lektury

Primo Levi „Czy to jest człowiek”


Oto kolejna książka ocalałego więźnia Auschwitz. Chronologicznie pierwsza, ukazała się już w dwa lata po wojnie.Nie uzyskała zbyt dużego rozgłosu, co dotknęło mocno autora, którego celem było rozgłoszenie prawdy o niemieckich obozach zagłady i Holocauście. Musiało jednak minąć kilkanaście lat, by świat był w stanie zmierzyć się z okrutną prawdą.

„Czy to jest człowiek” to zupełnie inna gatunkowo książka niż „Pogrążeni i ocaleni”, o której pisałem jakiś czas temu. Bliżej jej do zwykłej opowieści, opisuje bowiem pobyt autora w obozie w Auschwitz, jak się tam znalazł i w jaki sposób udało mu się przeżyć okres uwięzienia.

Ale to lektura tylko na pozór podobna do tych znanych nam polskich opowieści Nałkowskiej, Borowskiego czy nawet Grzesiuka. Levi co prawda pisze tylko o sobie, z rzadka wspomina innych współwięźniów i obozowe historie zasłyszane. Zajmuje się swoją reakcją na nieludzkie traktowanie, opisując z chirurgiczną niemal precyzją koleje swego losu. Nigdzie dotąd, a swojego czasu zdarzyło mi się przeczytać wiele podobnych historii, nie odczuwałem aż tak namacalnie tragedii tych ludzi. Kiedy Levi pisze o pracy w zimie, gdy lekko ubrany tylko w obozowy pasiak i drewniane chodaki zmuszony jest pracować po kostki w wodzie, czytelnik może poczuć się niemalże jak uczestnik tamtych wydarzeń.

Reklamy

Książki o Wrocławiu cz.1


Wrocławski oddział Gazety Wyborczej zaproponował ostatnio dziesiątkę  książek z Wrocławiem w tle. Przeczytałem i zorientowałem się, że z połowa tytułów tych książek nic mi nie mówi, poza tytułem rzecz jasna. Wszyscy znają Marka Krajewskiego, ale żeby na przykład pamiętać – świetny skądinąd – debiut Siemiona Niskie łąki, to już raczej niekoniecznie, prawda? Pomyślałem też, że z całą pewnością zabrakło miejsca dla literatury popularnej, a przecież nie tylko Markiem Krajewskim możemy się w tej dziedzinie pochwalić. Andrzej Ziemiański, Jacek Inglot, Łukasz Orbitowski, Paweł Pollak, Nadia Szagdaj, Marta Kisiel to tylko kilka nazwisk, które przyszły mi na myśl w ciągu paru chwil. Pomyślałem, że może warto jednak ten temat nieco rozszerzyć. O części z tych książek na tym blogu pisałem, więc czasem będę odgrzewał starego kotleta. Obiecuję jednak, że dodatki zawsze będą świeże.

 

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Powieść Orbitowskiego jest na pierwszym miejscu chyba ze względu na tytuł, po prostu najszybciej wpadł mi do głowy. Bardziej wrocławski być po prostu już nie może. Owszem, są te różne „Breslau’y” modne na księgarskich półkach od czasów narodzin komisarza Mocka, ale jednak samo miasto w wersji pełnej piastowskiej dumy i tysiącletniej historii państwowości rzadko niezwykle zajmuje miejsce w tytule. Obok książki Orbitowskiego na tę chwilę pamiętam jeszcze tylko „Waniliowe plantacje Wrocławia” Ziemiańskiego, ale to jest jednak opowiadanie, więc troszkę chyba mniejszy kaliber.

Sam pomysł jest w sumie bardzo prosty. W pewnym bloku dzieje się coś dziwnego, śledztwo trwa, epidemia rośnie, pytania się mnożą, odpowiedzi uciekają sprzed nosa. Horror narasta, emocje sięgają zenitu, finał powieści zaskoczy na pewno. Prosty schemat, to prawda, ale w wersji Orbitowskiego poszczególne elementy układanki połączone są ze sobą w sposób oryginalny.

