M.C. Beaton, Agatha Raisin i ciasto śmierci

Są takie dni, w których lektura ma być jedynie ucieczką od kłopotów I trosk dnia codziennego, czystą rozrywką w gruncie rzeczy. Dobrze zatem sięgnąć po lekki kryminał, który nie będzie epatował zbytnią grozą lub też opisywał społeczne problemy jakiegoś kraju. W takiej chwili najlepiej sprawdza się wyprawa na angielską prowincję, której sielski charakter zostaje od czasu do czasu zostaje brutalnie przerwany morderstwem. Seria przygód Agathy Raisin jest właśnie taką idealną lekturą. Może przydać się na coraz dłuższe jesienne wieczory.

M.C. Beaton, Agatha Raisin i ciasto śmierci

Powieść nie porywa swoją odkrywczością, nie przełamuje schematów gatunku, nie wywołuje nawet żywszego bicia serca. Niemniej jednak jako mało wymagająca lektura jest to po prostu książka niemal idealna. Jak przed laty zauważył dobrze wszystkim znany inżynier Mamoń, podobają nam się piosenki które znamy. Podobnie jest z poznawaniem detektywistycznych przygód Angielki w średnim wieku.

M. C. Beacon, jak wspomniałem, nie odkrywa nowych lądów literatury kryminalnej, czyni za to coś zupełnie odwrotnego. Wraca do źródeł, zajmuje się klasyką, znaną najbardziej z powieści słynnej Agathy Christie i innych utworów z czasów złotego wieku powieści kryminalnych. Widać to właściwie na każdej ze stron pierwszej odsłony amatorskich śledztw byłej właścicielki firmy PR.

No właśnie, klasyczny już jest początek i historia życia Agathy Raisin. Szefowa dobrze znanej na rynku firmy PR postanawia spełnić marzenie swojego życia i kupuje domek na angielskiej prowincji. Ma się wyciszyć, odpocząć i korzystać z życia. Oczywiście okazuje się, że życie na wsi jest zupełnie odmienne od wyobrażenia jakie o nim miewają ludzie z wielkich miast.

Zderzenie tego rodzaju jest zabiegiem częstym w literaturze, również w powieściach kryminalnych możemy tego doświadczyć w wielu licznych realizacjach. Niemniej jednak powieść Beacon czyta się dobrze, nawet mimo tego, że czytanie przypomina lekturę powieści po raz kolejny, nawet jeśli nigdy nie mieliśmy jej w ręku. Schemat goni schemat, jedna znajoma scena drugą, ale ma to pewien urok, który z całą pewnością może podbić serca czytelników.

Przyjemność z rozwiązania zagadki mała, wszystko jest przecież z góry wiadome. Satysfakcji można szukać jedynie w odkrywaniu uroków życia na angielskiej prowincji.

Pisarstwo Beacon to nie literatura wysoka, nie ma sensu ukrywać, że pisze ona wybitnie. Niemniej jednak czytałoby się lepiej, gdyby książka nie została zabita przez tłumaczenie. Do tej pory nie wiem, dlaczego poncz na parafialnym festynie kosztował pięćdziesiąt centów, parę innych wątpliwości też posiadam, a do łez rozbawiło mnie tłumaczenie gry słownej względem policjanta Billa Wonga. Dostajemy wyjaśnienie, że „Old Bill” to nawiązanie do rachunku i mandatu, a więc rzeczy mało przyjemnych. Ani słowa o tym, że to po prostu można przełożyć jako „gliniarza”, na czym zresztą wspomniany żart polegał. No cóż, to w końcu powieść wydana przez agencję PR i sprzedawana w serii dostępnej w kioskach. A wystarczy użyć wyszukiwarki, by dowiedzieć się czegoś znacznie bardziej ciekawego, jak na przykład tutaj.

Niemniej jednak polecam, świetna rozrywka, parę dowcipów ocalało pod piórem tłumaczki. Długi zimowy wieczór spędzony na nieskomplikowanej lekturze zapewni świetny relaks.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s