fantastyka

Konrad T. Lewandowski, Bursztynowe królestwo


Jesteście sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której z rozbiorów wyłania się Druga Rzeczpospolita Obojga Narodów, w której na tronie zasiada Chińczyk i przyjmuje miano Władysława V? Ja osobiście przyznaję, że na coś takiego chyba bym nie wpadł. Zapewne z tego też powodu nie jestem jednym z ciekawszych polskich autorów a krytykiem, który lubi się poznęcać i pomarudzić, choć racji często nie ma. Trudno jednak odmówić książce Lewandowskiego siły, przed którą pokornie chylę czoła, z braku kapelusza oczywiście.  (więcej…)

Reklamy

Książki o Wrocławiu cz.1


Wrocławski oddział Gazety Wyborczej zaproponował ostatnio dziesiątkę  książek z Wrocławiem w tle. Przeczytałem i zorientowałem się, że z połowa tytułów tych książek nic mi nie mówi, poza tytułem rzecz jasna. Wszyscy znają Marka Krajewskiego, ale żeby na przykład pamiętać – świetny skądinąd – debiut Siemiona Niskie łąki, to już raczej niekoniecznie, prawda? Pomyślałem też, że z całą pewnością zabrakło miejsca dla literatury popularnej, a przecież nie tylko Markiem Krajewskim możemy się w tej dziedzinie pochwalić. Andrzej Ziemiański, Jacek Inglot, Łukasz Orbitowski, Paweł Pollak, Nadia Szagdaj, Marta Kisiel to tylko kilka nazwisk, które przyszły mi na myśl w ciągu paru chwil. Pomyślałem, że może warto jednak ten temat nieco rozszerzyć. O części z tych książek na tym blogu pisałem, więc czasem będę odgrzewał starego kotleta. Obiecuję jednak, że dodatki zawsze będą świeże.

 

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Powieść Orbitowskiego jest na pierwszym miejscu chyba ze względu na tytuł, po prostu najszybciej wpadł mi do głowy. Bardziej wrocławski być po prostu już nie może. Owszem, są te różne „Breslau’y” modne na księgarskich półkach od czasów narodzin komisarza Mocka, ale jednak samo miasto w wersji pełnej piastowskiej dumy i tysiącletniej historii państwowości rzadko niezwykle zajmuje miejsce w tytule. Obok książki Orbitowskiego na tę chwilę pamiętam jeszcze tylko „Waniliowe plantacje Wrocławia” Ziemiańskiego, ale to jest jednak opowiadanie, więc troszkę chyba mniejszy kaliber.

Sam pomysł jest w sumie bardzo prosty. W pewnym bloku dzieje się coś dziwnego, śledztwo trwa, epidemia rośnie, pytania się mnożą, odpowiedzi uciekają sprzed nosa. Horror narasta, emocje sięgają zenitu, finał powieści zaskoczy na pewno. Prosty schemat, to prawda, ale w wersji Orbitowskiego poszczególne elementy układanki połączone są ze sobą w sposób oryginalny.

O samej książce można albo bardzo długo, zajmując się po kolei odczytywaniem znaczeń, aluzji, półsłówek i innych smaczków, hojnie rozsianych przez szanownego autora w dość obszernym tekście. Można, ale chyba niekoniecznie trzeba czytelnika męczyć długim i skomplikowanym analitycznym tekstem o „prawdziwym” odczytaniu zamysłu artystycznego i jego znaczeniu dla światowej literatury lub dla robotników budowlanych w północnej części miasta, pokrywających styropianem pęknięcia wielkich płyt. Można – a zapewnie nawet i należy – rozmawiać, pisać, dyskutować o tym, jak Orbitowski gra z konwencją horroru, jak łamie ramy gatunku i jednocześnie wprowadza go na literackie salony (a czyni to chyba w ten sam sposób, w jaki często nawiedza literackie imprezy – w dresie). Dyskusje i analizy to rzecz niezwykle zajmująca, wymaga jednak czasu, który dostępny jest jedynie garstce akademików i przyciągniętych na siłę studentów. Zostawmy zatem wielkie narracje i skupmy się na przyjemności.

