Miesiąc: Styczeń 2015

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Czarna bandera


Powieści z serii Assassin’s Creed ukazują się w naszym kraju regularnie, temu zjawisku nie towarzyszyła jednak jakość. Nowy tom serii zatytułowany Czarna bandera w wyraźny sposób wyróżnia się na tle poprzedników. Kogo bowiem nie pociągają piraci i ich barwne życie?

(więcej…)

Reklamy

Oliver Bowden, Assassin’s Creed.Porzuceni


Kolejna, piąta już książkowa odsłona cyklu Assassin’s Creed przenosi swoich czytelników w zupełnie nowy świat. Dosłownie i w przenośni, bo spora część powieści rozgrywa się na amerykańskiej ziemi a główny bohater jest… templariuszem. Czy ta rewolucja się w ogóle opłaciła? Po lekturze wcale nie jest łatwiej odpowiedzieć na to pytanie. (więcej…)

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Objawienia


Czwarta odsłona przygód Ezia Auditore, stojącego na czele Bractwa Asasynów, prowadzi nas przez Morze Śródziemne do Konstantynopola i okolicznych terenów Azji Mniejszej, gdzie narodziło się Bractwo. Tę podróż odbędziemy nie tylko w przestrzeni, ale także w czasie – do epoki wypraw krzyżowych. Po raz kolejny odkryjemy mnóstwo tajemnic przeszłości oraz będziemy świadkami wielu potyczek i bitew, jakie toczą ze sobą asasyni i templariusze, próbujący zatriumfować nad światem. Czy również tym razem przeniesienie komputerowej gry na papier utrzymało się na poziomie, który nie sprawi zawodu swoim czytelnikom.

Oliver Bowden, Assassin's Creed. Objawienia

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Objawienia

Assassin’s Creed: Objawienia podejmuje losy Ezia cztery lata po zakończeniu poprzedniej części jego przygód. Tym razem bohater wyruszy w podróż na wschód, do Konstantynopola i w jego okolice, by odszukać kolejne stare artefakty bractwa oraz jeszcze lepiej poznać znaczenie walki, której poświęcił całe życie. Jak zdążyliśmy się już przyzwyczaić, jego poczynaniom będą towarzyszyli wrogowie w postaci bezwzględnych templariuszy. Mimo przeciwności losu, Ezio niezmiennie będzie parł naprzód ze wszystkich sił, aż do ostatecznego celu. Gromadzone przez niego starożytne klucze otworzą wrota jaskini, która ujawni przed nim prawdę. Niestety, okaże się ona trudna do zrozumienia. Co więcej, przywódca Bractwa odnajdzie także coś jeszcze…

Objawienia nie niosą w sobie żadnej rewolucji, ponieważ nie taka jest ich rola. Bowden w swej kolejnej książce sięga po znane już czytelnikom serii elementy, tworząc znajome i nowe postacie. Możemy znaleźć tu dokładnie te same składniki, które pojawiły się już w poprzednich częściach cyklu. Prawdziwe osoby i wydarzenia historyczne przemieszane z legendami oraz czystą fantazją, bardzo szybki rozwój wypadków i ogromna liczba scen walki, tworzą wspólnie dość jednorodną całość, nie pozwalającą czytelnikowi nudzić się od pierwszej do ostatniej strony. Towarzyszenie Ezio Auditore w jego kolejnych przygodach, gdzie dynamicznie opisane walki przeplatają się z poszukiwaniami kolejnych artefaktów, na pewno zapewnia rozrywkę na długi zimowy wieczór. Wszyscy miłośnicy i miłośniczki powieści z gatunku płaszcza i szpady nie powinni być rozczarowani. Dostaną dokładnie to, czego się spodziewają.

