I to o tym jest ta powieść. A raczej przede wszystkim o tym. Jej głównym tematem jest dotarcie do prawdy i ukazanie długiej, trwającej ponad 2 lata, drogi do zaprowadzenia mordercy pod sąd. W tym okresie bohaterka narażała swoje życie, próbując dotrzeć do prawdy o tym, co się wydarzyło. Wyszła z niej obronną ręką, choć policja i prokuratura odwróciły się od niej, a jej życie rodzinne praktycznie przestało istnieć. I, choć ówcześnie książka nie powstała, po latach możemy poznać całość wydarzeń.

Sytuacje zagrożenia życia budziły w narratorce także wspomnienia z czasów, o których wolałaby nie pamiętać, jak na przykład okres pobytu w obozie. Wszystko to wplata w narrację naturalnie, opowiadając po prostu o tym, co wydarzyło się w jej życiu. W połączeniu z historią kryminalną całość wychodzi naprawdę przejmująco.

Jeśli ktoś szuka dobrego thrillera psychologicznego, to na pewno Kobieta, która widziała za dużo jest dla niego. Także ci, którzy zainteresowani są pogmatwanymi losami Polaków rozproszonych po świecie po II wojnie światowej znajdą coś dla siebie. A także wszyscy ci, którzy poszukują ciekawej lektury. Książka ma bowiem uniwersalne przesłanie – prawda zawsze zwycięża.

Thriller pełną gębą


Małgorzata i Michał Koźmińscy, Klątwa Konstantyna

Jak stworzyć ciekawą książkę sensacyjną? Wziąć sporo gry wywiadów rodem z powieści szpiegowskiej od Johna le Carre’a, dorzucić odrobinę poszukiwań historycznych artefaktów w rodzaju Dana Browna i zaprawić wszystko wiernym oddaniem realiów tuż powojennego miasta jak czyni to na przykład Marcin Wroński. Wymieszać wszystko dokładnie, nie zapominając o dodaniu skomplikowanych relacji uczuciowych między bohaterami. Przepis wydaje się prosty, a jednak nie każdemu wychodzi strawne danie. Parze krakowskich autorów ta trudna sztuka się udała.pobrane (1)

W połowie 1945 roku nic nie jest jeszcze przesądzone. Jedni uważają, że niebawem rozpocznie się III wojna światowa. Sowieci instalują się w Polsce, osadzając zależne od siebie władze. Partyzanci wciąż jeszcze walczą w lasach. Na wolności przebywają zarówno dawni kolaboranci jak i niemieccy szpiedzy. Wojna się skończyła, ale dawni sojusznicy już po cichu walczą ze sobą. Po cichu, to znaczy za pomocą gry wywiadów.

Amerykanie wysyłają do Krakowa dwóch szpiegów – Polaka i Rosjanina, aby ci odszukali testament cesarza Konstantyna. Podobno zawiera on klątwę rzymskiego cesarza, rzuconą na każdego, kto będzie próbował zjednoczyć Europę pod własnym panowaniem. Jednocześnie do dawnej stolicy przybywa Awner Koen, który ma zrealizować misję zemsty na szmalcownikach i konfidentach gestapo, wydających Żydów w czasie wojny. Ich tropem porusza się agent NKWD, również zainteresowany w odnalezieniu mitycznego artefaktu.

Książka jest napisana naprawdę dobrze. Począwszy od realiów powojennych czasów, poprzez opisy wykładni tajemniczych znaków zawartych w wystroju średniowiecznych budowli i dawnych dokumentach, aż po sensacyjną akcję, pełną nieoczekiwanych zwrotów. Tu naprawdę krzyżują się gatunki, splatając w jedną całość, która naprawdę może się podobać. Klątwa Konstantyna to dobry przykład tego, że i w naszym kraju mogą powstawać ciekawe thrillery, dalekie od sztampy i kalkomanii amerykańskiej literatury tego typu. Czekam na więcej tej pary autorskiej.

Philip Kerr Marcowe fiołki


Niemcy Hitlera w roku olimpiady, dwa spalone ciała, zaginiona biżuteria. Oto punkt wyjścia śledztwa prywatnego detektywa Bernarda Gunthera. Ten pozbawiony złudzeń, były komisarz policji kryminalnej, z całą pewnością poradzi sobie z tym zadaniem.

Prywatny detektyw Bernard Gunther dostaje pewnej nocy propozycję nie do odrzucenia. Bogaty przemysłowiec wynajmuje go, aby odnalazł zabójcę jedynej córki i jej męża. Ponadto w mieszkaniu ofiar obrabowano sejf, w którym była bezcenna brylantowa kolia. To zlecenie może zapewnić detektywowi dostatnią emeryturę.

Tempo akcji biegnie niemal bez przerwy do przodu, a ilość wątków, śladów i poszlak niekiedy przyprawia o zawrót głowy. Szybko bowiem okazuje się, że cała sprawa posiada tak zwane „drugie dno”. Jeśli dodać do tego drobiazgowy obraz Berlina połowy lat trzydziestych, najczęściej w połączeniu z pełnym czarnego humoru komentarzem głównego bohatera, równie dowcipne dialogi i nieoczekiwane zwroty akcji, otrzymamy w efekcie książkę, od której nie można się oderwać.

Philip Kerr stworzył intrygujący czytelnika thriller w konwencji czarnego kryminału, który z całą pewnością nie odstaje od najlepszych dzieł swojego gatunku. Począwszy od postaci głównego bohatera, niestroniącego od mocnych trunków, pięknych kobiet i metod nie zawsze zgodnych z prawem. Skojarzenia z Philipem Marlowe jak najbardziej słuszne, wzmacnia je nieco fabuła, mająca wiele wątków bardzo bliskich tym klasykom. Nie jest to żaden poważny zarzut, Kerr raz po raz udowadnia, że pisać interesująco potrafi.

Z całą pewnością lektura przygód prywatnego detektywa Gunthera jest świetną rozrywką, także intelektualną. Dociekliwy czytelnik może nie tylko zajmować się rozwikłaniem kryminalnej zagadki, ale także wyszukiwać w tekście mniej lub bardziej zakamuflowane odniesienia do klasyki czarnego kryminału. To naprawdę zajmująca lektura, na pewno warta poświęcenia wieczoru.