Miesiąc: Październik 2015

Gdzie pisać o książkach


Dawno, dawno temu, zwłaszcza przykładając internetową miarę czasu, pisałem tutaj o tym, w jaki sposób pisać o książkach. Notka ówczesna była trochę belferska, trochę felietonistyczna, i zapewne zbyt mocno przemądrzała. Ktoś ją jednak przeczytał, niektórzy nawet skomentowali, zgadzając się ze mną bądź nie. Niemniej jednak wyszło z tego, że ile osób tyle różnorakich stylów pisania i w sumie całą sprawę można na tym zakończyć. Dlatego dziś chciałbym się zająć zupełnie innym, równie ważkim problemem w życiu osoby próbującej pisania o cudzym pisaniu. Ten problem jawi się dość banalnie – gdzie pisać? (więcej…)

Philip Kerr, Blady przestępca


Czarny kryminał rozgrywający się w Berlinie w 1938 roku? Brzmi jak świetny plan na to, by odnieść sukces, zarówno komercyjny jak i artystyczny. Philip Kerr, autor znanych u nas Marcowych fiołków, o których pisałem już kiedyś, co można sprawdzić tutaj. Kolejna część przygód prywatnego detektywa Bernarda Gunthera przenosi czytelnika w zupełnie inny świat. (więcej…)

Ebook czy papier – oto jest pytanie


Dawno, dawno temu, kiedy kupiłem sobie pierwszego smartfona, byłem wielkim entuzjastą czytania na szklanym ekranie. Nie było to jakoś bardzo wygodne z uwagi na ówczesne wyświetlacze, ale powodowało uspokojenie mojej uzależnionej od czytania natury. Nawet jeśli nie miałem akurat przy sobie jakieś książki, mogłem sobie poczytać coś w telefonie. Szybko się przy tym nauczyłem, że sztuki teatralne sprawdzają się w tym wypadku najlepiej, z wielu różnych względów. Taki stan rzeczy trwał kilka lat, w tym czasie pojawiły się czytniki ebooków, potem coraz większa ilość dostępnych tytułów, a ja nagle zorientowałem się, że ten sposób czytania zupełnie mi nie odpowiada. (więcej…)

Stephen F. Cohen, Ocaleni z Gułagu


Wiemy już bardzo wiele o tym, jak wyglądało życie codzienne w radzieckich obozach pracy. Wiemy sporo o tym, kogo i jak zamordowano, odszukaliśmy nawet wiele grobów. Co jednak z tymi, którym udało się przeżyć? O tym już wiemy niewiele, może nawet bardzo niewiele. Ocaleni z Gułagu to książka, która próbuje zrozumieć to, co się stało i pokazać, że jednak sporo osób radzieckie obozy śmierci przeżyło. Te fascynujące historie polskiemu czytelnikowi postanowiło przybliżyć wydawnictwo Replika. (więcej…)

Tartan noir


Kryminał niejedno ma imię. U nas – podobnie zresztą jak na całym świecie – wciąż istnieje właściwie podium złożone ze Skandynawów i Anglosasów, lokalnie dodajemy do tego Polaków, cała reszta gdzieś tam efemerycznie się przewija, niezależnie od tego czy pochodzi z Włoch, Niemiec, Hiszpanii czy Izraela. Pojawiają się powieści, nie zyskują większego uznania, po czym wydawnictwa sięgają po sprawdzone wzorce i wydają ludzi związanych z podium. Dziś trochę o podium, choć trochę inaczej. Tartan Noir to szkocki kryminał, będący podgatunkiem pochodzącym z Wysp Brytyjskich, ale w naszym kraju jakoś wciąż mało obecny, mimo wydawania tuzów gatunku. Nie ma nawet hasła w polskiej wersji Wikipedii (obiecuję, w końcu je stworzę), więc tym bardziej istnieje potrzeba napisania choć kilku słów.