Święty Wrocław po prostu trzeba przeczytać i przetrawić we własnym wnętrzu. Tę książkę należy przeżyć, najlepiej dwukrotnie, by potem zastanowić się nad własną opinią w tej kwestii. Dla mnie osobiście to po prostu jedna z lepszych powieści minionych lat XXI wieku. Rozumiem, że można nie lubić dość specyficznej pisarskiej roboty Orbitowskiego, który w swych powieściach łączy języki i poziomy opowiadania w sposób daleki od tego, co zalecał Arystoteles. Nie należy go jednak unikać, bo tym samym pozbawiamy się możliwości obcowania z naprawdę dobrą literaturą, wykraczającą poza zwykłą funkcję rozrywkową. Trzeba zresztą o tym pamiętać: jeśli ktoś szuka tylko rozrywki, Święty Wrocław może spokojnie odpuścić. Inni na pewno się nie rozczarują.

Książki najgorsze marca 2014


W blogerskim półświatku moda na podsumowania, więc i ja chcę być na czasie, nie pokazując, że tak naprawdę jestem starym dziadem, co to nie rozumie sieci. Choć pewnie wykonanie mnie zdradzi…

Najciekawsze było w tym miesiącu małe osiągnięcie – wyróżnienie w konkursie na recenzję organizowanym przez portal Zbrodnia w bibliotece. To miło, że komuś się chciało, że naprawdę przeczytał, a nawet docenił. Być może jednak nie jest tak źle z moją stukaniną w klawiaturę, choć podobno i małpie udałoby się napisać coś z sensem.

Nie zamierzam się chwalić, ale z 20 przeczytanych w tym miesiącu książek muszę wybrać te najgorsze, bo o najlepszych przeczytacie gdzie indziej. Przeczytałem zaś sporo kiepskiej literatury (ciężkie jest życie miłośnika kryminałów), babrząc się w śmieciach i ukrywanych skrzętnie przed światem umiejętnościami literackimi autorek i autorów. Zadanie niełatwe, ale spróbuję jakoś z niego wybrnąć.

O powieści „Szósty” już pisałem, ale nie od rzeczy będzie przestrzec raz jeszcze. Agnieszka Lingas-Łoniewska popełniła zbrodnię, próbując oryginalnie wymieszać trzy obecnie najpopularniejsze gatunki: kryminał, romans i paranormal. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania – ulokował się na samym dole listy powieści, które trzeba przeczytać przed śmiercią.

pobrane (2)„Poszukiwana” Małgorzaty Kochanowicz to z kolei retro dziejące się w Krakowie na początku wieku XX. Nie znajdziemy tam jednak atmosfery miasta, nie znajdziemy też frapującej zagadki. Nie ma nawet detektywa wartego uwagi. Ta książka dowodzi, że nie wystarczy poznać założenia konstrukcyjne, by być w stanie stworzyć coś wartego czasu spędzonego na lekturze. Proza Kochanowicz jest bardziej przewidywalna niż kolejne odcinki „Klanu”. Wszystko już było, jak stwierdzili mądrzejsi ode mnie już dawno, więc wypadałoby choć zrobić dobry remake. Niestety, po dwóch tygodniach ciężko mi stwierdzić, że „Poszukiwana” odmieniła jakoś moje życie. Chyba, że na gorsze.

