To Ty zaraziłeś ich niechęcią do książek

Przyglądam się narodowemu larum z powodu spadku czytelnictwa i nie mogę opanować uśmiechu, choć sprawia, że pojawiają mi się zmarszczki na twarzy. Wszyscy społem, nawet w telewizji, biadolą nad upadkiem narodowych wartości. Trudno jednak nie zauważyć, że to my, zajmujący się książkami i propagowaniem literatury na co dzień lub od święta, zawodowo lub społecznie, zgotowaliśmy ten los naszym współczesnym i potomnym.

Zaczyna się od lat najmłodszych. Ja cenię Mickiewicza, ale doceniłem go za „Pana Tadeusza” dopiero w okolicach trzydziestki, lektura tych strof w ósmej klasie podstawówki jawiła mi się jak droga krzyżowa i tortury na gestapo razem wzięte. Cenię Słowackiego i nawet tego przynudzającego Reja, lubię nawet kiepską literaturę Sienkiewicza. Kocham klasykę, ale doszedłem do tego nie na lekcjach języka polskiego i nawet nie na studiach polonistycznych, po prostu ją lubię. Jednak należę do niewielu procent społeczeństwa, które wiedzą, kto to był Biernat z Lublina lub Klemens Janicki i dlaczego dobrze jest ich utwory poczytać. Prawdą jest jednak, że uczniów pierwszej klasy gimnazjum we wrześniu w nowej szkole guzik obchodzi tragedia Juranda ze Spychowa. Nie wierzycie? Spróbujcie stanąć przed taką klasą i rozpocząć omawianie lektury.

Zresztą, na dobór tekstów kanonicznych można wybrzydzać tak długo, że nikt by tego nie był w stanie przeczytać. Przyjmijmy jednak, że zostaniemy w bezpiecznych Okopach św. Trójcy, bo przecież tradycja, kanon, dziadkowie i dziady, powstańcza kotwica i wartości. O tych cudownie słodkich ramotach państwowego spisu lektur można przecież też mówić w sposób taki, że nawet ten ponury metalowiec z ostatniej ławki wyjmie na chwilę słuchawki z uszu, choć rzadko to robi. Można rozpatrywać greckie tragedie z punktu widzenia wolności jednostki tu i teraz, zadając proste pytanie: Na ile wybór tej konkretnej szkoły był wasz? Czy to jest wolność, kiedy podążacie ślepo za rankingami, goniąc złudnego króliczka kariery? Dlaczego daliście sobie wmówić, że przecież dobre gimnazjum to dobre liceum, a potem dobre studia i dobra praca i kariera i hajs się zgodzi?

Zaręczam, że ten sposób działa, można podyskutować, uczniowie na chwilę mogą nawet opuścić snapa i może nawet spojrzą na swoje twarze w świecie rzeczywistym. Tyle tylko, że takie dyskusje są całkowitą stratą czasu. Przecież klucz jest tylko jeden, nie ma możliwości ukazania samodzielnego wysnucia wniosków. Antygona musiała, Romeo musiał, nawet ten głupi pilot musiał słuchać jednoznacznych aforyzmów nadętego Małego Księcia. Tylko kogo to obchodzi, poza sferą leśnych dziadków i babć, którzy jedyne co są w stanie zaproponować w reformie edukacji to przepisanie własnych notatek z czasów liceum?

Co tam zresztą szkoła. Wiadomo, z nią wszyscy nie łączą zbyt dobrych wspomnień, poza oczywiście pierwszymi krokami w dorosłość. Weźmy zatem tak zwane życie literackie. Kilka festiwali, na których właściwie widać wciąż te same twarze. Targi książki są tak zatłoczone że trzeba być masochistą by się tam wybrać, bo przecież promocja i możliwość zobaczenia gwiazdy na żywo działa lepiej niż dyskusja na temat literackiej zapaści i czytelniczych wyborów. Jest też kilka ledwie dychających pism, których zawartość czytają jedynie autorzy pomieszczeni w numerze, kilkoro bliższych i dalszych znajomych, panie bibliotekarki. Może jeszcze kilkoro studentów, którzy przypadkiem dowiedzieli się, że takie rzeczy należy czytać, by stać się człowiekiem na poziomie.