Tartan noir to zgrabne określenie, które powinno mówić wszystko. Czarny kryminał w kraciastej spódniczce to coś, co nie tylko świetnie nadaje się dla działu marketingu. To przede wszystkim celne podsumowanie tego, co w tej prozie najlepsze. Tutaj detektywi działają w ramach policji, ale są zawsze na jej marginesie, miewają kłopoty z prawem i porządkiem publicznym, ich życie osobiste nie istnieje, nadużywają alkoholu i mają cięty język. Nawet w powieściach typu proceduralnego cała policyjna ekipa nie jest wzorem normalności. Wszystko w tych książkach jest brudne i czarne, choć pojawiają się też zwykłe ludzkie odruchy.

Ważnym elementem tartan noir jest również miejsce. Przeważnie to Edynburg bądź Glasgow, co raczej nie dziwi, bo trzecie z dużych szkockich miast, Aberdeen wygląda tak sielsko, że trudno pisać o nim czarne kryminały. Miasta i wsie Szkocji są przedstawione od tej groźnej, czarnej strony. To naprawdę coś wyjątkowego, co trudno opisać – każda z tych książek pokazuje, że można i trzeba pisać o świecie takim, jaki on jest, bez idyllicznych opisów zbrodni w uroczej wiejskiej posiadłości lub sterylnych wręcz warunkach życia. Tartan noir, jak przystało na gatunek czerpiący z czarnego kryminału, koncentruje się na tym, co w świecie najgorsze. I robi to dobrze.

W naszym kraju wyszło trochę powieści tego nurtu, nie zyskały jednak jakiegoś większego rozgłosu, raczej nie ma wznowień i wydawania nowości na bieżąco. A szkoda, ale to już raczej osobny temat. Wracając do wydanych w Polsce książek to na pewno znać trzeba trzy nazwiska, tym bardziej że wychodziły te książki niemalże w całych seriach, są zatem dostępne w bibliotekach. Kogo warto – a raczej po prostu trzeba znać – spośród przedstawicieli tego gatunku?

tartan noir

Przede wszystkim Ian Rankin. To właśnie on stoi za główną postacią detektywa. DCI Rebus, bo o nim właśnie mowa, to jest po prostu klasyczny czarny (w sensie charakterologicznym oczywiście) detektyw. Posiada cały zestaw wad i właściwie jedną zaletę – jest cholernie dobrym policjantem. I tylko to odróżnia go od tego, do czego przyzwyczaili nas mistrzowie czarnego kryminału. Tutaj właściwie nie jestem w stanie niczego polecić, bo każda z książek o Rebusie jest po prostu znakomita, każdą znać trzeba.

Val McDermid to z kolei seria powieści o seryjnych zabójcach, których tropi policjantka wspólnie ze zwichrowanym psychlogiem Tony’m Hillem. Seria wyszła w Polsce, jest mocno nierówna, ale pierwsze jej części, z kapitalnym początkiem zatytułowanym Syreni śpiew, trzeba przeczytać. Cechą charakterystyczną pisarstwa McDemird są brutalne opisy torturowania i okaleczania zwłok, zatem ostrzegam lojalnie.

Stuart McBride to z kolei coś dla miłośników twardych glin i szybkiej akcji. Wydawane u nas książki pokazują Glasgow z punktu widzenia policjantów cynicznych i balansujących na granicy prawa, ale lojalnych i wiernych samym sobie i zespołowi. Szybka akcja, dużo przekleństw i bijatyk, ale w tym wszystkim także i próba ocalenia własnego życia osobistego. Nie każdemu się spodoba, ale warto dać szansę. Lepiej czytać od początku serii, bo właśnie wątki dotyczące policjantów rozwijają się razem z serią.

Nieco nieoczywistym wyborem będą książki jakie napisała Denise Mina. Bohaterką jej powieści jest młoda, zakompleksiona z powodu nadwagi dziewczyna, stawiająca swoje pierwsze kroki jako dziennikarka jednego z dzienników. Mocna, psychologiczna literatura, która pokazuje otwarcie, że zbrodnia dotyka jednocześnie ofiarę i zabójcę, a prawo nigdy do końca nie jest sprawiedliwe.

Więcej o poszczególnych twórcach i ich powieściach niebawem.

Rafał Wojaczek

Rafał Wojaczek, Piszę wiersz


Piszę wiersz

Siedzę w kącie
w swoim pokoju
zamknięty na klucz

Od czasu do czasu
by sprawdzić
czy żyję jeszcze
szpilką się nakłuwam
a do wnętrza czaszki
wprowadzam świderek

Ale
albo te sposoby
są zawodne
albo już nie żyję.

