Krytyka, recenzja, reklama?

Kiedyś, dawno temu, podczas jednego z egzaminów na studiach zacytowałem nieco niedokładnie kogoś, kto powiedział, że „w przeciwieństwie do zemsty, recenzja najlepsza jest na ciepło”. Wywołałem tym uśmiech sympatii u profesora, co zapewniło mi dobrą ocenę. Przeglądanie blogów sprawia, że ostatnio mam wrażenie, że tylko gorące recenzje się dziś pisze i, co ważniejsze nawet – czyta. Trochę chyba jest to niepokojące zjawisko.

Krytyka literacka to nie tylko spełnianie funkcji informacyjnej. Akademicy wyróżniają jeszcze kilka innych funkcji, które może wypełniać praca krytyczna. Może mówić o postulatach wobec twórców, może być pisaniem przekrojowym na temat monograficzny, może też być metakrytyczna. Możliwości jest wiele, niestety wydaje się, że zainteresowanych ich uprawianiem jakby zdecydowanie mniej. Informacja to władza, więc się nawzajem wszyscy ścigają na newsy.

Internet pokochaliśmy za szybkość informacji, dziś jednak trudno już nawet udawać, że nadążamy za natłokiem szumu z którego nie można wyłowić nic sensownego. Podobnie stało się z blogosferą, która od pisania będącego przede wszystkim polecaniem ulubionych książek, prowadzonym przez pasjonatów, stała się niemal w całości słupem ogłoszeniowym.

Największe blogi zajmują się promowaniem nowo wychodzących książek, co zaczyna być nieco nudne z punktu widzenia poszukiwacza nowych czytelniczych wrażeń. Skoro wszyscy piszą co tydzień o tym samym to powoli przestaje mieć sens patrzenie na to, co dzieje się na poszczególnych blogach. Zwłaszcza, że negatywnych recenzji coraz rzadziej można uświadczyć, nawet jeśli są to gnioty w rodzaju książek okupujących listy bestsellerów sieci handlowych, oferujących w ramach kultury śmieszne kubki i podstawki pod świeczki.

Blogi oczywiście są potrzebne, nie mam tu zamiaru negować pasji ludzi, którzy robią to, co lubią i tak jak potrafią. Niemniej jednak przykre, że brakuje już nawet dyskusji, skończyły się burze o jakość, o ilość, o sens. Blogi stały się zwyczajnie nużące, pogoń za nowościami produkowanymi taśmowo przez marketingowo nadmuchane gwiazdy sprawia, że próżno szukać tekstów choćby próbujących opisać nawet niewielką część gatunku lub też ująć monograficznie prace jednego autora. O szerszych refleksjach coraz rzadziej słychać.

Niewiele też o samym życiu literackim. Czasami można odnieść wrażenie, że ostatnimi czasy jedynym wyróżnikiem życia literackiego są promocje na ebooki i targi książki. Merkantylizm może i komuś jest przydatny, mnie osobiście strasznie nudzi. Obliczanie procentów zniżek jakoś nigdy nie wydawało mi się pasjonujące, wolałem w tym czasie poczytać coś nieco bardziej interesującego niż odczytywanie metek w sposób podobny do czytania etykiet na alkoholu.

Efekt jest dość oczywisty – promocja czytelnictwa jest marketingiem, nawet jeśli niektórzy wciąż jeszcze boją się powiedzieć to głośno. Blogi książkowe, oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji, recenzje zamieniają coraz częściej we wpisy sponsorowane. W czasach, w których listy bestsellerów okupują banalnie rozrywkowe kryminały, biografie piłkarzy i reportaże z wojen, nikt nie napisze kolejnej „Lalki”. Zresztą, nawet gdyby tak się stało, nikt by jej nie przeczytał, bo przecież nikt by takiej książki nie wydał i nie rozesłał egzemplarzy promocyjnych.

Być może to dobrze, być może źle, nie wiem. Wiem jednak, że czegoś mi żal.