O samej książce można albo bardzo długo, zajmując się po kolei odczytywaniem znaczeń, aluzji, półsłówek i innych smaczków, hojnie rozsianych przez szanownego autora w dość obszernym tekście. Można, ale chyba niekoniecznie trzeba czytelnika męczyć długim i skomplikowanym analitycznym tekstem o „prawdziwym” odczytaniu zamysłu artystycznego i jego znaczeniu dla światowej literatury lub dla robotników budowlanych w północnej części miasta, pokrywających styropianem pęknięcia wielkich płyt. Można – a zapewnie nawet i należy – rozmawiać, pisać, dyskutować o tym, jak Orbitowski gra z konwencją horroru, jak łamie ramy gatunku i jednocześnie wprowadza go na literackie salony (a czyni to chyba w ten sam sposób, w jaki często nawiedza literackie imprezy – w dresie). Dyskusje i analizy to rzecz niezwykle zajmująca, wymaga jednak czasu, który dostępny jest jedynie garstce akademików i przyciągniętych na siłę studentów. Zostawmy zatem wielkie narracje i skupmy się na przyjemności.

Święty Wrocław po prostu trzeba przeczytać i przetrawić we własnym wnętrzu. Tę książkę należy przeżyć, najlepiej dwukrotnie, by potem zastanowić się nad własną opinią w tej kwestii. Dla mnie osobiście to po prostu jedna z lepszych powieści minionych lat XXI wieku. Rozumiem, że można nie lubić dość specyficznej pisarskiej roboty Orbitowskiego, który w swych powieściach łączy języki i poziomy opowiadania w sposób daleki od tego, co zalecał Arystoteles. Nie należy go jednak unikać, bo tym samym pozbawiamy się możliwości obcowania z naprawdę dobrą literaturą, wykraczającą poza zwykłą funkcję rozrywkową. Trzeba zresztą o tym pamiętać: jeśli ktoś szuka tylko rozrywki, Święty Wrocław może spokojnie odpuścić. Inni na pewno się nie rozczarują.

5 najgorszych lektur szkolnych


Książki o blogowaniu nie kłamią. Naprawdę krótkie wpisy robią furorę, jeszcze lepiej sprzedają się listy. Statystyki nie kłamią, setki Polaków nie mogą się mylić. Trzeba zatem dostarczać kontentu takiego by kontentował szanownych czytelników. A przecież każdy i każda ma kilka koszmarów nocnych związanych z książkami, które prześladowały nas w czasach szkolnych. Poniżej moja piątka, w kolejności oczywiście zupełnie przypadkowej.

1. Zofia Nałkowska, Granica – to był koszmar lat licealnych. Wszystko było lepsze, nawet ta nieszczęsna Orzeszkowa, której tak wszyscy nienawidzili. W Granicy nie dzieje się nic, pretensje autorki do snucia psychologicznych rozważań o kondycji ludzkiej nie zostały przeze mnie zauważone, a wątek socjologicznego opisania walki klas objawił mi się dopiero na polonistyce. Granica bolała mnie tym bardziej, że darzyłem Nałkowską czcią nabożną od wieku szczenięcego, tuż po przeczytaniu znakomitych Medalionów. Cóż, nie ma ludzi idealnych.

2. Eliza Orzeszkowa, Nad Niemnem – już wspomniana wcześniej, nie mogło jej zabraknąć w zestawie. Tu chyba nie ma żadnych wątpliwości, nikt nie lubi czytać kilometrowych opisów przyrody przedstawionych z gracją odpornego na żywe słowo botanika. Samo pisanie o wspomnieniach lektury przytłaczające mocno, nie męczmy się zatem już dłużej.

pobrane3. Antoine de Saint-Exupery, Mały książe – zanim modny stał się w Polsce Paulo Coehlo, tryumfy święcił William Wharton. Przed autorem Ptaśka katowano (i nadal się to robi, sam przerabiałem tę żałosną opowiastkę podczas praktyk gimnazjalnych) młodzież dorastającą pseudofilozoficzną bajką bez żadnego sensu, za to z morałem na każdej stronie. I z obrazkami, żeby nawet ci, co nie umieją czytać lub czytają bez zrozumienia, poznać prawdy objawione autorowi mogli. Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Być może dlatego, że w wieku 15 lat dużo bardziej zajmowało mnie nadrabianie klasyki zachodniej powieści fantastycznej i sensacyjnej. A Mały książę  zupełnie przecież nie wytrzymuje starcia z książkami Fredericka Forsytha czy Franka Herberta.