pobrane (1)Miałem napisać coś więcej o niekwestionowanym hicie blogosfery, ale w sumie stwierdzam, że nie warto marnować waszego czasu. Wy nie marnujcie go sięgając po „Nomen omen”. To podobno fantastyka komediowa, ale dla mnie to raczej fantastyka dramatyczna. Wyszło od tego humoru, więc pomyślmy chwilę. Świat jest pełen ludzi spaczonych czytaniem Prachetta w szkolnych czasach, jak dowodzi tego twórczość Mileny Wójtowicz. Marta Kisiel niestety potwierdza tę regułę, co w sumie smuci, bo chciałbym doczekać wreszcie objawienia i w tej trudnej dziedzinie. Niestety, jeszcze mi przyjdzie poczekać. Humor w rodzaju „Człowiek człowiekowi panią z dziekanatu” lub podobno sytuacyjnie śmiesznej starszej pani z zapałem grającej w komputerowego RPGa przyprawia o ból zębów gorszy od tego, jaki można uzyskać przy gryzieniu sucharów z demobilu. Fabularnie jest trochę lepiej, coś tam interesującego można znaleźć w wielokrotnie opowiadanej historii o Parkach, ale wariacje na temat mitologicznych bóstw to za mało. Książce nie pomaga tak zwana tajemniczość, czyli wplecenie historii oblężenia Breslau. Owszem, kupy się trzyma, ale bardzo kurczowo. Nie mówiąc już o tym, że sięganie po tak banalny już i wyświechtany temat nie jest jakimś powodem do dumy. Ogólnie jest naprawdę nisko. Chyba, że czegoś nie zrozumiałem lub nie wyjąłem kwerendy („tajnej broni filologów”) wystarczająco szybko.

Patriotyczny fantasta


Andrzej Pilipiuk, Aparatus

imagesPilipiuk tworzy swoje opowieści wciąż korzystając z tych samych tematów. Porusza się w kręgu tych samych szablonowych konstrukcji, zmieniając jedynie dekoracje. Trudno tak naprawdę zdecydować, czy jest to wada czy zaleta, głosy będą zapewne podzielone. Jedni wolą wiedzieć, czego się spodziewać po książce z jego nazwiskiem na okładce, drudzy narzekać na przewidywalność i wyczerpanie dobrych pomysłów. Prawda zapewne leży gdzieś pośrodku.

Kto czytał już kiedyś wybór opowiadań Pilipiuka – a wyszło ich już kilka – na pewno nie będzie zaskoczony. Autor trzyma się konsekwentnie wypracowanego przez siebie stylu. W niektórych miejscach chyba nawet zbyt sztywno, co w gruncie rzeczy psuje przyjemność z czytania.

Tematyka opowiadań z tomu też zamyka się w kilku wybranych już wcześniej światach. Ci sami bohaterowie mają te same przygody. Zmieniają się czasem jedynie drobne szczegóły. Opowiadane przez Pilipiuka historie straciły w ten sposób powiew świeżości, który istniał jeszcze we wcześniej napisanych opowiadaniach. W tomie Aparatus ta świeżość znika, pozostaje jedynie odgrywanie raz wymyślonych scenariuszy.

Teksty rażą nieco nie tylko schematycznością opisywanych wydarzeń. Język, w jakim je napisano pozostawia wiele do życzenia. Już w połowie tomu można odnieść wrażenie, że paleta językowa nie jest mocno zróżnicowana. Klisze wciąż te same, żarty powtarzane właściwie do znudzenia. Wszystko to prowadzi do smutnej konstatacji – podobają się nam rzeczy, które już znamy.

Pilipiuk uważa się za rzemieślnika, nie artystę. Trudno się nie zgodzić w tym miejscu – jego utwory są jedynie poprawnie zrobione, bez żadnego większego polotu, cechującego twórców z wyobraźnią. Samo uwielbienie dla złotej wolności szlacheckiej i psioczenie na komunę nie wystarczy. Chyba, że ludziom, którzy nie potrzebują sztuki, a wystarczy im produkcja artystów z rynku. Tym wszystkim polecam Pilipiuka. Wszyscy inni mogą sobie darować.

Robert J. Szmidt, Ostatni zjazd przed Litwą


Ostatnio pisałem o fantastyce naprawdę sporej jakości, dziś dla odmiany coś, co nie ma takich aspiracji. Wydany kilka lat temu tom zatytułowany Ostatni zajazd przed Litwą, autorstwa Roberta J. Szmidta należy do nurtu czystej rozrywki. W sam raz na urlop, jak ktoś ma to szczęscie.