Advertisements

12 comments

  1. Ja myślałam, że osiągnęłam szczyty w zrzędzeniu, ale widzę, że się przeceniam. Żeby nie było nieporozumień, ja zrzędzenie cenię. Taki głos rozsądku w masie zachwytów nad, no właśnie, modnymi nowościami. O, albo kubeł zimnej wody.
    Z drugiej strony nie ma co demonizować, pewnie że to co opisałeś stanowi główny nurt, ale się da wyłowić blogi o klasyce. Gorzej z monograficznymi, ale ja tu jestem skora okazać wyrozumiałość, bo to żmudna, trudna i przede wszystkim ograniczająca działka. Potrzebna odskocznia. Np. mimo że i tak planuję przeczytać całą „Komedię ludzką” to nie ograniczyłabym się tylko do niej na blogu. Chyba sama siebie bym zanudziła, nie wspominając o czytelnikach 😀

    1. Jestem mistrzem narzekania, dlatego zrobiłem dyplom z krytyki 😉 I też lubię płynąć pod prąd zachwytów, wylewać kubły zimnej wody i tak dalej.
      Niemniej jestem też realistą, nie demonizuję, stwierdzam fakt. Oczywiście, większość blogów prowadzone jest o nowościach lub rzeczach modnych, znam i takie odwołujące się do rzeczy starszych lub też mniej znanych, niekoniecznie klasycznych.
      Monografie? Owszem, mogą wydawać się nudne, ale przecież w ramach jednego gatunku można przybliżyć kilkadziesiąt autorów i autorek, więc nie musi być źle. Nawet ten Balzak, tyle powieści, plus nawiązania, tła historyczne, polskie ślady, et cetera, et cetera. Skoro o kilku książkach Tolkiena powstało ileś tam opracowań, o nieszczęsnym Stiegu Larssonie kilka biografii i pełno artykułów krytycznych, więc można.

      1. Pewnie, że można. Tylko z jakichś przyczyn autorzy blogów najwidoczniej nie czują takiej wewnętrznej potrzeby. Być może chodzi o popularność? Choć wiele blogerów zarzeka się, że piszą dla siebie, na pewno jest w tym sporo łowienia publiki. Stąd też pewnie brak zażartych dyskusji pod wpisami i ociekające lukrem komentarze.
        Moreni zauważyła, że notki o klasyce cieszą się mniejszym wzięciem i się z tym zgadzam. Zresztą widzę to po wejściach na mój blog: teksty gnioty i o gniotach cieszą się powodzeniem, a samo słowo „Balzac” czy „Stendhal” w tytule działa jak strach na wróble. A jak jeszcze obrazka z okładką nie dodam (olaboga, zbrodnia niesłychana), to już całkiem poczytność leci na łeb, na szyję.
        Tylko, że ja sobie wtedy myślę „kij z tym”, będę sobie pisać o starociach, ile mi się podoba. To pewnie reszta też tak ma i sobie myślą „będę sobie pisał o nowościach, bo mi je przysyłają za friko”. Krótko mówiąc, przyczyną zaistniałej sytuacji może być egocentryzm blogerów (nie wyłączając z tej mało pochlebnej diagnozy siebie).

  2. Tak się zastanawiam, czy traktowanie blogosfery jako odpowiednika profesjonalnej krytyki literackiej jest w ogóle uzasadnione. Blogerzy w większości nie mają wykształcenia, a więc i narzędzi do działalności literackiej (a nawet jeśli mają, to ich nie używają, bo po pracy, w której to robią, chcę się zrelaksować). Oczywiście, są tacy, który z krytykami mogą w szranki stawać, ale nie jest to celem statystycznego blogera. On chce pisać o tym, co akurat przeczytał tak, jakby rozmawiał ze znajomymi…

    I spieszę wyjaśnić, co się stało, że nie ma recenzji negatywnych. Otóż, po prostu, niewielu blogerów jest masochistami, w związku z czym porzucają teksty, które im się nie podobają, w końcu nikt im za dobrnięcie do końca nie zapłaci. A o niedokończonych książkach pisać nie wypada.

    Ale też mi brakuje dyskusji.:(

    1. Nie traktuję blogów jako odpowiedników profesjonalnej krytyki, choć przecież sami blogerzy oburzali się nie raz, kiedy wytykano im błędy warsztatowe. Niemniej jednak dziś krytyka istnieje w kilku pismach i często mój wpis, taki choćby jak ten dzisiejszy, ma więcej czytelników niż tekst, który napisałem do drukowanego pisma literackiego. Więc chciałbym też poziomu, od czasu do czasu przynajmniej.
      Jeśli chodzi o cel statystycznego blogera, to właśnie ubolewam tu nad tym, że nie jest to polecanka tego, co się ostatnio przeczytało, a jedynie opis tego, co się dostało od wydawnictwa. Niby niewielka różnica, ale jednak.
      Recenzji negatywnych pewnie trochę nie ma, bo nie każdy kończy gniota, ale z drugiej strony pamiętam święte oburzenie wydawnictw takich i owakich, że ktoś śmiał napisać negatywną recenzję na podstawie egzemplarza recenzenckiego. Mnie samego to spotkało przy okazji recenzowania serii „Assasin’s Creed”, znajomi z różnych portali często wspominali taką praktykę m.in. Fabryki Słów. Więc to też jest problem.
      A co do dyskusji – dlatego właśnie lubię od czasu do czasu włożyć kij w mrowisko 😉

