Dominik Kozar, Likwidator ’44

Moda na Powstanie Warszawskie kwitnie w najlepsze. Książki, komiksy, filmy, płyty opanowują polską kulturę popularną na naprawdę sporą skalę. Jak zawsze w masie zdarzają się rzeczy wybitne, dobre, przeciętne i zwyczajnie słabe. Likwidator ’44 lokuje się gdzieś pośrodku tej skali, bliżej jednak jej dolnych rejestrów.

Dominik Kozar, Likwidator '44

Dominik Kozar, Likwidator ’44

Motyw śledztwa prowadzonego w okupowanej Warszawie przedstawił już wcześniej Bartłomiej Rychter w powieści Ostatni dzień lipca. Poprzeczka ustawiona została wysoko, trudno jest ją przeskoczyć. Kozar niestety potyka się na samym rozbiegu. Jego Warszawa czasu okupacji pełna jest sztampowych postaci, z których żadna właściwie nie przechodzi metamorfozy. Autor sprawia wrażenia mocnego niezdecydowania w podjęciu decyzji o czym ma być książka. Miasto właściwie nie żyje w powieści – nie znajdziemy tu zbyt wielu opisów, nie ma też życia jej mieszkańców. Owszem, zdarzają się sceny związane z wojną, jak choćby uliczna egzekucja, ale właściwie nie wykraczają poza coś w rodzaju przepisania dawnych relacji. Podobnie z ukazaniem prób normalności życia – impreza urodzinowa jednej z bohaterek również brzmi znajomo, a scena miłosna jest patetyczna do bólu zębów.

W ogóle postaci zaludniające powieść są raczej jedynie typami ludzkimi, wtłoczonymi w rolę, z której wyjść nie potrafią. Jedyna zmiana, jaką obserwuje czytelnik, to wejście do AK jednego z warszawskich cwaniaków, którzy przez całą wojnę unikali jej, wszystko to dzieje się oczywiście pod wpływem osobistej straty. Stereotyp goni tutaj stereotyp, trudno nie uśmiechnąć się w chwili, gdy jeden z bohaterów dostaje w pożegnalnym prezencie od dziewczyny Kamienie na szaniec. Jeśli tego typu sceny mają burzyć nasze wyobrażenia o okupowanej stolicy, to chyba im się to zadanie zupełnie nie udaje.

Fabuła kryminalna jest również znana, zaskoczeń większych brak, rozwiązanie poznajemy na długo przed końcem książki. Trudno nawet napisać coś więcej, bo dwa zdania wprowadzenia dla wielu byłyby już ujawnieniem całości. Może wystarczy powiedzieć, że przypomina nieco Ucieczkę z Festung Breslau Andrzeja Ziemiańskiego?

Książka jest także próbą zajęcia głosu na temat powstania i tutaj sprawa przedstawia się równie mało skomplikowanie. Właściwie niewiele osób chce walczyć, wszyscy wiedzą, że zbrojne wystąpienie jest bezsensownym szaleństwem. Do walki prze jedynie garstka narwanych młodzieńców. Oczywista to półprawda, bo dobrze dziś wiemy, że i w dowództwie AK były osoby prące do zbrojnej konfrontacji za wszelką cenę. O tym jednak w powieści cisza.

Trudno nie wrzucić kamyczka do ogrodu wydawcy, czyli wydawnictwa Videograf. Prolog i zakończenie dzieją się rok po powstaniu, a jesteśmy uraczeni zdjęciem idących powstańców z 1944 roku. Kartki, jakie zostawia morderca, są w książce opisane tak, że nie mamy wątpliwości, iż zostały napisane ręcznie, niebieskim atramentem. W powieści mamy jednak ich zdjęcia (ksera?), na których nazwiska wybite są piękną szwabachą. Nie przeszkadza to w lekturze, podsyca raczej wrażenie stereotypowego myślenia o tamtych czasach.

Likwidator’44 to nie jest książka zła, to powieść po prostu schematyczna, co w efekcie czyni ją zwykłą opowiastką, pozbawioną siły wyrazu. Zapewnienie o jej zdolności do burzenia naszego postrzegania wojennej Warszawy jest oczywiście niezrealizowane, czytelnik raczej utwierdzi się w tym, co już znał. Spędzenie na jej lekturze czasu daje jedynie rozrywkę klasy B. Takie książki też są potrzebne, chwile relaksu przydadzą się każdemu, ale warto mieć tę świadomość przed sięgnięciem po dzieło Dominika Kozara.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s