proza polska

Gaja Grzegorzewska, Betonowy pałac


Słyszeliście o czymś takim jak proza kobieca? Zdania akademickie w tym temacie są mocno podzielone. Jedni (i jedne) uważają, że nie istnieje taka twórczość, a takie przypisywanie płci to czysty seksizm, inni (i inne oczywiście) zaś zachwycają się, czytając taśmowo produkowane historie, wychodzące spod palców Olgi Rudnickiej i jej podobnych wyrobnic literatury pięciorzędnej. Niezależnie jednak od tego, co sądzisz o prozie kobiecej, rozpoczęcie lektury jakiejkolwiek książki Gai Grzegorzewskiej sprawi, że szybko dowiesz się, czym jest proza męska. Betonowy pałac jest tak mocny, że niewielu mężczyzn w Polsce potrafiłoby napisać coś takiego. Tym zatem lepiej dla literackiej publiki, że polski kryminał ma taką autorkę. (więcej…)

Reklamy

Barbara Nawrocka, Zatrzymaj zegar o jedenastej


Dawno już nie miałem w ręce kryminału milicyjnego, z radością więc rzuciłem się na książkę Barbary Nawrockiej. Rzuciłem się, pożarłem i chcę jeszcze. Mimo upływu ponad czterech dekad książkę nadal czyta się w miarę dobrze. Ma oczywiście pewne znaki swoich czasów, ale właśnie za to kochamy milicyjne kryminałki, czyż nie? (więcej…)

Książki o Wrocławiu cz.1


Wrocławski oddział Gazety Wyborczej zaproponował ostatnio dziesiątkę  książek z Wrocławiem w tle. Przeczytałem i zorientowałem się, że z połowa tytułów tych książek nic mi nie mówi, poza tytułem rzecz jasna. Wszyscy znają Marka Krajewskiego, ale żeby na przykład pamiętać – świetny skądinąd – debiut Siemiona Niskie łąki, to już raczej niekoniecznie, prawda? Pomyślałem też, że z całą pewnością zabrakło miejsca dla literatury popularnej, a przecież nie tylko Markiem Krajewskim możemy się w tej dziedzinie pochwalić. Andrzej Ziemiański, Jacek Inglot, Łukasz Orbitowski, Paweł Pollak, Nadia Szagdaj, Marta Kisiel to tylko kilka nazwisk, które przyszły mi na myśl w ciągu paru chwil. Pomyślałem, że może warto jednak ten temat nieco rozszerzyć. O części z tych książek na tym blogu pisałem, więc czasem będę odgrzewał starego kotleta. Obiecuję jednak, że dodatki zawsze będą świeże.

 

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Powieść Orbitowskiego jest na pierwszym miejscu chyba ze względu na tytuł, po prostu najszybciej wpadł mi do głowy. Bardziej wrocławski być po prostu już nie może. Owszem, są te różne „Breslau’y” modne na księgarskich półkach od czasów narodzin komisarza Mocka, ale jednak samo miasto w wersji pełnej piastowskiej dumy i tysiącletniej historii państwowości rzadko niezwykle zajmuje miejsce w tytule. Obok książki Orbitowskiego na tę chwilę pamiętam jeszcze tylko „Waniliowe plantacje Wrocławia” Ziemiańskiego, ale to jest jednak opowiadanie, więc troszkę chyba mniejszy kaliber.

Sam pomysł jest w sumie bardzo prosty. W pewnym bloku dzieje się coś dziwnego, śledztwo trwa, epidemia rośnie, pytania się mnożą, odpowiedzi uciekają sprzed nosa. Horror narasta, emocje sięgają zenitu, finał powieści zaskoczy na pewno. Prosty schemat, to prawda, ale w wersji Orbitowskiego poszczególne elementy układanki połączone są ze sobą w sposób oryginalny.