4. Czesław Centkiewicz, Anaruk, chłopiec z Grenlandii – zupełnie umknęła mi także idea tej książki. Opanowany żądzą przygody pochłaniałem książki Karola Maya, Juliusza Verne’a, Zbigniewa Nienackiego, Wiesława Wernica  i wielu, wielu innych. Zazwyczaj jednak działo się to wszystko w piaskach pustyń, stepach, morzach i oceanach. Jack London mnie w też nie porwał Białym kłem, jakby mroźne klimaty w ogóle nie pasowały do mojej wizji przygody. Tak to już jest, jak się dziecko naczyta o piratach na morzach południowych.

5. Joseph Conrad, Jądro ciemności – zupełnie nie przemówiła i ta książka do mnie. Być może za wcześnie było na takie gęste narracje, być może równocześnie za późno na szok tego, co dzieje się z człowiekiem w „smudze cienia”. Po kapitanie Ahabie już byłem, więc w gruncie rzeczy chyba to wówczas zdałem sobie sprawę z tego, o czym pisał Conrad. A postkolonializm nie był jeszcze modny we wrocławskich szkołach średnich.

Krótka ta lista nie wyczerpuje tematu męki. Jest jednakże próbą wskazania bólu towarzyszącego okresowi dojrzewania. Jednocześnie wszelkich zaniepokojonych o mój rozwój intelektualny i moralny pragnę w tym miejscu zapewnić, że wszystkie wymienione książki przeczytałem w całości. Fakt zaś dokonania tego heroicznego wyczynu upoważnia mnie do tego, by widzieć w nich zło. Na szczęście literatura zna również przypadki arcydzieł. Nieco mniej liczne, ale i przyjemność większa. Lista bestsellerów szkolnych niebawem.

5 pism o literaturze


Ostatnio zauważyłem pismo „FanBook” i przejrzałem sobie. Rzeczywiście, miałem „fun”, uśmiechając się pod nosem przy lekturze tekstów tam pomieszczonych. Stary i cyniczny już jestem, więc nie będę wywlekał szczegółów i zalewał wszystkiego wokół żółcią własnej niechęci. Zamiast tego afirmatywnie i pozytywnie podejdę do tematu prasy literackiej: podzielę się tym, co czasem czytam. Kolejność jak zawsze przypadkowa.

1. Twórczość – wróciłem jakoś niedawno do tego pisma, zwykłym przypadkiem i właściwie jakby mimochodem. Przyczyną była proza Agnieszki Kłos, zamieszczona jakoś przed paroma miesiącami. Od tamtej pory zaglądam do kolejnych. Nie żałuję, bo w każdym numerze coś tam ciekawego wyczytałem. Mało poezji może też stanowić zachętę dla niektórych.

2. Literatura na świecie – tu rolę główną odgrywa sentyment ogromny, bo czytywane w liceum pożółkłe numery z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku otworzyły mi oczy na wiele ważnych książek. Dziś nieco nudnawa, niekiedy przyciężka, jest jednak wciąż LnŚ czymś ważnym w życiu przeciętnego zjadacza słów drukowanych.

3. Dialog – pismo o teatrze jest fantastyczne. Nie będę udawał, że się jakoś specjalnie na teatrze znam, ale lubię podczytywać. Podobnie jak w przypadku wcześniej już wymienionych, ogromny sentyment z lat minionych, bo drukowane tam sztuki nierzadko stały się klasyką współczesnej polskiej dramaturgii. Poza tym po prostu uwielbiam czytać utwory przeznaczone na scenę.

4. Odra – nie tylko dlatego, że ukazuje się w moim mieście i nie tylko dlatego, że jest tworzona przez ludzi mocno z Wrocławiem związanych. Przede wszystkim dlatego, że stanowiła dla mnie pierwsze tego typu czasopismo i w rezultacie jakoś mnie ukształtowała. Dziś poziom jakby obniżał się nieco, moda na czytanie Odry minęła, ale mimo wszystko polecam.