      1. Mnie by tam ktoś mógł powytykać błędy, może bym się czegoś nauczyła. Acz co do poziomu, to kłóciła się nie będę, bo bywa różny (z trzeciej strony, trudno się spodziewać recenzji na poziomie przeciętnego, eufemistycznie mówiąc, dziełka, zwłaszcza w sytuacji, gdy takie budzą zachwyt.Nie każdy jest Barańczakiem. I nie każdy chce).
        Osobiście jestem wielką fanką dostawania rzeczy z wydawnictw.;) Tutaj jest ten problem, że niestety notek o starych książkach prawie nikt nie chce czytać – smutne, ale prawdziwe. Chyba, że od początku skupiasz się na starszych rzeczach, ale jak już raz czytelnicy cię skojarzą z nowościami,to koniec, mam wrażenie. A ja bym jednak chciała, żeby ktoś moją notkę przeczytał i chciał ze mną pod nią podyskutować…
        O, ja szczerze mówiąc, te groźby i afery kojarzę tylko z wydawnictwami typu vanity (choć fakt, za czasów mojego udzielania się na portalach wszelakich, spotykało się też dziwne dość praktyki FS). Osobiście najwyżej zrywano ze mną współprace bez słowa, ale trudno, lubię egzemplarze recenzenckie, ale przecież te kilka książek zawsze mogę sobie kupić.
        Najdłuższe dyskusje są pod krytycznymi notkami o blogosferze.;D

      2. Fakt, najdłuższe dyskusje właśnie w odpowiedzi na krytykę. Choć wiele osób przestało mnie czytać po tym, jak zacząłem wytykać, że książki chwalone są mierne, wtórne i słabo napisane. Nie lubię też gwiazd lansowanych na blogach, jak choćby Bonda czy Mróz, bo piszą rzeczy słabe, więc to też nie przysparza mi czytelników. Ale cóż, miłość własną zaspokajam zupełnie gdzie indziej.

    2. Ja tam ani Mroza, ani Bondy nie czytam, bo kryminały to nie dla mnie. Ale Kisiel na przykład mnie zawiodła ostatnio, mimo że pasjami kocham popową (i często przeciętną, delikatnie mówiąc) fantastykę. Ale nikt mi wtedy deklaracji o odejściu nie składał. Chyba mam za mało poczytnego bloga.:(

  3. Bardzo ciężko znaleźć krytyczne recenzje, ciężko też jest zdobyć czytelników, którzy chcą dyskutować. Niestety to jest nisza.

    Byłam ostatnio na spotkaniu z Andym Millerem, Brytyjczykiem, autorem książki „The year of reading dangerously”. W scenerii niezbyt typowej, bo na festiwalu muzycznym przez ponad godzinę opowiadał o czytaniu. Jego wystąpienie było mieszanką wykładu, spotkania motywacyjnego i stand-up’u. Jeden z jego komentarzy zapamiętałam szczególnie i chociaż odnosił się konkretnie do Twittera, myślę, że zgrabnie podsumowuje krajobraz mediów społecznościowych: Negativity just doesn’t sell well. Po prostu się nie klika. Nic dziwnego, że Facebook, Twitter czy blogi przypominają piosenkę z filmu Lego, gdzie wszystko jest czadowe.

  4. Ja często pisuje krytyczne recenzje, bo taka już marudna jestem, jak cos mi sie nie spodoba, to piszę, ale widzę, ze ludzie chyba wolą laurki, bo tych jest wszędzie pełno, w przeciwieństwie do krytyki. Mam wrażenie, ze blogerzy boją sie wyrażać krytyczne opinie, jakby za to ich miała kara spotkać. Może zreszta i spotyka w postaci braku chęci współpracy wydawnictw, o co wszyscy sie przecież biją. Zdarzyło mi sie tez być zaatakowaną dlatego, ze wyraziłam sie krytycznie o „dziele” powszechnie chwalonego Mroza. Zatem masz racje, ze większość blogów jest o nowościach i złego słowa sie na nich nie uświadczy, choćby lektura była nie wiem jakim gniotem. Zawsze wszak można dodać magiczne „zwolennikom tego typu książek może sie spodobać”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s