fantastyka

Helen McCabe Grajek


Czy ktoś z was pamięta z czasów dzieciństwa bajkową opowieść o fleciście z Hammelin, nikomu nieznanym młodym grajku, który uwolnił miasto od plagi szczurów, urzekając gryzonie swoją wspaniałą grą? Jeśli tak, być może przyjdzie wam łatwiej zrozumieć i polubić historię opowiedzianą w najnowszej książce Helen McCabe zatytułowaną Grajek.

Opowieść rozpoczyna się w prowincjonalnym rumuńskim szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywa kobieta w ciężkim szoku. Doznała go po śmierci swojej nastoletniej córki, która przed śmiercią została brutalnie zgwałcona. Rozpoczęte dochodzenie ujawnia coraz więcej nowych szczegółów, ale ich odkrycia powodują raczej zaciemnienie obrazu, bo nie każdy wątek da się logicznie uzasadnić. Fakty mieszają się tu z legendami, a cała niewielka społeczność wioski dziewczyny nie zamierza z nikim dzielić się wiedzą o bardzo starym rytuale, przez który przechodzą nastoletnie dziewczynki. Niezrażony tym śledczy, wespół z lekarzem psychiatrą, szuka wytrwale wyjaśnienia zagadkowej śmierci dziewczynki.

Niestety, im dalej, tym gorzej. Z dusznej atmosfery małej wioski w górach Rumunii z początku lat 90., autorka przenosi akcję – w sposób, powiedziałbym, dość mało przekonywujący – do USA. Nie do końca zmiana ta wynika z powieści, w grę musiały wchodzić inne względy. Z całą pewnością sama McCabe czuje się zdecydowanie pewniej w takiej scenerii, co widać zwłaszcza w jej oddaniu realiów życia codziennego mieszkańców niewielkiego miasteczka, ale gdzieś po drodze gubi również ów wyjątkowy nastrój, który świadczył o sile tej powieści.

Kawałek po kawałku, niepostrzeżenie, jakby mimochodem, poznajemy postać tytułowego bohatera, legendarnego Grajka, który nosi w sobie coś w rodzaju przekleństwa, które zapewnia mu nieśmiertelność. Sam muzyk nawet wydaje się rozdarty pomiędzy resztkami człowieczeństwa a tkwiącym w nim demonie. Wszystko wskazuje na to, że nikt już nie jest w stanie powstrzymać działań tajemnych i mrocznych sił, które raz uwolnione, nie pozwolą się okiełznać na powrót.

Powieść McCabe nie daje się łatwo poddać klasyfikacji, ale nie wynika to z jej walorów literackich. Pomysł przywołania dobrze znanej legendy jest z całą pewnością czymś nietuzinkowym, ale na tym nowatorstwo tego dzieła niemal się kończy; w miarę rozwoju fabuły nastrój opada, a samo zakończenie może pozostawiać wiele do życzenia.

Książka zaskakuje czytelnika niejednokrotnie, rozwój wydarzeń potrafi być nieprzewidywalny, co trzeba niewątpliwie zapisać na plus. Autorka dość sprawnie porusza się wśród elementów zaczerpniętych z mitów, dawnych legend i opowieści ludowych, tworząc dość intrygujący obraz całości. Książka jednak w miarę lektury traci sporo ze swej początkowej dusznej atmosfery, stając się jedynie sprawnie napisanym thrillerem, który nie pozostanie raczej długo w pamięci czytelników. Wielka szkoda, zwłaszcza biorąc pod uwagę pierwotny pomysł opowieści. McCabe zdaje się koncentrować na formie bardziej niż treści i w rezultacie im bliżej końca, tym utwór słabnie. Być może autorka, debiutująca w tego rodzaju literaturze, zbyt kurczowo starała się trzymać przyjętej przez siebie konwencji, nie odciskając wyraźnie własnego śladu. Niestety, dla czytelnika, zwłaszcza będącego miłośnikiem opowieści grozy, będzie to stanowczo zbyt mało.

