Miesiąc: Luty 2015

Blog wyłączy centralę?


Jakoś tak parę lat temu – dokładnie to osiem – profesor Czapliński napisał książkę pod tytułem Powrót centrali, w której opisał zjawisko opanowujące nasz rynek literacki. Poprzez snucie analogii z gospodarką centralnie sterowaną słusznie minionego ustroju przedstawił koniec krótkiego zachłyśnięcia się wolnością przez literacki światek na początku lat 90. i szybki powrót do dawnego stanu rzeczy, w której książki sprzedaje jedynie słuszna firma. Parę lat temu ta książka mnie poraziła, dziś postanowiłem ją wykorzystać do własnych niecnych celów. Moja wizja roztacza się na literackie sieciopisanie, w którym niewiele się dzieje bez zgody głównych graczy na rynku. Niewidzialna ręka trzyma mocno za gardło, nie pozwalając nie tylko pisać, ale nawet czytać. Wszak książki nie spadają z nieba, prawda? (więcej…)

Paulina Codogoni, Rok 1956


Pamiętacie „czarny czwartek”? Większość ludzi doskonale wie, że było to w roku 1970 na Wybrzeżu, tę wiedzę przekazał przecież film sprzed kilku lat. Prawda jest jednak nieco inna – pierwszy polski „czarny czwartek” wydarzył się 28 czerwca 1956 roku w Poznaniu. Poczytać możecie o tym w książce Pauliny Codogoni Rok 1956, wydana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Pouczająca to lektura nie tylko dlatego, że obnaża pewien mit. (więcej…)

Zapomniana rocznica albo pięć lat bloga


5 urodziny

W natłoku tłustoczwartkowych pączków, piątków trzynastego, walentynek, śledzików łatwo przeoczyć ważne daty. Tym bardziej, że daty nic nie znaczą, są tylko jakąś umową międzyludzką, która zmusza nas przede wszystkim do dotrzymywania „dedlajnów” i wydawania pieniędzy na nikomu niepotrzebne prezenty w rodzaju skarpet lub pończoch, o pudełkach czekoladek nie wspominając. Niemniej jednak tradycja zobowiązuje, zwłaszcza że okazja dość okrągła. No i sam kochany WordPress przypomniał, nie można go przecież zawieść, pięć lat w związku do czegoś jednak zobowiązuje.

14 lutego 2010 roku rozpocząłem pisanie tego bloga. To było tak dawno temu, że nie wiem, jak mogłem w ogóle wówczas żyć bez bloga na WordPressie. Od tego czasu tak się rozwinąłem, że zacząłem żyć z pisania blogów, choć nie o książkach przecież, bo z tego papieru pieniądze się nie biorą. Niemniej jednak posiadanie tego bloga akurat cenię sobie chyba najbardziej, choć z pozoru tak może nie wyglądać. Pisuję rzadko, nie mam fajerwerków na stronie, nie mam też zdjęć stosów makulatury, jakie każdego miesiąca przechodzą przez moje ręce. Mam jednak oddanych czytelników, co mnie dziwi nieustannie.

Nie ma co podsumowywać tych 5 lat. Było, minęło, się skończyło. Mam nadzieję jedynie, że uda mi się utrzymać tę tendencję, na przykład w formie znanej z pewnego starego magazynu telewizyjnego dla młodzieży. Byłoby miło spotkać się za te następne pięć lat. Czego i Wam i sobie życzę.

Petr Šabach, Gówno się pali


Słyszeliście o tym, że nasz cudowny kraj, Polska Rzeczpospolita Ludowa, była „najweselszym barakiem w obozie”? Jeśli wierzycie w te słowa to znaczy, że zostaliście zmanipulowani propagandą. Po lekturze książki czeskiego pisarza nie będziecie mieli wątpliwości, gdzie było najweselej. Gówno się pali to wspaniały przykład czeskiego absurdalnego humoru, który na dodatek ma tę przewagę nad angielskim, że bardziej trzyma się życia. To wszystko dzieje się tuż obok, to wszystko dzieje się naprawdę.

Petr Šabach, Gówno się pali

Petr Šabach, Gówno się pali

Petr Šabach napisał książkę fantastyczną. To znaczy ona jest realistyczna, oparta na faktach z życia pisarza wziętych, a jej „fantastyczność” oznacza tutaj jedynie wspaniałość, doskonałość niemal. W krótkich powiastkach z dorastania w komunistycznej Czechosłowacji zawarte jest wszystko to, czego doświadczali także i nasi rodzice. Albo może nie doświadczali, może lubili ten dziwny twór „demokracji z przymiotnikami”, co też przecież nie jest karalne.

