Wrocławskie biblioteki

Znowu jakoś przypadkiem powrócił temat wrocławskich bibliotek publicznych. Po raz kolejny próbowano mnie i przy okazji wszystkich innych mieszkańców przekonać do tego, że mniej to więcej, a na pewno lepiej. Z młodzieńczych lektur pamiętam, że hasło “Lepiej mniej ale lepiej” rzucił swojego czasu Lenin, stawiając na kadrowość partii. Jako że wbrew potocznej opinii nie mam nic wspólnego z bolszewickim przywódcą, jakoś mnie te słowa nie przekonują. Ja po prostu wolę więcej, bo na tym zdaje się, polega rozwój.

1 do 5

Jesteśmy przekonywani, że jeden to lepiej niż pięć. Tak mówi się mieszkańcom Nadodrza, którym zlikwidowano biblioteki tylko po to, by w zamian powstała jedna mediateka. Gwoli wyjaśnienia — mediateka to taki poręczny skrót na bibliotekę multimedialną, w której nie tylko można skorzystać z komputera, ale również wypożyczyć film, płytę z muzyką czy grę komputerową. Jednym słowem — XXI wiek co się zowie. I ten wiek nowoczesny jest przeciwstawiany temu archaicznemu, w którym dawne filie były niewielkie, od dawna nieremontowane i z przestarzałym księgozbiorem. Jest nowocześnie, więc jeden to lepiej niż pięć, jak przekonują mnie zwolennicy tego pomysłu, wywodzący się z różnych środowisk, nie tylko z wydziału PRopagandy Urzędu Miasta. No to popatrzmy na to “lepiej”.

Lepiej jest, bo pomieszczenia są przestronne i jasne, a także nowe. Owszem, trudno zaprzeczyć, w bibliotekach na Reja czy w nieudanej hali kupieckiej jest miło. Księgozbiór faktycznie nowy, a komputer potrafi udźwignąć kilka otwartych stron przeglądarki na raz. Na pozór wszystko wygląda pięknie. Problem w tym, że ta “nowoczesność” jest równie nowa, co inne pomysły magistrackich decydentów.

Nowoczesność ginie w chwili, gdy siedząc w domu próbujesz wypożyczyć jakąś książkę. Otwierasz katalog i w oczy uderza kompletnie przestarzały i niefunkcjonalny system, który nie był odnawiany od kilkunastu lat, co w sieciowych rozwiązaniach oznacza kilkaset ludzkich lat. Coś w rodzaju papirusu dostajesz, by zobrazować to lepiej. Choć może nie powinniśmy obrażać starożytnych, bo ich dokonania podziwiać możemy do dziś. Wróćmy do teraźniejszości zatem. Nowoczesność ginie w chwili, gdy znajdziesz poszukiwaną książkę. Jeśli jest gdzieś na półce, masz pecha.

System nie pozwala zamówić książki fizycznie OBECNEJ w danej filii, można jedynie próbować ustawić się w kolejce po wolumen wypożyczony. Prawda, że logiczne? Wyprzedzające nasze czasy, bym nawet powiedział.

Nowoczesność polega też na tym, że księgozbiór jest odnawiany dość regularnie. Ja wiem, że biblioteki miejskie różnią się od naukowych i pełnią zupełnie inną rolę. Niemniej jednak ciągłe i prawie zupełne w niektórych działach wymiany księgozbioru są nieco przesadzone, przynajmniej moim skromnym zdaniem. Wiem oczywiście także, że ściany nie są z gumy, ale mimo wszystko znów czegoś żal. Nie wspominając o problemie ze znalezieniem potrzebnej dziecku lektury.

Przy okazji braku miejsca i konieczności wymiany księgozbioru musi się również pojawić podnoszona kwestia braku remontów i przestarzałych budynków. Wszystko to prawda i rację mają ci, którzy tak uzasadniają podjęcie decyzji o zamykanych filiach. Sęk w tym, że za brak remontów, brak lepszych warunków i kiepski księgozbiór odpowiadają te same osoby, które z dumą przecinają wstęgę w nowootwartej mediatece. Pięknej, choć tylko jednej z zaledwie kilku (sic!) w jednym z największych miast w naszym kraju.