W gruncie rzeczy dobrze się ten utwór czyta. Z całą pewnością jest to poprawnie napisany kawałek prozy. I tyle właściwie można powiedzieć, powieść bowiem nie zapada w pamięć, nie w jakiś szczególny sposób. Można przeczytać, ale wracać do tej książki chyba raczej się nie będzie.

Tekst pierwotnie opublikowany na serwisie polter.pl

Reklamy

Olivier Bowden Assasin’s Creed Renesans


Książki tworzone na podstawie fabuły filmowej czy scenariusza gry komputerowej nadal budzą spore kontrowersje w świecie miłośników fantastyki. Wielu fanów uważa, że podobne działania mają na celu jedynie drenaż kieszeni. Z drugiej strony rzesze wielbicieli z radością przyjmują tego typu przedsięwzięcia, widząc w nich szansę na ponowne zanurzenie się w ukochany świat. Postanowiłem sprawdzić, gdzie w tym sporze uplasuje się powieść Oliviera Bowdena. Czy broni się ona jako samodzielne dzieło?

 

Głównym bohaterem książki, której akcja rozgrywa się w latach 1476–1506 na terenie dzisiejszych Włoch, jest Enzio Auditore, syn florenckiego bankiera. Poznajemy Enzia i jego rodzinę w momencie rozpoczęcia trudnej walki o wpływy we Florencji z rodem Pazzich. Na skutek zdrady męscy członkowie rodziny Enzia zostają straceni, a on sam z matką i siostrą musi uciekać z rodzinnego miasta. Poprzysięga jednak zemstę wszystkim odpowiedzialnym za śmierć jego bliskich. Jego przygody poprowadzą go przez wiele miejsc, pozna także tajemną historię bezwzględnej walki o władzę między assasynami a templariuszami.

 

Książka, co trochę mnie zaskoczyło, nie odwołuje się do wydarzeń z pierwszej części gry. Nie pojawia się tutaj niemalże nic, co wskazywałoby na historię znaną wielbicielom oryginalnego [t]Assasin’s Creed[/t], która stanowi przecież główną oś fabuły. Czytelnik dowiaduje się jedynie o istnieniu tajnych zakonów templariuszy i assasynów, zapoczątkowanych w wiekach wojen krzyżowych, brak jednak zupełnie odniesień do bohaterów wcześniejszych wydarzeń. Na szczęście nie przeszkadza to w lekturze, ponieważ najważniejsze informacje zostały zawarte na kartach powieści. W moich oczach to zaleta, dzięki temu książka stanowi odrębną i zamkniętą całość, którą czytać może ktoś nieznający genezy konfliktu dwóch tajnych bractw.

 

Powieść, zwłaszcza w pierwszej połowie tomu, naprawdę potrafi wciągnąć czytelnika w niezwykły świat renesansowej Italii. Za pomocą krótkich, oszczędnych opisów autorowi udaje się stworzyć naturalną przestrzeń działania bohaterów, a ciągłe potyczki, bitwy i nagłe zwroty akcji z całą pewnością zadowolą gusta wielbicieli literatury przygodowej. Śledząc losy Enzia, poznamy kilka włoskich miast-państw tamtego okresu, na swojej drodze spotykając wiele historycznych postaci, z Leonardem da Vinci na czele. Bowden napisał ciekawą historię, kreśląc wyraziste postaci bohaterów. Ludzie z kart powieści są żywi, naturalni, uwikłani w osobiste sprzeczności i wybory. Akcja powieści toczy się wartko, nie pozwalając czytelnikowi na chwilę wytchnienia. Nasz bohater ma przed sobą coraz to nowe wyzwania, spotyka nowych sprzymierzeńców i wrogów, zdobywa także coraz cenniejsze informacje.