O samej książce można albo bardzo długo, zajmując się po kolei odczytywaniem znaczeń, aluzji, półsłówek i innych smaczków, hojnie rozsianych przez szanownego autora w dość obszernym tekście. Można, ale chyba niekoniecznie trzeba czytelnika męczyć długim i skomplikowanym analitycznym tekstem o „prawdziwym” odczytaniu zamysłu artystycznego i jego znaczeniu dla światowej literatury lub dla robotników budowlanych w północnej części miasta, pokrywających styropianem pęknięcia wielkich płyt. Można – a zapewnie nawet i należy – rozmawiać, pisać, dyskutować o tym, jak Orbitowski gra z konwencją horroru, jak łamie ramy gatunku i jednocześnie wprowadza go na literackie salony (a czyni to chyba w ten sam sposób, w jaki często nawiedza literackie imprezy – w dresie). Dyskusje i analizy to rzecz niezwykle zajmująca, wymaga jednak czasu, który dostępny jest jedynie garstce akademików i przyciągniętych na siłę studentów. Zostawmy zatem wielkie narracje i skupmy się na przyjemności.

Święty Wrocław po prostu trzeba przeczytać i przetrawić we własnym wnętrzu. Tę książkę należy przeżyć, najlepiej dwukrotnie, by potem zastanowić się nad własną opinią w tej kwestii. Dla mnie osobiście to po prostu jedna z lepszych powieści minionych lat XXI wieku. Rozumiem, że można nie lubić dość specyficznej pisarskiej roboty Orbitowskiego, który w swych powieściach łączy języki i poziomy opowiadania w sposób daleki od tego, co zalecał Arystoteles. Nie należy go jednak unikać, bo tym samym pozbawiamy się możliwości obcowania z naprawdę dobrą literaturą, wykraczającą poza zwykłą funkcję rozrywkową. Trzeba zresztą o tym pamiętać: jeśli ktoś szuka tylko rozrywki, Święty Wrocław może spokojnie odpuścić. Inni na pewno się nie rozczarują.

Michał R. Wiśniewski, Jetlag


Niewielka księgarnio-kawiarnia w centrum Wrocławia przeżywa prawdziwe oblężenie. Promocja pisma Rita Baum przyciągnęła wielu ludzi, w tym mnie. Na kanapie pisarz rozpoczyna swój wieczór autorski czytając rozdział piąty, bo lubi go najbardziej. Czyta chwilę, bo rozdział krótki. Potem mówi o tym, że dzisiejsze społeczności sieciowe mogą być przyrównane do rozmowy z kukiełkami. Nie mamy żadnej pewności, że ktoś żywy jest po drugiej stronie. Posłuchałbym dalej, ale dramatycznie kończy mi się czas. Nie potrafię już skoncentrować się dłużej niż kilka minut. Jestem idealnym czytelnikiem prozy autora siedzącego przede mną na kanapie.

Jetlag wedle definicji zamieszczonej na czwartej stronie okładki powieści nie jest jedynie chorobą podróżną. To także – a może nawet przede wszystkim – stan ducha. To opowieść o ludziach, którzy nie mają nikomu nic do powiedzenia, nic do przekazania. Ich historie są powtarzalne, zapętlone, przypadkowe. Nie mają początku, środka i końca, nie mają żadnego celu, przypominają obijanie się elektronów w jądrze atomu. Pokolenie biurowej klasy średniej, która w połowie czwartej dziesiątki lat ze zdumieniem odkrywa, że nie może pójść w ślady swoich rodziców, bo jeszcze nie dorosła. Fizycznie zaś czuje się już wypalona, ciągłe poszukiwanie samorealizacji, obiecywanej przez tak wielu, jest zajęciem godnym Syzyfa: tak samo bezużytecznym i wyczerpującym.