Zbiór opowiadań, których tak naprawdę nie łączy nic, poza dość szeroko rozumianą fantastyką. Z domieszką sensacji czy horroru, jak każe dzisiejsza norma gatunku, ale rdzeń pozostaje niezmienny. To światy wymyślone, choć przecież nieodległe i bardzo, naprawdę bardzo prawdopodobne. Choćby po części.

Pięć opowieści na nieco ponad trzysta stron druku wydaje się być liczbą akuratną, taką w sam raz. Opowiadania pomieszczone w zbiorze nie łączą się ze sobą w żaden sposób, ani pod względem wykreowanego świata ani pod względem poetyki. To osobne historie, z których każda chce żyć własnym życiem. Każda z nich jest też sprawnie napisana, ale czytelnik ma świadomość obcowania ze znanymi mu wcześniej motywami, podlanymi jednakże (choć bardzo skąpo) własnym sosem autora. Ten zbiór to dzieło sprawnego rzemieślnika, znającego dobrze swój fach, ale trzymającego się zasad. Nieco, jak na mój gust, zbyt kurczowo.

Zbiór zaczyna się opowiadaniem z gatunku grozy, gdzie alternatywny świat, pomieszczony na granicy wielu rzeczywistości, staje się polem walki Dobra i Zła. Nosi ono tytuł „Cicha Góra” i jest wariacją na temat dość często obecny w naszej twórczości fantastycznej. Sprawnie opowiedziana fabuła nie zawiera jednak w sobie tego czegoś, co jedni nazywają iskrą Bożą a inni talentem. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale te miejsca są już dobrze znane. Przyjemnie się to czyta, lecz po lekturze nie pozostaje żadna głębsza refleksja. To gatunek literatury, którą osobiście nazywam literaturą użytkową. Można jej użyć, można nawet poddać się jej urokowi, ale po lekturze nie pozostaje nic więcej. Ot, kolejna opowiastka rozegrana w dobrze znanych scenografiach i kostiumach.

Opowiadanie kolejne, zatytułowane tak samo jak najbardziej znana płyta Pink Floyd, próbuje połączyć hard sf z poetyką znaną z książek Philipa K. Dicka. Niestety, z tej próby nie wychodzi zwycięsko. Po raz kolejny okazuje się, że rozgrywanie klasycznych już niemalże tematów wymaga czegoś więcej niż sprawnego warsztatu. Pomysł jest zużyty niemal do przezroczystości, a przez prześwity widać całość konstrukcji, która chwieje się i kołysze nawet przy bezwietrznej pogodzie. Przypomina nieco rusztowanie, na którym rozpięto reklamę. Reklama ta niby coś zasłania, ale wszyscy wiedzą, jak wygląda budynek schowany pod nią.s

Najbardziej spodobała mi się historia zatytułowana „Mrok nad Tokyoramą”. Znów mamy do czynienia z dość w sumie banalną historią, ale tym razem sposób prowadzenia tej opowieści potrafi wciągnąć czytelnika. I trzymać w swoich rękach aż do końca, mimo iż fabuła jest aż do bólu przewidywalna i łatwa do odczytania nawet dla średniozaawansowanego czytelnika. Mimo tego opowiadanie to ma w sobie to coś, co przyciąga. Być może to zasługa dobrze oddanego egzotycznego wciąż dla nas, zwykłych polskich zjadaczy chleba, japońskiego stylu życia. Być może coś innego, ale niemniej rezultat wart jest poświęconego mu czasu. Nawet pomimo ckliwego finału, opartego o dawno zużyte schematy.

Bardzo ciekawe, choć zupełnie z innych powodów, są dwa ostatnie opowiadania. Pierwsze przemawia do nas przede wszystkim pomysłem, w którym to Polacy po raz kolejny walczą o własną niepodległość i niezależność na przekór wszystkim i wszystkiemu. Tytułowe opowiadanie budzi naszą dumę narodową i to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć. Cała reszta to – po raz kolejny! – zlepek stereotypowych spojrzeń na możliwy rozwój sytuacji na świecie.