 

Jednak mimo godzin rzetelnej rozrywki czytelnik po lekturze odczuwa pewien niedosyt, a nawet żal. Początkowe losy Enzia to naprawdę wciągająca lektura z gatunku płaszcza i szpady, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, pełnokrwistych bohaterów i malowniczo opisanych scen pojedynków i potyczek. Niestety, w miarę rozwoju wydarzeń książka zaczyna coraz bardziej przypominać rozbudowany scenariusz gry, gdzie najważniejsze jest przechodzenie od zadania do zadania, ciągłe szukanie informacji i skrupulatne kolekcjonowanie wszelakich przedmiotów. Przez większość czasu Enzio zbiera strony starożytnego kodeksu, którego kolejne fragmenty dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze są w ręku jego aktualnego wroga. Przy tym część z tych zapisków stanowią plany coraz lepszych broni assasyna, co znów odwołuje się wprost do rozgrywki znanej z ekranu.

 

Książka trochę mnie rozczarowała, choć czytało mi się ją z przyjemnością i nie żałuję chwil jej poświęconych. Uważam, że tkwiący w tej historii potencjał nie został do końca wykorzystany i to jest największy zarzut, jaki można postawić powieści [t]Assasin’s Creed: Renesans[/t]. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że kolejny tom będzie nieco lepszy. Choć po pośpiechu związanym z jego wydaniem można co do tego mieć nieco wątpliwości.

recenzja ukazała się pierwotnie w serwisie polter.pl

Łukasz Orbitowski Nadchodzi


Nowa książka Orbitowskiego, przez wielu już okrzykniętego królem polskiego horroru, to zbiór pięciu opowiadań, połączonych poruszaną tematyką. Nie jest to jednak ani konkretny cykl, ani też brak tu wspólnego bohatera. Autor używa wielu kostiumów i wielu scenerii, akcent kładąc na takie meta-tematyczne połączenie, w rodzaju tego, którego używali Borowski i Nałkowska pisząc swe wojenne zbiory. „Nadchodzi” to zbiór opowiadań z takim swego rodzaju motywem przewodnim, którym jest zdrada. A także cena, jaką za zdradę przychodzi zapłacić.

Otwierający zbiór „Popiel Armeńczyk” to przejmujący i bardzo dobrze napisany monolog partyzanta, opowiadającego dzieje własnego oddziału i jego rozbicie przez Niemców. Moim zdaniem jego największą siłą jest język bohatera-narratora, co nie tylko pomaga czytelnikowi całkowicie zanurzyć się w realia opowieści, ale stanowi o wielkiej sile oddziaływania fabuły, niezbyt formalnie skomplikowanej. Całość stanowi wspaniałe preludium, zapowiadając wspaniałe przeżycia na następnych stronach.

„Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj” w moim rankingu historii zamieszczonych w tym tomie zajmuje miejsce ostatnie. Nawet nie dlatego, że jest naprawdę kiepskie. Uważam po prostu, że zdaje się niezbyt pasować do całości, nie tyle treścią nawet, a formą. Historia pobytu w szpitalu opowiedziana znów w pierwszej osobie, tym razem bohaterki, stanowi zapis czegoś w rodzaju postępującej choroby psychicznej lub dość onirycznego marzenia sennego, co pomaga zbudować mocno oddziałującą plastycznie opowieść, ale zupełnie nie pasuje klimatem do reszty utworów. Pisząc te słowa mam jednakże świadomość ogromnej subiektywności mojej oceny i jestem przekonany, że inni czytelnicy mogą mieć zupełnie odmienne zdanie na temat tego opowiadania.

Kolejna historia to „Cichy dom”. Oto trójka znajomych wyrusza nocą na poszukiwania samotnego domu w lesie. Chcą tam ukryć zwłoki anioła, którego jeden z nich zabił. Ta noc sprawi, że każdy z nich przemyśli całe swoje dotychczasowe życie, próbując na nowo odnaleźć dawno zagubiony sens. To naprawdę świetnie skonstruowana i napisana historia, która pochłania czytelnika bez reszty, nie pozwalając nie tylko na odłożenie lektury, ale nawet na zaczerpnięcie tchu. Każdy wielbiciel prozy Orbitowskiego znajdzie w tym opowiadaniu wszystko to, co spowodowało jego uwielbienie dla tego autora.