To powieść więc banalna, miałka i pusta, powieść o niczym i o nikim. Nie oznacza to jednak, że jest to książka zła. Wręcz przeciwnie – w tym jej kształcie widzimy spory talentWiśniewskiego. Udało mu się opisać pokolenie dzisiejszych trzydziestokilkulatków w sposób chyba najlepiej chwytający istotę rzeczy. Chłopcy, którzy przed laty toczyli osiedlowe wojny pod sztandarami Commodore i Atari, dorośli tylko fizycznie. Skończyli studia, znaleźli pracę w korporacjach, wzięli kredyty na mieszkania, bywają w świecie. Mają na swoje usługi technologie, o których czytali w powieściach science fiction, ale ich używanie nie polepsza jakości życia. Ze zdumieniem odkrywają, że posiadanie setek wirtualnych znajomych wcale nie oznacza, że w piątkowy wieczór będą mogli umówić się z kimś na piwo. Zawiedzione nadzieje to prawdopodobnie najlepszy opis tego, co dzieje się z bohaterami powieści. W przewrotny sposób spełnił się sen starszych o pokolenie punkowców. Przyszłość nie istnieje, jesteśmy uwięzieni w kole wiecznej młodości, niedojrzałości, youngadultowej kategorii wymyślonej w dziale marketingu. Cały świat tak działa, postęp stał się faktem. Nawet mój opis tej książki opiera się na tych samych zasadach.

jetlag_okladka_druk1

Można próbować ucieczki, tak jak czynią to bohaterowie Wiśniewskiego. Co znamienne jednak, wybierają oni ucieczkę do tyłu, wstecz, w głąb swojego życia. Zinfantylizowani przez system, buntują się w sposób jedynie im dostępny – organizując sobie „dzień dziecka”. To jedyne na co ich stać, podobnie jak politycznie są w stanie jedynie zaprotestować przeciw zakusom na sieć, która ich upupia i ogłupia jednocześnie.

Trudno zresztą oczekiwać czegoś innego. Tożsamość stała się kostiumem, ubieranym w zależności od okazji. Dzięki zanurzeniu w elektroniczny świat poznaliśmy uczucie tworzenia awatarów. Doświadczenie zaczerpnięte ze szklanych ekranów przenosimy – częstokroć zupełnie nieświadomie – w rzeczywiste życie. Chcemy czegoś więcej, ale wszystkie wysiłki okazują się nadaremne, a my kończymy z jeszcze mniejszą pewnością siebie. Każda z tych prób przynosi rozczarowanie, kończy się niepowodzeniem i rozbudzeniem nowych pragnień. Niespełnienie towarzyszy każdemu ruchowi, w tej grze nie można wygrać. Niemożliwość dokonania ostatecznego kroku staje się jedyną stałą cechą życia jednostki.

Jetlag tak odczytywany może być bez wątpienia określony mianem powieści pokoleniowej. To swoistego rodzaju zapis stanu ducha czasu przełomu, którzy z racji urodzenia trafili na najmniej sprzyjające warunki wchodzenia w dorosłość. Ci kilka lat starsi załapali się jeszcze na lepsze życie, bo początki transformacji ustrojowej gwarantowały duże kariery i wielkie pieniądze. Po drugiej stronie osi pokoleniowego czasu znajdują się ci młodsi, którzy czują się w nowym świecie zadomowieni, bo przecież nie znają innej rzeczywistości. Pomiędzy tymi dwoma grupami tkwią ci wszyscy, którzy już nie mają młodzieńczych nadziei, choć nadal muszą tkwić w paradygmacie wiecznej młodości.