Rita Baum

Rita Baum

5. Rita Baum – nie, nie dlatego, że tam pisuję od czasu do czasu i zupełnie nie tylko dlatego, że redakcję tworzą świetni ludzie, z którymi warto udać się w rejs po Odrze lub w rejs po knajpach. To po prostu pod wieloma względami świetne pismo, które ma jedną przewagę nad wszystkimi innymi: jest pięknie wydawane. Dzięki dobrej jakości możemy oglądać reprodukcje prac plastycznych w jakiś sensowny sposób. Za to ekipie Rity Baum należy się chwała.

Obiecałem w tytule pięć pism, więc jest pięć. Wielką krzywdę wyrządziłem na pewno takim periodykom jak Ha!art czy Lampa tudzież Nowe książki. Ale o tym pewnie będzie w kolejnym odcinku, który ukaże się w niezamierzonej przyszłości.

Książki najgorsze czyli podsumowanie 2013


Rzadko pisuję o książkach, ale wychodzi z moich notatek, że przeczytałem w tym roku ponad 140 tytułów. Kilka z nich było wybitnych, nieco więcej zdarzyło się tych świetnych. Niestety, były i takie, przed którymi przestrzegać trzeba. Postanowiłem wziąć to trudne zadanie na swoje barki. Oto krótka lista tego, czego nie należy brać do ręki. Jedna uwaga – to nie są książki wydane w odchodzącym roku. To książki przeze mnie przeczytane.

Maureen Jennings, Detektyw Murdoch. Biedny Tom już wystygł – może niektórzy znają serial, który początkowo i mi się podobał (przez pierwszy sezon). Przygody detektywa z Toronto początku XX wieku w wersji pisanej są jednak niestrawne. Sztampa w warstwie fabularnej, żadnej fajnej retro atmosfery i życie wewnętrzne bohaterów zrobione z jednej i mało zapisanej kartki papieru. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Chloe Palov, Arka Ognia – o tym pisałem akurat, bo dostałem ten gniot do recenzji od redakcji polter.pl. Jeśli uważacie, tak jak niżej podpisany, że Dan Brown jest słaby, to twórczość Palov nie mieści się w żadnej kategorii. Wiecie, są pewne granice żenady w pisaniu o templariuszach i ich skarbach i spiskach.

Agata Tuszyńska, Tyrmandowie. Romans amerykański – tym razem literatura faktu, czyli rozmowy z żoną Tyrmanda. Równie słabe jak ostatnie  wystąpienia jego syna w polskiej telewizji. Strata czasu i nic ciekawego. Ani nic o twórczości ani smakowitych kąsków z życia prywatnego.

Camilla Lackberg, Niemiecki bękart – również już opisana, jest tragedią dla wszystkich miłośników kryminałów, w których nie tylko coś się dzieje, ale logika nie ustępuje miejsca akcji. A tu ani akcji ani logiki. Po prostu bardzo długie wypracowanie gimnazjalistki, w dodatku tej raczej mniej rozgarniętej. Naprawdę nie rozumiem fenomenu. A film, co ostatnio i w Polsce dostępny, jest jeszcze większym koszmarem.

Mons Kallentoff, Wodne anioły – do recenzji przymierzam się, czasu nie mam, ochoty w sumie chyba też. Ta książka to doskonały przykład na to, jak ciekawy temat i nawet znośną fabułę uczynić czytelniczym koszmarem przez stosowanie kiepskiego języka i równie marnych rozwiązań, które mają udawać jakąś wyrafinowaną pisarską sztukę .(awangardę? poetyckość?). Lepiej trzymać się z dala.

To by było na tyle, następnych kilka gniotów opisałem w tym roku, można poszperać. W nowym roku życzę i sobie i Wam, by takich lektur było jak najmniej. W końcu czyta się dla przyjemności przede wszystkim.

PS. Kolejność pojawiania się tych powieści na liście jest chronologiczna. Wszystkie są słabe, więc nie potrafię zdecydować. Choć chyba jednak Palov.