Czechosłowacja lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a nawet jeszcze i osiemdziesiątych, była dla nas krajem mocno dziwnym. To znaczy oczywiście śmialiśmy się z tych „pepików” mocno, a jednocześnie z zawiścią oglądaliśmy ich pełne sklepy, proste drogi i czyste pociągi. Do tej pory pamiętam wspaniałości, które dostawał mój sąsiad od ojca przebywającego na delegacji w CSRS. O tym także pisze czeski pisarz, w kapitalnej scenie z ojcem, który po tyradzie o wyższości enerdowskiej techniki rozpuszcza przypadkiem plastikową łyżeczkę w herbacie. To jedna z kwintesencji tej książki – ukazanie jak w tamtym systemie cieszyliśmy się z tandety lub rzeczy zupełnie normalnych. Kto nigdy nie ustawiał kolekcji puszek po piwie na meblościance, nie wie, o czym mowa.

Gówno się pali to satyra w swoim najlepszym, słodko-gorzkim opakowaniu. Podczas lektury wybuchasz śmiechem na chwilę, by w drugiej doznać uczucia egzystencjalnego niepokoju, które wyraził najlepiej Mikołaj Gogol w ostatniej kwestii swojego genialnego Rewizora: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.” Nie waham się postawić Czecha obok genialnego Rosjanina, bo obaj pisali o swoich społeczeństwach w sposób niesamowity.

Gówno się pali to jedna z tych książek, do których chce się wracać. Powieści o dojrzewaniu mają bowiem to do siebie, że są ponadczasowe, najpierw czytamy je jako próbę zrozumienia samych siebie, potem po latach jako próbę zrozumienia gdzie popełniliśmy błąd, wreszcie zaś jako ostatnią próbę przypomnienia sobie wspaniałej młodości. Podobnie jak z klasykami w rodzaju Kompleksu Portnoy’a czy Buszującego w zbożu, książkę Šabacha mogą czytać ludzie w każdym wieku. Co tam mogą, powinni! To najlepsza odtrutka na śmiertelnie poważne czasy płynnej ponowoczesności. Przypomina, że są na tym świecie stałe rzeczy, niekoniecznie będące śmiercią.

Marcin Wroński, Haiti


Jakoś tak Wroński mi ostatnio umyka, książek produkują wszyscy tyle, że doba zbyt krótka na to, by choćby listy książek wydawanych prześledzić. Stąd też i za Haiti nieco późno się wziąłem, ale w końcu się udało. Jak zwykle było miło, jak zwykle też zbyt szybko się skończyło. Recenzja książki Marcina Wrońskiego to w sumie rzecz mało przyjemna, bo pisanie na kolanach nie jest rzeczą zbyt prostą, o wygodzie nie wspominając. Zatem krótko i celnie, niczym walka pewnego polskiego boksera za wielką wodą.
(więcej…)

Jacek Komuda, Krzyżacka zawierucha


Czasami, jak każdy chyba, tęsknię za szczenięcymi latami. Sięgam wówczas po książkę nieco cofającą mnie do czasów słodkiej beztroski i przeżywania przygód bohaterów z wypiekami na twarzy. Krzyżacka zawierucha Jacka Komudy jak najbardziej się do tego celu nadaje. Ot, czytanka dla dzieci w wieku lat co najwyżej dwunastu, która ma podnieść im morale, bo przecież Rzeczpospolita rycerstwem stała i pod Grunwaldem siłę pokazała. Książka przy tym niezbyt obszerna, akurat na dwie godziny podróży czy też innej formy zabijania czasu niewyszukaną rozrywką. Problem mogą mieć ci, którzy szukają książki do czytania w każdym wieku.  (więcej…)

Carin Gerhardsen, Kołysanka na śmierć


Na początku było zło. Wyrządzone przed laty, czasem nawet niezupełnie świadomie, kładzie cień na całe nasze życie. Jeśli odkryjemy pewnego dnia, że byliśmy pod wpływem koszmaru z przeszłości, możemy zrobić tylko dwie rzeczy. Jakoś się z tym pogodzimy, próbując dalej żyć – oto rozwiązanie pierwsze. Drugim jest krwawa zemsta. Najnowsza książka Carin Gerhardsen zajmuje się opisem zemsty właśnie.

(więcej…)