Zamiast czy obok?

Piszę na ten temat od kilku lat i zawsze znajdą się tacy, którzy zarzucają mi malkontenctwo i marudzenie. Owszem, należę do ginącego gatunku bibliofilów, którzy lubią stare wydania, kurz na półkach i ciszę w bibliotece, ale nie jestem idiotą. Nie neguję dobrych posunięć, kiedy są naprawdę dobre. Multimedialne centra są super (choć rzeczywiście multimedialne będą wtedy jak zaczną wypożyczać ebooki i oferować zdalny dostęp na znacznie lepszym poziomie, taka jest smutna prawda), ale ich powstanie nie może oznaczać wsysania całego otoczenia. Przerabiamy to na przykładzie polskich metropolii i już dziś wiadomo, że taki wyspowy rozwój nie przynosi nic dobrego. Mediateki Wrocławia powinny istnieć, powinny być tworzone OBOK istniejących miejsc, nie zamiast i nie na zasadzie barteru “5 do 1”. Zupełnie nie o to chodzi.

Jestem od 35 lat mieszkańcem Wrocławia, od niemalże trzydziestu korzystam z dobrodziejstw kultury literackiej, jaką można znaleźć w filiach miejskiej biblioteki. Z rozrzewnieniem wspominam bibliotekę w CK Zamek w Leśnicy, filię na rogu Zelwerowicza i Podwala, filię na rogu Galla Anonima i inne miejsca, z których niegdyś mogłem korzystać. Do dziś regularnie, przynajmniej raz w miesiącu, korzystam z co najmniej trzech filii. I widzę, co się dzieje.

Nawet jak ktoś nie chodzi, może rzucić okiem na spis istniejących bibliotek. Można tam odkryć, że kiedyś istniało ponad 60 filii, dziś zbliżamy się zaledwie do połowy tej liczby. A wszystko to w mieście stawiającym na edukację i nowoczesność.

Mniej to gorzej, zapytajcie właścicieli Żabki lub Starbucksa

Mniej bibliotek oznacza mniejszą liczbę ludzi z nich korzystających. Przenosiny do bibliotek szkolnych (polecam odwiedzić Kozanów — wielkie osiedle ma jedną bibliotekę ukrytą dla niepoznaki w szkole podstawowej, a obsługa jeszcze do niedawna przybijała stemple na papierowych kartach) również nie przynoszą podniesienia poziomu naszego czytelnictwa. Czas dojazdu, jak to jest choćby dziś na Nadodrzu, skutecznie odstrasza ludzi starszych, którzy często nawet nie wiedzą o tym, że istnieje coś takiego jak wolontariat, który może dostarczyć im książki do domu. A nawet jak wiedzą, to woleli wyjść z domu, żeby mieć przyjemność przypadkowego znalezienia czegoś wśród bibliotecznych półek, że o możliwości spaceru i kontaktu z drugim człowiekiem nie wspomnę.

Budować należy, podobnie jak unowocześniać. Problem jedynie w tym, by jednocześnie nie zabijać tego, co dobre. Wszak dumni jesteśmy z tego, jak zmieniło się nasze miasto przez ostatnie dwie dekady. Nadeszła chyba pora na to, by zacząć być wreszcie dumnym z tego, jak zmienili się mieszkańcy miasta. Zmiany zaś są możliwe dzięki edukacji właśnie, także tej ukrytej pomiędzy książkowymi okładkami.

Tekst pierwotnie został opublikowany na platformie Medium.com, gdzie pisuję raczej o nowych technologiach i ich wpływie na nasze codzienne życie, a także o polityce miejskiej we Wrocławiu.

Advertisements

One comment

  1. O matko, toz to jakiś system 100 lat za murzynami. Współczuć. U nas jednak można wypożyczyć książkę, która jest na stanie, niczego sie nie likwiduje, a mieszkańcy głosują za tym, żeby uzupełniać zbiory z budżetu obywatelskiego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s