Książka rozpoczyna się dwoma zdaniami: To nie jest moja historia. To jest twoja historia. Im dłużej o tym myślę, tym mocniej przekonany jestem, że to nie tylko moja historia. Stan ducha bohaterów powieści jest zbyt znany, zbyt powszechny, by sądzić, że to zwyczajna nadinterpretacja. Opowieść tak boleśnie prawdziwa sprawia, że identyfikacja odbiorcy z poczynaniami postaci zaludniającymi Jetlag pozostaje na długo w pamięci. Stąd też sądzę, że warto zdobyć się na odwagę stanięcia przed zwierciadłem, jakie usłużnie podaje nam Wiśniewski. Owszem, odbicie może nam się nie spodobać, ale innym przecież nie dysponujemy. Czy możemy je zmienić to kwestia zupełnie inna.

tekst ukazał się pierwotnie na portalu kanapa.it

Retro za bardzo retro


Izabela Żukowska, Teufel,

Izabela Żukowska, Gotenhafen

Kolejny kryminał w retro dekoracjach? Mamy tego typu książek w naszym kraju tak dużo, że właściwie można przejść obojętnie wobec zdecydowanej większości. Po sukcesach Marka Krajewskiego swoje wizje przedstawia bardzo wielu autorów i autorek, z różnym zresztą skutkiem. Jest kilka powieści udanych, nieco takich sobie i cała masa takich, które zginęły w mrokach półek tuż po publikacjach. Książki Żukowskiej lokują się gdzieś pośrodku szerokiego spektrum pomiędzy wspaniałą powieścią a gniotem niewartym czytelniczej uwagi.

pobrane (1)Teufel przynosi opowieść o ostatnich dniach sierpnia 1939 roku w Wolnym Mieście Gdańsk. Już samo to usytuowanie w czasoprzestrzeni nasuwa szereg skojarzeń. Wojna wybuchnie lada chwila i tak naprawdę to najbardziej zajmuje czytelnika. A także atmosfera miasta, w którym krzyżują się nie tylko szlaki handlowe, ale przede wszystkim odmienne narodowości. W takiej scenerii zabójstwo młodej kobiety właściwie wydaje się dość banalne. Tym bardziej, że komisarz Thiedtke odlicza dni do przejścia na emeryturę. Kiedy jednak zgłasza się do niego młoda dziewczyna, która ma wątpliwości co do okoliczności śmierci i tożsamości ofiary, postanawia przeprowadzić swoje ostatnie śledztwo.

pobrane (2)Akcja Gotenhafen rozgrywa się już w czasie wojny. Emerytowany komisarz budzi się w pokoju hotelowym z trupem. Niczego nie pamięta. Miejscowe Gestapo nie ma wątpliwości – to on zabił. Komisarzowi udaje się uciec podczas transportu i od tej pory próbuje odnaleźć sprawcę zabójstwa, a przy okazji poznać własne życie na nowo. W tej batalii jego sojuszniczką będzie polska lekarka, która wciąż wierzy, że jej mąż powróci do Gdyni.

Mam spory problem z tą dylogią Żukowskiej. Z jednej strony nie sposób nie docenić benedyktyńskich wręcz wysiłków autorki w celu odtworzenia atmosfery dawnego Gdańska i Gdyni. Mam jednak jakieś takie poczucie, że owa dbałość o historyczny realizm zabiła ducha powieści kryminalnej, zwłaszcza w odniesieniu do debiutanckiego Teufel. Druga część opowieści o komisarzu Thiedtke posiada nieco więcej akcji, więc można ją uznać za dzieło bardziej dopracowane. W pierwszej książce niestety na plan pierwszy wysuwa się dbałość o realizm. Dlaczego niestety? Sądzę, że niektórzy mogą się zachwycać, ale osobiście poczułem się zmęczony w kilku miejscach. Kiedy jedna z postaci widzi gazetę, otrzymujemy ciąg skojarzeń, tłumaczący wszystkie dostępne ówcześnie tytuły prasowe. Każdy kościół wzbudza dygresję historyczną, podobnie jak każda ulica, choćby najmniejsza. Być może nie potrafiłem docenić kunsztu autorki, ale osobiście szukam w powieści kryminalnej czegoś innego niż nadmiar historycznej wiedzy, nawet tak interesującej. Podobnie oceniam obecność zdjęć w tekście. Niby wszystko ładnie, a jednak czegoś brak. Wszak i nadmiar szkodzi zdrowiu, dlaczego zatem mielibyśmy znosić go w literaturze?