Przedostatnim utworem jest krótka „Zatoka Tęczy”, znów opowiedziana w pierwszej osobie, historia dziwnego Rosjanina, który był kosmonautą. Tylko tyle można opowiedzieć o fabule bez odsłaniania jej zbyt mocno, ale uważam, że to zdanie stanowi wystarczającą zachętę. Tu pisarz po raz kolejny zmienia diametralnie styl pisania, tworząc naprawdę interesującą historię. Właściwie jedynym minusem był w moich oczach dość szybki koniec. Naprawdę szczerze żałowałem, kiedy przewróciłem ostatnią kartkę.

Opowiadanie ostatnie dało tytuł całemu zbiorowi, co nie powinno dziwić przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze jest to opowiadanie najdłuższe, prawie dwustu stronicowe, bardziej rozmiaru niewielkiej powieści. Po drugie zaś jest to opowiadanie zdecydowanie najlepsze, które ukazuje nam talent pisarza w całej swej krasie, którą znamy od debiutanckiego „Horror show”. Dość zwyczajna opowieść pracownika naukowego w średnim wieku zamienia się w wielowątkowy i wielobarwny horror, który nie jest ani pretensjonalny, ani nudny. Do tego nowatorskie ujęcie tematu, opartego na klasycznym motywie „domu, w którym straszy”, zasługuje na najwyższe uznanie. To literatura naprawdę wysokiej próby, która z całą pewnością może znaleźć uznanie w oczach tych czytelników, którzy nie sięgają po powieści fantastycznych twórców. Tym dziełem Orbitowski podkreśla nie tylko swoją pozycję w fandomowym światku, ale przede wszystkim pokazuje wszystkim innym, że jest pisarzem godnym tego miana.

Naprawdę gorąco polecam, w tym roku jeszcze nie czytałem lepszej książki polskiego twórcy.

Scott Lynch Kłamstwa Locke’a Lamory


Wspaniały przykład powieści łotrzykowskiej, rozegrany w na poły realnym, na poły baśniowym świecie. Na pewno nikt nie będzie żałowal czasu spędzonego na lekturze tej książki. To naprawdę trzeba przeczytać.

Powieść opowiada losy grupy złodziei, żyjących z wielkich skoków, które są mistrzowsko zaplanowanymi oszustwami najbogatszych arystokratów. Narracja rozpoczyna się w chwili, kiedy jeden z niezliczonych złodziei Camorry, zwany Złodziejmistrzem, chce sprzedać do złodziejskiego „terminu” kilkuletniego chłopca. Złodziejmistrz jest przywódcą gangu małych chłopców, których zbiera z ulicy i kształci w złodziejskim fachu. Dzieci uczą się szybko, nie tylko sztuki rzezania mieszków, ale także poznają cały, mocno rozbudowany i dość skomplikowany, półświatek Camorry. Mały Locke Lamora bardzo się na ich tle wyróżnia, ma bowiem ogromny talent. Trafia zatem do kogoś, kto będzie mógł nauczyć go wszystkiego, co może być przydatne w złodziejskim fachu.

Kolejny rozdział opisuje już historię dojrzałego Lamory, który razem z czwórką przyjaciół tworzy paczkę mistrzowskich złodziei. Kradną tak ogromne sumy, że nie wiedzą, jak je wydawać, ale nagle w ich dotychczasowe życie wdziera się ktoś, kogo nie mogą oszukać. Zostają zmuszeni do walki o własne życie, a także do walki o ocalenie Camorry.

Książka napisana jest świetnie. Czyta się ją z wypiekami na twarzy, nie mogąc się oderwać. Nie tylko perypetie bohaterów są zajmujące. Lynch w sposób zupełnie mistrzowski prowadzi narrację, umiejętnie wplatając opisy wykreowanego przez siebie świata. Camorra jest miastem żywym, posiadającym wiele różnych twarzy, wiele różnych miejsc połączonych w jeden nierozdzielny organizm. Niektórym kojarzy się z Wenecją, z uwagi na swoje położenie na kilkunastu wyspach, między którymi pływają łodzie. Mi jednak bardziej przypomina Korsykę sprzed pięciuset lat, będącą wówczas siedliskiem wielu band i pirackich załóg, niepodzielnie rządzących na Morzu Śródziemnym. Jakkolwiek by nie było, mimo całego niebezpieczeństwa na ulicach Camorry, nie można odmówić sobie towarzyszenia Lockiemu i jego kompanom w ich nocnych wędrówkach po najgorszych dzielnicach. Naprawdę trzeba to przeczytać samemu.