Nie da się jednak ukryć, że książka zbudowana jest dość schematycznie, tak jakby autor właściwie nie miał już oryginalnych pomysłów na to, jak zapełnić kartki swojej powieści. Poszczególne wątki albo nie wiążą się ze sobą w całość, pozostając jedynie epizodycznymi opisami, albo zarysowane są jedynie pobieżnie, bez choćby próby stworzenia czegoś na kształt głębi psychologicznej postaci. To, co jeszcze obecne było w dwóch pierwszych częściach cyklu, zostało poświęcone w imię przyśpieszenia tempa akcji. Być może dzięki temu zabiegowi lektura rzeczywiście stała się bardziej pociągająca ze strony przygodowej, niemniej nie da się ukryć, że na pewno straciła na wiarygodności opisywanych wydarzeń. W efekcie, z czegoś, co mogło być dobrą książką przygodową z niezłą częścią historyczną, stała się jedynie opisem tysiąca i jednej przygody, które na dobrą sprawę mogłyby się rozegrać w dowolnych scenografiach. Wielka szkoda, bo Bowden dowiódł w początkowych tomach cyklu, że jest w stanie połączyć dynamikę powieści przygodowej z szerszym i ciekawie opisanym tłem historycznym. Niestety, w Objawieniach nie podjął się tego zadania, co nieco obniża przyjemność płynącą z czytania.

W trakcie lektury trudno nie odnieść wrażenia, że ostatnia część cyklu jest jednocześnie tą najsłabszą. Wszystkie znane z poprzednich tomów chwyty zostały – lepiej lub gorzej – odegrane, ale nawet pojawiający się niejako automatycznie zarzut powtarzalności nie jest tym największym, jaki można postawić Objawieniom. Niechlubna w tym wypadku palma pierwszeństwa musi przypaść wspomnianej wyżej szkicowości narracji. Brakuje tu głębi, autor nie ma pomysłu na dalszy rozwój powieści, co niestety widać w wielu miejscach książki. W efekcie, rozwiązanie starożytnych tajemnic bractwa asasynów niczego nie wyjaśnia, mnożąc jedynie pytania w głowie czytelnika. Ostatnie strony zaś, nie pomagają w zrozumieniu nie tylko tej części przygód Ezia, ale całości cyklu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że tkwiący w serii potencjał został zmarnowany. Szkoda, bo opowieść o tajemnej walce o panowanie nad światem zapowiadała się naprawdę nieźle. Niestety, z jakichś nieznanych przyczyn, ta misja nie powiodła się autorowi. Trudno zatem dłużej ukrywać, że to bez wątpienia najgorsza część serii, a jej lektura przypadnie do gustu jedynie fanom. Cała reszta czytelników zapewne dobrnie do końca jedynie siłą rozpędu, pochodzącą od tempa przewracania kartek.

5 książek Marka Hłaski


W tym tygodniu mieliśmy 81 rocznicę urodzin Marka Hłaski. Do tego twórcy mam sentyment ogromny, jego lektura w liceum była czymś zupełnie odmiennym od tego, co proponowało ministerstwo i nauczyciele. To były książki naprawdę przeżywane, z całą egzaltacją i powagą szesnastolatków. Kilka słów o tym, co zostało mi z tamtych czasów. Kolejność dowolna całkowicie.

Marek Hłasko

Marek Hłasko

Sonata marymoncka – niby socrealizm, a jednak jakiś taki dziwny, ponury, nie niosący wyzwolenia jednostki w najlepszym z możliwych systemów. Niby dydaktyczny i w sumie trochę oddany komunistycznej władzy, a przecież tak obrazoburczy wobec niej. Ciemny, brudny, zły, pijany, biedny – obraz robotnika w tej książce porusza do głębi. Hłasko wiedział, co pisze i o czym. Po kilku latach pracy jako kierowca ciężarówki doskonale wiedział, co czuje pracownik fizyczny w swoim państwie w chwili, gdy przelicza nędzne grosze wypłaty. Wiedział też, jak i ile kraść, by w sobotę dołączyć do milionów facetów topiących swój smutek i żal w podłej wódce.

Ósmy dzień tygodnia – kiedy ma się kilkanaście lat wierzy się w miłość po grób, gloryfikuje to uczucie, pisze wiersze do ukochanego/ukochanej. Spełnieniem miłości może być seks. W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nie było łatwo, ale można ten utwór odbierać uniwersalnie. Zmieniły się nieco dekoracje, pozostał jednak brud, choćby ten obecny w sieci. Seks czy miłość nie są już na ołtarzach wznoszonych ze słów młodzieńczych i panieńskich naiwnych poezje , występują dziś jedynie na ekranach, dostępne dla każdego dziecka. Mówienie zaś o uczuciu naraża na śmieszność i drwiny w gimnazjalnej toalecie. W najlepszym razie, bo przecież może być jeszcze powodem do prześladowań w sieci. Podniosłość nie istnieje, liczy się tylko to co tu i teraz, silniejszy wygrywa.