O tak, jest jeszcze blogosfera. Niestety, po początkowym zauroczeniu nowym medium okazało się, że wszystko zaczęło żyć dokładnie tym samym życiem co rzeczywistość. Więc i tu kółka wzajemnej adoracji, tu promowanie gniotów ochoczo rozsyłanych przez wydawnictwa, to tutaj zalew tandetnych streszczeń, które przedstawiają treści fabularne książek, które bez samodzielnego wydania przez autora lub sztucznego pompowania promocjami nigdy by się nie ukazały w druku. Owszem, są wyjątki, ale jedynie potwierdzające tę smutną regułę.

Prawdziwe życie jest gdzie indziej – tak krzyczeli zrewoltowani francuscy studenci podczas szalonych miesięcy 1968 roku. I rzeczywiście – dziś rządzą rynkiem książki pieniądze, a tak staromodne kwestie jak talent czy próbę powiedzenia cokolwiek innego można między bajkami znaleźć. Czytam ranking Gazety Wyborczej, a co by o niej nie sądzić to jednak gazeta z wciąż jeszcze znaczną siłą oddziaływania. I oto dowiaduję się, że w dziedzinie literatury pierwsze miejsca zdobywa pani od „Greya” i pani Bonda. Nie dziwi mnie spadek czytelnictwa jeśli takie mamy autorytety, które polecają takie gnioty. Też bym wolał wybrać nowy odcinek serialu z HBO, Netflixa lub czegoś akurat bardziej modnego w tym miesiącu.

Problem z polskim czytelnictwem leży w nas samych. Ani nie potrafimy rozmawiać o literaturze w sposób interesujący (ktoś widział sensowne analizy prozy takiego Twardocha? Przecież facet Mercedesa dostał, to jest news, a nie jakieś babranie się w śląskości), ani nawet sprzedać czegokolwiek wartościowego. A jeśli my, ludzie w ten czy inny sposób związani z popularyzowaniem takiej czynności jak odczytywanie zaczernionego papieru, nie potrafimy zainteresować kogokolwiek, to nie dziwmy się, że ktoś nawet pełny chęci, po sprawdzeniu listy bestsellerów wziął książkę do ręki i odłożył z niesmakiem, a dla czytelnictwa stracony został na zawsze. Nie doszukujmy się jednak winy na zewnątrz, w podnoszeniu VAT, wszechobecności internetu, zaniku tego czy wzrostu tamtego. Obecna sytuacja jest po prostu naszą winą. I szybko nie będzie lepiej.

Reklamy

5 comments

  1. To zdanie jest cudowne: „ten głupi pilot musiał słuchać jednoznacznych aforyzmów nadętego Małego Księcia” 😀

    A na temat polonistów, to święta prawda. Ja zaczęłam czytać z przyjemnością właśnie dzięki interesującym wypowiedziom polonistki w liceum i jej podejściu do własnego zdania uczniów. Mogłam na przykład bez obaw bronić Łęckiej czy twierdzić, że wolę „szkiełko i oko” o ile sensownie to uargumentowałam. Ale to jeszcze był system starej matury.

  2. Miałem cudowną polonistkę w liceum, która wiedziała, że czytałem dużo i przymykała oko na to, że czytałem jedynie te lektury, które uznałem za interesujące. Do tej pory uważam Lalkę za jedną z najwspanialszych powieści, jakie dane mi było poznać. Pan Tadeusz? W liceum zrobiłem wyjątek, przeczytałem w bólach. Po latach wróciłem, widzę tę postać Jankiela i myślę sobie, cholera, ile myśmy stracili przez te wszystkie holocausty i gomułkowskie hucpy. Tej części Polski już nie ma. Ale też dopiero studia, zagłębienie się w historię Polski, zrozumienie jej na poziomie głębszym niż ten, na który pozwala szkolny podręcznik, daje możliwość chłonięcia w pełni mickiewiczowskiej epopei. I wtedy człowiek widzi, że to po pierwsze świetnie oddaje ducha tamtych czasów, po drugie jest kapitalnie napisane. Ale do tego trzeba dojrzeć.

    Jedna rzecz: nic tak nie działa jak patrzenie za dzieciaka na czytających rodziców. Raz, drugi, trzeci, enty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s