Werdykt zatem wydaję salomonowy – czytać można, ale niekoniecznie. A jeśli już, to raczej sugerowałbym Gotenhafen. Lektura jest jak najbardziej możliwa bez znajomości wcześniejszej części. Być może nawet taka lektura będzie większą przyjemnością.

Robert J. Szmidt, Ostatni zjazd przed Litwą


Ostatnio pisałem o fantastyce naprawdę sporej jakości, dziś dla odmiany coś, co nie ma takich aspiracji. Wydany kilka lat temu tom zatytułowany Ostatni zajazd przed Litwą, autorstwa Roberta J. Szmidta należy do nurtu czystej rozrywki. W sam raz na urlop, jak ktoś ma to szczęscie.

Zbiór opowiadań, których tak naprawdę nie łączy nic, poza dość szeroko rozumianą fantastyką. Z domieszką sensacji czy horroru, jak każe dzisiejsza norma gatunku, ale rdzeń pozostaje niezmienny. To światy wymyślone, choć przecież nieodległe i bardzo, naprawdę bardzo prawdopodobne. Choćby po części.

Pięć opowieści na nieco ponad trzysta stron druku wydaje się być liczbą akuratną, taką w sam raz. Opowiadania pomieszczone w zbiorze nie łączą się ze sobą w żaden sposób, ani pod względem wykreowanego świata ani pod względem poetyki. To osobne historie, z których każda chce żyć własnym życiem. Każda z nich jest też sprawnie napisana, ale czytelnik ma świadomość obcowania ze znanymi mu wcześniej motywami, podlanymi jednakże (choć bardzo skąpo) własnym sosem autora. Ten zbiór to dzieło sprawnego rzemieślnika, znającego dobrze swój fach, ale trzymającego się zasad. Nieco, jak na mój gust, zbyt kurczowo.

Zbiór zaczyna się opowiadaniem z gatunku grozy, gdzie alternatywny świat, pomieszczony na granicy wielu rzeczywistości, staje się polem walki Dobra i Zła. Nosi ono tytuł „Cicha Góra” i jest wariacją na temat dość często obecny w naszej twórczości fantastycznej. Sprawnie opowiedziana fabuła nie zawiera jednak w sobie tego czegoś, co jedni nazywają iskrą Bożą a inni talentem. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale te miejsca są już dobrze znane. Przyjemnie się to czyta, lecz po lekturze nie pozostaje żadna głębsza refleksja. To gatunek literatury, którą osobiście nazywam literaturą użytkową. Można jej użyć, można nawet poddać się jej urokowi, ale po lekturze nie pozostaje nic więcej. Ot, kolejna opowiastka rozegrana w dobrze znanych scenografiach i kostiumach.

Opowiadanie kolejne, zatytułowane tak samo jak najbardziej znana płyta Pink Floyd, próbuje połączyć hard sf z poetyką znaną z książek Philipa K. Dicka. Niestety, z tej próby nie wychodzi zwycięsko. Po raz kolejny okazuje się, że rozgrywanie klasycznych już niemalże tematów wymaga czegoś więcej niż sprawnego warsztatu. Pomysł jest zużyty niemal do przezroczystości, a przez prześwity widać całość konstrukcji, która chwieje się i kołysze nawet przy bezwietrznej pogodzie. Przypomina nieco rusztowanie, na którym rozpięto reklamę. Reklama ta niby coś zasłania, ale wszyscy wiedzą, jak wygląda budynek schowany pod nią.s

Najbardziej spodobała mi się historia zatytułowana „Mrok nad Tokyoramą”. Znów mamy do czynienia z dość w sumie banalną historią, ale tym razem sposób prowadzenia tej opowieści potrafi wciągnąć czytelnika. I trzymać w swoich rękach aż do końca, mimo iż fabuła jest aż do bólu przewidywalna i łatwa do odczytania nawet dla średniozaawansowanego czytelnika. Mimo tego opowiadanie to ma w sobie to coś, co przyciąga. Być może to zasługa dobrze oddanego egzotycznego wciąż dla nas, zwykłych polskich zjadaczy chleba, japońskiego stylu życia. Być może coś innego, ale niemniej rezultat wart jest poświęconego mu czasu. Nawet pomimo ckliwego finału, opartego o dawno zużyte schematy.