Stefan Darda „Dom na Wyrębach”


Na naszym rynku powieści grozy i horrory autorstwa rodzimych twórców dopiero zaczynają pojawiać się w większej ilości. Z niewielu tytułów już dostępnych książek jedynie niewielka część zasługuje na uwagę. Taką powieścią, której przegapić po prostu nie można, jest prozatorski debiut Stefana Dyrdy „Dom na Wyrębach”.

Autor opowiada historię Marka Leśniewskiego, doktora prawa, który po rozwodzie postanawia kupić dom na odludziu, z jednym tylko sąsiadem, chcąc oderwać się od wielkomiejskiego życia i przybliżyć do natury. Szuka nowego miejsca do życia, próbując rozpocząć życie na nowo. Jednak mimo poczucia wolności, sielankę zakłóca dość niemiły sąsiad. W miarę upływu czasu dwaj samotnie żyjący mężczyźni przełamują lody. Na horyzoncie pojawiają się jednak inne kłopoty.

To naprawdę świetna książka, mimo pozornie nieskomplikowanej fabuły. Można tu oczywiście odnaleźć literackie nawiązania do prozy mistrza gatunku, Stephena Kinga, ale w tym wypadku nie jest to zarzut. Dyrda umiejętnie rozkłada akcenty, miesza momenty prawdziwej grozy z opisem zwykłego życia, które potrafi nie tylko świetnie obserwować, ale także przelać swe myśli na papier. W moim odczuciu ta umiejętność stanowi największą wartość tej książki. Język powieści ma oddziaływanie tak silne, iż na pewno nie pozostawi żadnego czytelnika obojętnym. Pozornie, ale tylko pozornie, zwyczajna historia zamienia się w trzymającą w napięciu opowieść, od której nie sposób się oderwać. Wszystko to opisane potocznym językiem, dzięki czemu zachowany jest realizm opisywanych zdarzeń. A jednocześnie język potrafi emanować grozą naprawdę silnie. Takie pisarstwo znamionuje naprawdę wielki talent. I sprawia, że niecierpliwie oczekuję kolejnych książek tego autora.

Jacek Komuda Herezjarcha


Jacek Komuda Herezjarcha

Jacek Komuda Herezjarcha

Komuda znany jest ze swoich sarmackich powieści. I z zamiłowania do odgrywania Sarmaty. Tym razem jednak pisze zupełnie inną powieść. Oto bohaterem jest Franciszek Villon, znany średniowieczny rzezimieszek i poeta.

Książka to w rzeczywistości zbiór kilku opowiadań, połączonych w jedno osobą głównego bohatera. Nic nam nie wiadomo o prawdziwych losach tego średniowiecznego „poety przeklętego” poza skąpymi informacjami zamieszczonymi w jego utworach. I Komuda nie stara się wcale pokazać prawdy historycznej. Historii używa tu jedynie do naszkicowania tła wydarzeń i trzeba przyznać, że robi to jak zawsze doskonale, tworząc niezwykle barwny i wciągający świat, który jest przy tym wszystkim niezwykle realny.

Fabularnie to czystej krwi fantastyka, pełna niesamowitych istot, nieumarłych i innych bohaterów tego typu literatury. Wszystko zaś opisane żywym i barwnym językiem. Jeśli zaś dodam do tego sporo pojedynków, tajemnic do rozwikłania i nagłych zwrotów akcji, to nie będę musiał już raczej nikogo bardziej zachęcać do poznania „Herezjarchy”. Książka dla wszystkich miłośników literatury spod znaku płaszcza i szpady.