Antoni Dudek PRL bez makijażu


Autor jest dość znanym i cenionym znawcą historii najnowszej naszego kraju, specjalizuje się w temacie istnienia Polskiej Republiki Ludowej. Publikuje różne prace, nie tylko książkowe. Często można natknąć się na artykuły jego autorstwa w różnych popularnych polskich pismach, jak na przykład „Rzeczpospolita”, „Wprost” czy „Newsweek”. I właśnie ta książka jest zbiorem opublikowanych już w różnych periodykach artykułów, choć część z nich pojawia się w rozszerzonej formie.

Antoni Dudek zamieścił tu teksty z kilku lat, możemy więc prześledzić nie tylko ciekawie opisane losy naszego kraju, ale i dowiedzieć się wiele o czasie już nam współczesnym. Autor często odwołuje się do wydarzeń z ówczesnego życia politycznego wziętych, co wprawdzie nie zawsze wychodzi tekstowi na dobre, ale jest w pewien sposób interesujące. O ile też w początkowych rozdziałach opisywane kwestie mają ogromną ilość faktów, to w miarę lektury jest z tym nieco słabiej. Mimo to, całość utrzymuje wysoki poziom naukowy, co widać zwłaszcza w obiektywnym stosunku do opisywanych wydarzeń, a jednocześnie stanowi zajmującą lekturę.

Trzydzieści cztery teksty poruszają bardzo szerokie spektrum tematów, od tych bardziej znanych – poznański Czerwiec’56, postać kardynała Wyszyńskiego i historia strajków w Sierpniu’80, do tych mniej może znanych, ale świetnie uzupełniających panoramę historii PRL, żeby wspomnieć choćby historię ORMO i ZOMO lub tekst o dzienniku telewizyjnym.

Dzięki tej książce można się na pewno sporo dowiedzieć, choć osoby zainteresowane tematem i posiadające sporą wiedzę mogą poczuć się nieco rozczarowane. Jedynie niektóre z rozdziałów będą dla nich niosły nową wiedzę, inne co najwyżej ujawnią nieco więcej materiału faktograficznego do znanych wydarzeń. Warto jednak książkę przeczytać choćby dlatego, że jest naprawdę dobrze napisana i jej lektura sprawia czytelnikowi dużą przyjemność. Godna polecenia jest zwłaszcza dla młodzieży, która chciałaby się czegoś dowiedzieć o tamtych latach. Ta książka z całą pewnością dostarczy wiedzy każdemu zainteresowanemu.

Andrzej Krajewski Skyliner


Uległem opisowi wydawcy i przeczytałem. Było tam porównanie do prozy Tyrmanda i Głowackiego, lokując książkowy debiut znanego (podobno, ja osobiście nie znałem twórczości Krajewskiego) grafika i plastyka, mieszkającego od lat w Stanach Zjednoczonych, wśród książek o polskich miłośnikach jazzu w ciemnych latach pięćdziesiątych. Dodatkowo pisano tam też i o tym, że to „powieść łotrzykowska”, opisująca życie półświatka we Wrocławiu tamtych lat. Nie oparłem się takiej pokusie, bo każdy z tych tematów mnie pociąga, nawet jeśli występuje w pojedynkę, co tu mówić  zaś o tak wspaniale zapowiadanym połączeniu, musiałem koniecznie jak najszybciej rozpocząć lekturę.

Jak to często bywa z podobnymi zapowiedziami, nie okazały się one w całości odpowiadające realnemu stanowi rzeczy. Co prawda wszystkie wymienione wyżej elementy występują w tej powieści, ale nie czynią z niej arcydzieła, czy choćby powieści mającej ogromne zadatki na podbicie serc i umysłów szerokich rzesz czytelników. Przypomina mi to nieco podobną sytuację w kuchni – nie ma znaczenia fakt, że korzystaliśmy z tych samych składników co mistrz kulinarnych dokonań, jeśli nie zrobiliśmy tego w odpowiedni sposób i jeśli brakuje nam „tego czegoś”, co jedni nazywają talentem, drudzy „iskrą Bożą”.