Siedzę w kałuży krwi
to jest moja krew mówię
ale wcale nie jestem tego pewny

W takim razie krew
moich zwierząt
psa miłego
i innego psa mojego
krew mojej fauny spokojnej.

Maczam palec w tej cieczy
ciemniejącej gęstniejącej
i wypisuję na ścianie
paradoks:

pierwszy lepszy trup jest lepszy
od żywego byle martwy

Przyglądam się długo dziełu
każdemu słowu
każdej literze z osobna
nagle zauważam
że ściana jest czysta
biała

marzec 1965

W tym roku przypada 70 rocznica urodziny Rafała Wojaczka, więc dobrze przypomnieć sobie za co go kochamy. Nie tylko za to, że wychodził przez szyby z knajpy i nie tylko za to, że udało mu się odnieść sukces w trudnej sztuce odbierania sobie życia. Kochamy go za wiersze, w których mnożą się wątpliwości i w zasadzie tylko jedno jest pewne – życie to nieustające pasmo cierpienia. Ból istnienia przybiera formę tak trudnego do zniesienia, że trzeba niekiedy przerwać je na własną rękę.

Wojaczek nadal wywołuje wielkie wrażenie, dlatego też pisanie o nim zawsze przypomina mi o tym, że większość tekstów powstawała na kolanach, znaczna go deprecjonowała, a dopiero te kilka, kilkanaście analiz czy rozpraw zajmowało się poezją i tym, co ten człowiek chciał nam przekazać. Dlatego też wybrałem wiersz o pisaniu wiersza, gdyż jest łatwy do zrozumienia i łatwy do przełożenia na język egzystencjalnych rozterek ludzi nie tylko nie piszących, ale nawet nieczytających poezji.

Piszę wiersz odczytuje się łatwo, twórcze rozterki to temat tak często obecny w literaturze, filmie, teatrze, a nawet i muzyce, że właściwie każdy może go zrozumieć. Wywołane podczas lektury skojarzenia i odniesienia ustawiają się w głowie niemal od razu i w dużej liczbie, niezależnie od tego. ile w życiu wierszy przeczytaliśmy. Sprawa cierpienia młodego Wojaczka, wówczas zaledwie dwudziestolatka, jest tak oczywista, że nieomal banalna. Właściwie to skrzywić się można, bo przecież nudne to nieco, takie eksponowanie własnej inności i odmienności, a może nawet forma jakiegoś masochistycznego wręcz obnażania cierpienia, które przecież dostępne jest właściwie każdemu, a przecież nie wszyscy piszą na ten temat wiersze. Piszę wiersz  w pierwszej chwili, w dość chyba nawet naturalnym odruchu można wziąć za dość słaby i banalny poemacik mentalnego licealisty, który przeżywa wszystko tak emocjonalnie, że aż musi podzielić się tym ze światem.

Przejdźmy jednak nieco dalej, opuśćmy duszny pokój poety zamkniętego na klucz i sprawmy, by perspektywa uległa pewnemu rozszerzeniu. Nie ma już pokoju, nie ma już nawet samego poety, a jednak wciąż pozostaje niepewność co do własnego istnienia. Ból zdaje się przekonywać o tym, że jednak rzeczywistość może posiadać pewien stopień realności, że egzystencja ma pewien – nawet jeśli starannie przed nami ukryty – sens. Przy uważnym odczytaniu okazuje się, że Piszę wiersz tak naprawdę nie jest o pisaniu wiersza, nie jest o poezji nawet. To przypowieść, to alegoria, to symbol naszego życia, w którym próbujemy coś robić, próbujemy coś zrozumieć, a na końcu nie pozostaje nic z naszych wysiłków. Ot, kolejny żywot jednostki, dramatyczny jedynie dla niej samej. O tym jest ten wiersz i to czyni z niego prawdziwą sztukę – wytrąca nas z równowagi, oburza lub przejmuje, ale nie pozostawia takich samych jak przed lekturą. Tylko tyle i aż tyle.