Patricia Briggs „Zew księżyca”


Wszyscy fani, każdej płci i wieku zresztą, książek o wampirach a la United States of America, powinni być zachwyceni. Pozwoli im to w miare bezboleśnie przetrwać okres oczekiwania na kolejną powieści Stephane Meyer. Ja jednak chyba dam juz sobie spokój z drugą częścią, mam sporą listę nieco lepszych pozycji do przeczytania, nudził się zatem nie będę.

Przyznam szczerze, że chciałem przeczytać tę powieść już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz się udało, z wielu różnych przyczyn. Nieistotne to zresztą, ważne jest osiągnięcie celu, nieprawdaż? W każdym bądź razie to święta i najszczersza prawda – CHCIAŁEM – przeczytać coś Patricii Briggs, zachęcony dość entuzjastycznymi recenzjami w wielu miejscach sieci. No i stało się.

Początek nie zachwycał, ale jednocześnie wprowadzał tę odrobinę niepokoju, niezbędnego w budowaniu napięcia i relacji z czytelnikiem. O ile nie powalała mnie fabuła, o tyle wciągnął mnie świat wykreowany przez Briggs. Dość stereotypowo, wręcz banalnie rozpoczęta powieść zaczęła w miarę lektury ujawniać swoje zalety, obecne zwłaszcza we fragmentach wprowadzających w zawiłości realiów tej na wskroś amerykańskiej powieści.

Mercedes, główna bohaterka powieści, jest mechanikiem samochodowym, prowadzi warsztat, gdzie remontuje niemieckie samochody. Jeśli nie wydaje się wam to dziwne – ile znacie kobiet własnoręcznie naprawiających swe auta? – to może nieco zaintryguje was wyznanie głównej bohaterki. Otóż jest ona kojotołakiem, stworem będącym magicznym przemieńcem, funkcjonującym pod postaciami kobiety lub kojota, w zależności od nastroju bądź potrzeby chwili. Do jej warsztatu trafia zabłąkany chłopak, Mac, który szuka pracy. Mercedes dzięki swoim zmysłom wyczuwa w nim wilkołaka i postanawia mu pomóc. Zanim to nastąpi, akcja nabierze niespodziewanie tempa. Mercedes uratuje Maca przed prześladowcami, skontaktuje go z miejscowym stadem wilkołaków, aby chłopak nie był zdany tylko na siebie. Gdy Mercedes idzie spać, zasypia w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Okazuje się jednak, że to dopiero początek całej długiej serii wydarzeń. Oto nieznani sprawcy z zupełnie nieznanych powodów zabijają chłopaka, napadają na dom sąsiada, będącego notabene przywódcą lokalneg0 stada i porywają mu córkę, zwyczajną ludzką nastolatkę, Jesse. Mercedes zrobi wszystko, by dowiedzieć się kto to zrobił i tym samym odnaleźć i uwolnić dziewczynę.

Cała historia poszukiwań Jesse staje się niezwykłą podróżą przez Amerykę. W świecie wykreowanym przez Briggs grupa wielkich magów zwanych Szarymi postanowiła ujawnić większą część nieludzi. Żyją oni jawnie wśród zwyczajnych ludzi.  Ale zwyczajnych ludzi mamy w powieści bardzo niewielu. Możemy za to spotkać rosyjską czarownicę, wilkołaka geja i miłego wampira. Ponadto podczas lektury poznamy bardzo wiele szczegółów z życia wszystkich przemieńców, przekonując się dobitnie, że życie pełne magii wcale nie jest łatwe i przyjemne.

Jako całość książka nie zachwyca, zwłaszcza w warstwie językowej. Nasuwające się skojarzenia z amerykańskimi serialami o wampirach są jak najbardziej na miejscu. Bohaterowie cały czas starają się mocno o to, by mówić językiem zrozumiałym dla nastoletniej młodzieży. Nawet dość ciekawie skonstruowany świat traci przez to bardzo wiele. I, biorąc to wszystko pod uwagę, tę powieść z czystym sumieniem mogę polecić jedynie zagorzałym fanom i fankom gatunku, reszta potencjalnych czytelników spokojnie może sięgnąć po coś innego.