Opowiadanie ostatnie próbuje natomiast czegoś innego. Również i tutaj znajdziemy odwołania bliskie naszemu polskiemu sercu, ale są one czymś innym. Akcje tajnych służb i ich związki z polityką, zbudowane na zaskakującej i oczywistej jednocześnie puencie, stanowią naprawdę wisienkę na torcie upieczonym przez autora. Choć ciągle nie mogę pozbyć się wrażenia, że siłę oddziaływania tej historii oceniam poprzez pryzmat jej odbicia w realnym świecie, w którym walka wywiadów i zakulisowe potyczki są na porządku dziennym nie tylko w oczach zwolenników teorii spiskowych. Niemniej jednak „Polowanie na jednorożca” to kawałek dobrej, sprawnie napisanej prozy, którą da się czytać bez poczucia zmarnowanego czasu.

W całości zbiór nadaje się do czytania, zwłaszcza w porównaniu do wielu innych, które nie zasługują nawet na poświęcenie im czasu. Jest to jednak właśnie literatura rozrywkowa sensu stricte. Nic więcej nie należy od niej oczekiwać. Po skończonej podróży odejdzie w niepamięć.

 

Rafał Kosik Vertical


Korzystając z niedawnej  reedycji książki Rafała Kosika postanowiłem wreszcie nadrobić braki i zapoznać się z dziełem, które wysoko ocenia wielu. Na okładce czytanego przeze mnie pierwszego wydania, pochodzącego z 2006 roku, zacytowano zdanie z recenzji zamieszczonej bodajże na portalu Gildia.pl. Sens był taki, że jeśli ktoś zwątpił już w literaturę fantastyczno-naukową, ta książka może przywrócić tę wiarę. Nie wiem, czy lektura Vertical zadziała tak na innych czytelników, ale mnie na pewno zwróciła na nowo na dawno już nie uczęszczaną ścieżkę.

Korzystając ze swobody bloga nie mam zamiaru opisywać fabuły czy analizować utworu od strony formalnej. Nie chcę tworzyć sztywnej od zasad formalnych recenzji. Kto chce poznać osobę autora lub dowiedzieć się czegoś więcej, ma do wyboru sporą liczbę miejsc w sieci. To tylko moje luźne przemyślenia na kilka spraw, które już zostały chyba nieco zapomniane. Chcę opowiedzieć jedynie o wrażeniu, jakie na mnie wywarła książka. I, być może trafnie, odgadnąć zamiary autora. Być może zaś nie.

Prawdziwa literatura zawiera Tajemnicę. Żadne to odkrycie, a jednak jakoś rzadko ostatnio o tym się mówi i pisze w sytuacjach rozmów o książkach. Opowiadamy o książkach, bo są nowe, bo sprzedały się w jakiejś tam ilości egzemplarzy, bo autor czy autorka słynie ze skandalicznego życia. A przecież literatura to książki o ludzkiej kondycji przede wszystkim. Dokładniej rzecz ujmując – o zrozumieniu ludzkiego doświadczenia. Opisywanie rzeczywistości to jedno, ale opisanie człowieka wobec tejże rzeczywistości to już zupełnie coś innego. I to, jak sobie autor czy autorka radzi z podobnym zadaniem jest dla mnie wyznacznikiem jakości książki. Jeśli tego brakuje, książka pozostaje zwykłym czytadłem, literaturą konsumpcyjną, która pozwala co prawda dobrze spędzić czas, ale nic po sobie nie zostawia.

Może popełnię teraz coś w rodzaju świętokradztwa, ale dla mnie Vertical jest momentami tak dobry, jak książki Lema, by wymienić choćby Solaris. Stawia czytelnika przed nowymi ujęciami spraw, pytając o poszukiwania granic znanej nam rzeczywistości i skutki owego poznania. W chwili, gdy wydaje nam się, że świat jest już właściwie podporządkowany człowiekowi, to ważne i aktualne pytania. Zresztą, ten typ pytań po prostu pozostanie z naszym gatunkiem tak długo, jak długo przetrwamy. Postęp przynoszą bowiem uzyskane odpowiedzi, nawet jeśli błędnie je interpretujemy.

