Dariusz Loranty, Spowiedź psa

Jak już wkroczyłem na ścieżkę opowieści policyjnych z życia wziętych, to postanowiłem zrobić kilka innych kroków. I znowu dostałem to samo danie, jedynie nieco przyprawione religijnością i otwartą krytyką „układu pookrągłostołowego”. Niewiele w porównaniu do tego, co zapowiadała szumna okładka, głosząca w podtytule „Brutalna prawda o polskiej policji”. Ani to prawda zbyt szczera ani tym bardziej brutalna.

Dariusz Loranty, Spowiedź psa

Dariusz Loranty, Spowiedź psa

Znowu mamy schemat, o którym pisałem ostatnio, przy okazji książki Ciszewskiego i Liedela. Początek niemalże identyczny zresztą: młody glina, co przychodzi do policji w chwili transformacji komunistycznego reżimu w demokratyczne państwo. Szybko się przekonuje, że dawni funkcjonariusze milicji wciąż mają się świetnie w nowych układach władzy. Jak dawno temu ktoś powiedział: „Rządy się zmieniają, policja potrzebna jest każdemu”. Tak to właśnie widzę i dziwię się nieco zaskoczeniu pana Lorantego. Chyba że mówił o samym sobie z tamtego okresu, można to złożyć na karb braku doświadczenia.

Spowiedź psa  miała podobno ujawnić „brutalną prawdę o polskiej policji”. Miała, ale jakoś nie ujawniła, najwięcej brutalnych prawd pojawia się w związku z filmowymi dokonaniami Patryka Vegi albo dobrze opisanymi przez kogoś innego. Owszem, w książce znajdziemy parę przykładów policyjnych akcji, ale jakoś o wielu (a raczej o tych, o których nie pisały zbytnio media), Dariusz Loranty nie opowiada. Szkoda, ale rozumiem niechęć do procesów sądowych na przykład. Nie potępiam, bo podobnie jak słynny „pies” nie mam wielu złudzeń co do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nikt też nie kala własnego gniazda.

Ta książka to forma rozmowy i tutaj prowadzący często nie wie, jak podnieść się z kolan i popatrzeć Lorantemu prosto w oczy. Młodzieńcza fascynacja „twardzielem” jest tutaj tak widoczna, że niekiedy aż żal robiło mi się tego policjanta, który musi słuchać tego typu wynurzeń. No i my musimy czytać, niestety. Stary policyjny wyga kręci swym rozmówcą jak tylko sobie tego zapragnie, co widzą wszyscy oprócz współautora książki. Cóż, trudno, zdarzały się większe grzechy.

Sam Loranty jest teraz taką medialną gwiazdą, że zbyt wiele nie dowiedzieliśmy się nowego. Chociaż nie, jest jedna rzecz, która mnie ujęła w tej książce. Chodzi o kwestie wiary. Osobiście cenię Lorantego za mówienie o swojej religijności. Przyzwyczailiśmy się do tego, że religia jest dla starszych pań, które ostatnie lata swojego życia spędzają w kościele. Nawet ktoś się w mediach ostatnio deklaruje jako katolik (słynna akcja „Nie wstydzę się Jezusa” na przykład) robi to nieco jakoś koniunkturalnie, płytko, jakby pod publiczkę. Dariusz Loranty poważnie podszedł do tematyki spowiedzi właśnie w tej jednej jedynej kwestii. Policjant, twardziel nie wahający się niekiedy dać w mordę, otwarcie mówi o tym, co przychodziło mu do głowy w trakcie oględzin zwłok samobójców. Piękne to i rzadkie, za to cenię go bardziej. W pracy policjanta posiadanie silnych zasad moralnych na pewno nie przeszkadza, a z punktu widzenia szarego obywatela może nawet pomóc, bo taki glina powinien być uczciwy.

Spowiedź psa to po prostu książka o Dariuszu Lorantym. O polskiej policji od środka dowiemy się tego, co już dawno wiedzieliśmy – układy, polityczne zależności, głupota i niekompetencja, tumiwisizm i byli ubecy. Nihil novi sub sole, jak mawiali nasi przodkowie w chwilach rozczarowania swoją rzeczywistością. Szkoda, bo jestem przekonany, że prawdziwie szczera opowieść mogłaby być znacznie bardziej ciekawa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s