Nie jest to kompletny gniot, ale bywają momenty naprawdę mało strawne. Prowadzona w pierwszej osobie narracja, a także sama postać bohatera – młodego rysownika z dawnego „dobrego domu”, konstestującego siermiężną rzeczywistość głównie za pomocą namiętności do jazzu, którego słucha cały czas, i wielka miłość do wszystkiego co amerykańskie, pozwala zobaczyć alter ego autora. Nie byłoby może w tym nic szczególnego nawet, gdyby nie ciągle podkreślana, nawet jeśli jedynie w duchu, wyższość bohatera nad wszystkimi niemalże. Nie przeczę, że sporo ludzi z tak zwanego „awansu społecznego” nie grzeszyła ani intelektem, ani wiedzą, ani nawet odpowiednimi manierami, ale nie chcę też wierzyć w to, że nagle przestali istnieć zwykli ludzie, którym ani nie podobał się nowy ustrój, ani nie zachwycał swymi wspaniałościami Zachód. Na dodatek ciągłe powtórzenia, niemalże wyznania swej ogromnej miłości do jazzu, ciągłe podkreślanie własnej przebiegłości w kontaktach z innymi, nieustanne drobiazgowe wyliczenia kolejnych miłosnych podbojów i szczegółowe opisy własnych kreacji (oczywiście, wszystkie ciuchy były MADE IN USA) powodują znużenie i zirytowanie czytelnika. Bardzo ciężko jest wytrzymać ten ciągły zachwyt nad własną osobą, szybko się zresztą zaczyna wydawać, jakby był to jedyny powód powstania tej książki.

Akcja nie jest zbyt skomplikowana. Oto młody chłopak nie dostaje się na studia z powodu niewłaściwego pochodzenia, naturalną koleją rzeczy staje na komisji wojskowej. Na skutek przypadku zostaje wyznaczony mu termin powtórnej komisji, ma jednak pewność, że zostanie wcielony do armii. Postanawia uciec z Polski. Okazuje się, że jest to możliwe, kosztuje jednak niebagatelną sumę stu tysięcy złotych, którą trzeba zdobyć w kilka tygodni. Przy pomocy własnej pomysłowości i odrobinie szczęścia, udaje mu się nie tylko zdobyć wymaganą sumę, ale i kilka razy więcej. W oczekiwaniu na przerzut do zachodnich Niemiec, młody człowiek używa życia, słuchając jazzu, jeżdżąc luksusowym mercedesem i zdobywając kolejne kobiety. Opisywane zdarzenia przeplatane często są reminiscencjami z przeszłości, różnego rodzaju dygresjami i, przede wszystkim, opisami wspaniałości i świetności głównego bohatera.

Cierpliwy czytelnik zostanie jednak nagrodzony, bo ostatnie kilkadziesiąt stron powieści jest naprawdę dobrą literaturą. Odniosłem wrażenie, jakby był to zapis albo najbliższy rzeczywistemu obrazowi wnętrza autora albo powstał po prostu najwcześniej. Zresztą, może obie te kwestie nie wykluczają się wzajemnie, a raczej uzupełniają. przyszło mi na myśl, że książka pana w podeszłym już wieku (rocznik 1934) była swego rodzaju zapisem wspomnień młodości, w której czas wrocławski, przeżyty samodzielnie u progu dorosłości był właśnie takim życiem, pełnym przygód, zabawy i dbałością o własny wizerunek. Wiele osób podobnie przeżywa pierwszy okres opuszczenia rodzicielskiego domu, zachłystując się nagle otrzymaną wolnością, dopiero później nadchodzi poczucie odpowiedzialności, plany na przyszłość i dążenie do stabilizacji. I widać to wyraźnie pod koniec powieści, kiedy bohater wspomina swoje dzieciństwo, przypadające na czas wojny, tułaczki po wsiach i dworach, poczuciu straty i zagubienia z jednej strony i chęci zbudowania zwykłego, chłopięcego świata gier i zabaw, zwariowanych planów podróży i prób wchodzenia w świat dorosłych. I dla tych fragmentów warto po tę książkę sięgnąć, pomimo jej wad może się okazać, że ulegliśmy czarowi świata, którego już nie ma.