Bardzo ciekawe, choć zupełnie z innych powodów, są dwa ostatnie opowiadania. Pierwsze przemawia do nas przede wszystkim pomysłem, w którym to Polacy po raz kolejny walczą o własną niepodległość i niezależność na przekór wszystkim i wszystkiemu. Tytułowe opowiadanie budzi naszą dumę narodową i to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć. Cała reszta to – po raz kolejny! – zlepek stereotypowych spojrzeń na możliwy rozwój sytuacji na świecie.

Opowiadanie ostatnie próbuje natomiast czegoś innego. Również i tutaj znajdziemy odwołania bliskie naszemu polskiemu sercu, ale są one czymś innym. Akcje tajnych służb i ich związki z polityką, zbudowane na zaskakującej i oczywistej jednocześnie puencie, stanowią naprawdę wisienkę na torcie upieczonym przez autora. Choć ciągle nie mogę pozbyć się wrażenia, że siłę oddziaływania tej historii oceniam poprzez pryzmat jej odbicia w realnym świecie, w którym walka wywiadów i zakulisowe potyczki są na porządku dziennym nie tylko w oczach zwolenników teorii spiskowych. Niemniej jednak „Polowanie na jednorożca” to kawałek dobrej, sprawnie napisanej prozy, którą da się czytać bez poczucia zmarnowanego czasu.

W całości zbiór nadaje się do czytania, zwłaszcza w porównaniu do wielu innych, które nie zasługują nawet na poświęcenie im czasu. Jest to jednak właśnie literatura rozrywkowa sensu stricte. Nic więcej nie należy od niej oczekiwać. Po skończonej podróży odejdzie w niepamięć.

 

Andrzej Krajewski Skyliner


Uległem opisowi wydawcy i przeczytałem. Było tam porównanie do prozy Tyrmanda i Głowackiego, lokując książkowy debiut znanego (podobno, ja osobiście nie znałem twórczości Krajewskiego) grafika i plastyka, mieszkającego od lat w Stanach Zjednoczonych, wśród książek o polskich miłośnikach jazzu w ciemnych latach pięćdziesiątych. Dodatkowo pisano tam też i o tym, że to „powieść łotrzykowska”, opisująca życie półświatka we Wrocławiu tamtych lat. Nie oparłem się takiej pokusie, bo każdy z tych tematów mnie pociąga, nawet jeśli występuje w pojedynkę, co tu mówić  zaś o tak wspaniale zapowiadanym połączeniu, musiałem koniecznie jak najszybciej rozpocząć lekturę.

Jak to często bywa z podobnymi zapowiedziami, nie okazały się one w całości odpowiadające realnemu stanowi rzeczy. Co prawda wszystkie wymienione wyżej elementy występują w tej powieści, ale nie czynią z niej arcydzieła, czy choćby powieści mającej ogromne zadatki na podbicie serc i umysłów szerokich rzesz czytelników. Przypomina mi to nieco podobną sytuację w kuchni – nie ma znaczenia fakt, że korzystaliśmy z tych samych składników co mistrz kulinarnych dokonań, jeśli nie zrobiliśmy tego w odpowiedni sposób i jeśli brakuje nam „tego czegoś”, co jedni nazywają talentem, drudzy „iskrą Bożą”.