Następny do raju – to powieść łącząca przytoczone powyżej dwie. Są robotnicy, którzy wcale nie budują ojczyzny robotników i chłopów, a po prostu chcą przeżyć w trudnym czasie we wrogim sobie systemie. Uczucia w tym kraju nie istnieją, życie nie ma żadnej wartości. Znów tylko pustka, brud i zezwierzęcenie. Czasem jeszcze zdarzają się chwile uniesień, człowieczeństwo na chwilę wraca, dawno zapomniane marzenia ożywają po kolejnej wódce w dzień wolny. Potem jednak następuje poniedziałek, bezsens źle opłacanej i w ogóle niedocenianej pracy, w której można jedynie stracić życie, powraca z całą siłą. Tak silną, że spychającą w przepaść. Dosłownie.

Piękni dwudziestoletni – najlepsza dla mnie książka Marka Hłaski. Inne opowiadają o życiu w ogóle, ta opowiada o życiu samego autora. Oczywiście, to także elementy fikcji, trudno byłoby zakładać, że pisana była bez elementów autokreacji. Niemniej jednak jedna z lepszych książek o życiu w PRL w latach 50. ubiegłego wieku. Nawet, jeśli część przywoływanych wydarzeń jest zwyczajnie zmyślona. To także książka chyba najbardziej optymistyczna, działająca zgodnie z zasadą opisaną w psychologii jako „błękitnienie wspomnień”. Z perspektywy czasu każdy z nas gloryfikuje swoją młodość. Tylko to nam zostało w chwili, gdy orientujemy się, że bliżej już do śmierci, a nasze dokonania są równie istotne jak wygląd zeszłorocznego śniegu.

Drugie zabicie psa – jedyna powieść emigrancka w tym zestawie. A ściślej – jedyna nie traktująca o Polsce, bo przecież wspomniena wyżej książka Piękni dwudziestoletni też została napisana poza granicami kraju. Jednak to powieść wyjątkowa, pokazuje bowiem przejście Hłaski od opisywania beznadziei życia w PRL do zauważenia, że życie jest po prostu kiepskie, niezależnie od szerokości geograficznej, towarzystwa, uczuć, kariery czy czegokolwiek innego. Jeśli miałbym dawać jakieś etykietki, to właśnie tutaj Hłasko staje się polskim egzystencjalistą, najwybitniejszym albo może po prostu jedynym. Podejmowane przez jego bohaterów próby ocalenia samych siebie są z góry skazane na klęskę, ale liczą się właśnie one. Tu już dłużej nie można zwalać winy na komunistyczny reżim, świat zwyczajnie nie ma sensu, rządzi nami przypadek. To, co zrobimy, w ostatecznym rozrachunku ma sens tylko i wyłącznie dla nas. Jeśli czytaliście Camusa, wiecie o co chodzi.

Krótki to zbiór, ale na pewno definiujący pewien szczególny rodzaj w literaturze. Znów, podobnie jak choćby z Gombrowiczem, smutek pozostaje tylko taki, że Hłasko pisał po polsku. W innym języku, w innych okolicznościach, byłby pewnie laureatem literackiego Nobla. Niewykluczone jednak,  że taka osobowość literacka mogła się narodzić tylko w mroku stalinowskiej nocy i w krótkotrwałym brzasku odwilży. Poza Polską Hłasko zwyczajnie umiera.

PM Nowak, Na pokuszenie


PM Nowak już w debiucie wymyślił sobie osobną niszę i w swej drugiej powieści trzyma się tego pomysłu. Ożywienie klasyki w nowych dekoracjach przypomina nieco nowoczesne adaptacje sztuk teatralnych. Bez obaw jednak, nie ma w książce podejścia zbyt awangardowego – to kryminał o klasycznych korzeniach.
PM Nowak, Na pokuszenie

PM Nowak, Na pokuszenie

Kiedy na posiedzeniu zarządu spółki OKZ Development jeden z członków zarządu umiera chwilę po spełnieniu toastu, wszyscy podejrzewają zawał serca. Jedynie brat zmarłego ma wątpliwości, zdawało mu się bowiem, że wyczuł zapach migdałów. Sekcja zwłok potwierdza, iż mężczyznę otruto. Rozpoczyna się śledztwo, które prowadzą komisarz Zakrzeński i prokurator Wilk.