Moja wiara w fantastykę wróciła. W fantastykę rozumianą jako tę część literatury, która pozostawia czytelnika z większą ilością pytań niż udzielonych odpowiedzi. I która zmusza do dalszych poszukiwań na własną rękę. A powiedzieć coś takiego o książce to powiedzieć chyba wszystko. Zatem nie mam już nic do dodania.

Dariusz Domagalski Delikatne uderzenie pioruna


Popularność tematu wojen polsko – krzyżackich zdaje się w polskiej literaturze nie słabnąć. Niedawno obchodzona rocznica pięćsetlecia bitwy grunwaldzkiej skłoniła kolejnych twórców do sięgnięcia po ten temat. Dariusz Domagalski Delikatne uderzenie pioruna

Książka Domagalskiego traktuje warstwę historyczną z nabożnym wręcz szacunkiem. Jako potwierdzenie służą przypisy istniejące w powieści i, co jeszcze bardziej chyba niezwykłe, bibliografia książek naukowych, z których autor korzystał podczas tworzenia własnej opowieści. Z całym szacunkiem dla ogromu pracy autorskiej, cały pomysł takiej próby zainteresowania historią własnych czytelników uważam za chybiony. Przecież ci, którzy po sięgną po książkę z rycerzem zakonu na okładce, historię lubią na tyle, by samodzielnie poszukiwać źródeł.

Jest wiosna roku 1409, Wielka Wojna jeszcze nie została oficjalnie ogłoszona. Na razie Królestwo Polskie oficjalnie nie wspiera powstania przeciw Zakonowi na Żmudzi. Król polski, Jagiełło, zdecydował jedynie o wysłaniu statków ze zbożem dla powstańców. Dopilnować całej misji ma tajny wysłannik króla, Dagobert z Saint – Amand. Szybko okazuje się, że Krzyżacy już udaremnili transport, przechwytując polskie statki. Jednocześnie wzmogli ataki na powstańców, nie oszczędzając przy tym zwykłej ludności, niezaangażowanej w konflikt. Dagobert, jako prawy rycerz i chrześcijanin, nie może spokojnie patrzeć na rzezie kobiet i dzieci. Bez namysłu staje w ich obronie, atakując w pojedynkę oddział zakonników. Od niechybnej śmierci ratuje go cudem spotkany rycerz, którym okazuje się dawny znajomy Dagoberta. W trakcie ich wspólnej wędrówki spędzą długie wieczory na poważnych rozmowach, dzięki którym czytelnik pozna prawdę o otaczającym nas świecie.

Światem rządzą bowiem siły, opisane przez żydowskich mistyków w Kabale, dawnym systemie wyjaśniającym świat. Istnieje dziesięć różnych emanacji mocy – Sefir, o różnym zabarwieniu dobra i zła, a sojusze między nimi nie są raz na zawsze ustalone. W tym świecie ludzie mają do odegrania role napisane przez Sefiry przy niewielkim własnym udziale.

Przyznam, że pomysł autora wydał mi się zajmujący. Niestety, sam pomysł do napisania dobrej książki po prostu nie wystarczy. Potrzeba jeszcze odrobiny talentu i przynajmniej poprawnego warsztatu. Domagalski po prostu nudzi przydługimi opisami, a jego bohaterowie momentami mówią jak drewniane kukły, które udają średniowiecznych rycerzy. W dodatku czasem autor zapomina o stylizacji, co pokazuje brak pomysłu na całość.

Szkoda, naprawdę szkoda zmarnowania takiego potencjału zawartego w pomyśle. Jedynie trzeba mieć nadzieję, że kolejne części zapowiadanej trylogii rozwiną się fabularnie, a autor okrzepnie warsztatowo po debiucie. Na razie trójka minus.