Nie jest to kompletny gniot, ale bywają momenty naprawdę mało strawne. Prowadzona w pierwszej osobie narracja, a także sama postać bohatera – młodego rysownika z dawnego „dobrego domu”, konstestującego siermiężną rzeczywistość głównie za pomocą namiętności do jazzu, którego słucha cały czas, i wielka miłość do wszystkiego co amerykańskie, pozwala zobaczyć alter ego autora. Nie byłoby może w tym nic szczególnego nawet, gdyby nie ciągle podkreślana, nawet jeśli jedynie w duchu, wyższość bohatera nad wszystkimi niemalże. Nie przeczę, że sporo ludzi z tak zwanego „awansu społecznego” nie grzeszyła ani intelektem, ani wiedzą, ani nawet odpowiednimi manierami, ale nie chcę też wierzyć w to, że nagle przestali istnieć zwykli ludzie, którym ani nie podobał się nowy ustrój, ani nie zachwycał swymi wspaniałościami Zachód. Na dodatek ciągłe powtórzenia, niemalże wyznania swej ogromnej miłości do jazzu, ciągłe podkreślanie własnej przebiegłości w kontaktach z innymi, nieustanne drobiazgowe wyliczenia kolejnych miłosnych podbojów i szczegółowe opisy własnych kreacji (oczywiście, wszystkie ciuchy były MADE IN USA) powodują znużenie i zirytowanie czytelnika. Bardzo ciężko jest wytrzymać ten ciągły zachwyt nad własną osobą, szybko się zresztą zaczyna wydawać, jakby był to jedyny powód powstania tej książki.

Akcja nie jest zbyt skomplikowana. Oto młody chłopak nie dostaje się na studia z powodu niewłaściwego pochodzenia, naturalną koleją rzeczy staje na komisji wojskowej. Na skutek przypadku zostaje wyznaczony mu termin powtórnej komisji, ma jednak pewność, że zostanie wcielony do armii. Postanawia uciec z Polski. Okazuje się, że jest to możliwe, kosztuje jednak niebagatelną sumę stu tysięcy złotych, którą trzeba zdobyć w kilka tygodni. Przy pomocy własnej pomysłowości i odrobinie szczęścia, udaje mu się nie tylko zdobyć wymaganą sumę, ale i kilka razy więcej. W oczekiwaniu na przerzut do zachodnich Niemiec, młody człowiek używa życia, słuchając jazzu, jeżdżąc luksusowym mercedesem i zdobywając kolejne kobiety. Opisywane zdarzenia przeplatane często są reminiscencjami z przeszłości, różnego rodzaju dygresjami i, przede wszystkim, opisami wspaniałości i świetności głównego bohatera.

Cierpliwy czytelnik zostanie jednak nagrodzony, bo ostatnie kilkadziesiąt stron powieści jest naprawdę dobrą literaturą. Odniosłem wrażenie, jakby był to zapis albo najbliższy rzeczywistemu obrazowi wnętrza autora albo powstał po prostu najwcześniej. Zresztą, może obie te kwestie nie wykluczają się wzajemnie, a raczej uzupełniają. przyszło mi na myśl, że książka pana w podeszłym już wieku (rocznik 1934) była swego rodzaju zapisem wspomnień młodości, w której czas wrocławski, przeżyty samodzielnie u progu dorosłości był właśnie takim życiem, pełnym przygód, zabawy i dbałością o własny wizerunek. Wiele osób podobnie przeżywa pierwszy okres opuszczenia rodzicielskiego domu, zachłystując się nagle otrzymaną wolnością, dopiero później nadchodzi poczucie odpowiedzialności, plany na przyszłość i dążenie do stabilizacji. I widać to wyraźnie pod koniec powieści, kiedy bohater wspomina swoje dzieciństwo, przypadające na czas wojny, tułaczki po wsiach i dworach, poczuciu straty i zagubienia z jednej strony i chęci zbudowania zwykłego, chłopięcego świata gier i zabaw, zwariowanych planów podróży i prób wchodzenia w świat dorosłych. I dla tych fragmentów warto po tę książkę sięgnąć, pomimo jej wad może się okazać, że ulegliśmy czarowi świata, którego już nie ma.