Cyjanek w zamkniętym pokoju? Motyw znany od lat, niemalże od początku nowoczesnej powieści kryminalnej, a co najmniej od czasów Agathy Christie. Jak pasuje do realiów współczesnej podwarszawskiej miejscowości? Szybko się przekonujemy, że wręcz idealnie, co zapewne jest dużą zasługą autora. PM Nowak wie, że w zalewie kryminałów trzeba się wyróżnić pomysłem, a ten użyty w powieści działa świetnie. Zbrodnia i śledztwo są jednocześnie tradycyjne i nowoczesne, przy czym tradycja związana jest z fabułą, a nowoczesność ze światem przedstawionym. Wspólnie tworzą zgrabną całość.

Począwszy od krótkiej historii polskiej przedsiębiorczości, jaką obserwujemy na przykładzie właścicieli firmy deweloperskiej, odnajdziemy w książce wiele z tego, co znamy z naszej rzeczywistości. Korzenie firmy sięgają bowiem początku lat transformacji i handlu używanymi ciuchami z zachodu. Podobnie potraktowane zostały inne motywy, te o bardziej klasycznej proweniencji. Szantaż w drugiej dekadzie XXI wieku to nie listy z literami wyciętymi z gazety, ale maile ze zdjęciami zrobionymi telefonem komórkowym. Ceną za milczenie nie są pieniądze, a załatwienie dobrej pracy.

Z klasyki gatunku znamy także parę detektywów. Tutaj pisarz również wprowadził pewne innowacje, które sprawiają, że książka nie jest sentymentalną ramotą czy ckliwą wyprawą w przeszłość. Już w pierwszej części cyklu mogliśmy obserwować duet złożony z komisarza i prokuratora; w Na pokuszenie Nowak rozwinął postaci, trzymając się jednocześnie przyjętych zestawów cech obu panów. Twardy glina jest postacią wiodącą, prowadzi śledztwo w sposób, jaki kojarzy się bardziej z powieścią policyjną niż klasyką. Przesłuchuje, drąży, docieka. Równocześnie nie jest pozbawiony wad, konkretnie zaś jednej – słabości do płci pięknej. Na swoje nieszczęście sypia z kobietami zamieszanymi w sprawę, więc szybko przestaje być obiektywny. Przez seksualne podboje najpierw ucierpi śledztwo, następnie on sam.

Prokurator Wilk nadal jest sympatycznym niezgułą, mało przystosowanym do życia. Łatwowierny i bojaźliwy, przez długi czas będzie raczej unikał podejmowania decyzji dotyczących śledztwa, pozostawiając komisarzowi wolną rękę. Zmieni się dopiero pod wpływem sytuacji i rozwiąże zagadkę. Jego staroświecki styl, na co dzień widoczny w doborze stroju, skłoni go do zagrywki w duchu Herculesa Poirota. Wszyscy zamieszani w sprawę zostaną zgromadzeni w miejscu popełnienia zbrodni i morderca zostanie ujawniony. Nieco to może naciągane, ale jednak działa, wpisując się także w sposób postępowania prokuratora, który lubi przeprowadzać takie efektowne zakończenie.

Niestety, nie wszystko w powieści zostało do końca przemyślane. Uwagi na tematy społeczne rażą niekiedy schematyzmem i naiwnością. Wszyscy doskonale wiemy, ile zarabiają policjanci i dlaczego bycie prokuratorem wymaga nieustannego balansowania na granicy pomiędzy egzekwowaniem prawa a wymaganiami zwierzchników. Potencjalnie najlepszy – zwłaszcza po świetnym wykorzystaniu w Ani jednej rzeczy – wątek dziennikarski został odstawiony na boczny tor. To duża strata dla książki, bo niesie on w sobie naprawdę duży ładunek krytyki społecznej, w intrygujący sposób pokazuje relacje pomiędzy wymiarem sprawiedliwości a światem mediów, a także zawiera sporą dawkę humoru. Wszak dziwna i nieco szorstka przyjaźń prokuratora Wilka i redaktora Walnego stanowi bardzo ciekawy element fabuły. Ich rozmowy, z przyjętą przez obu panów oficjalną formą, są najbardziej dowcipnymi momentami w powieści. Tym większa szkoda, że tak rzadko możemy się na nie natknąć.

PM Nowak nie dał się unieść fali samozadowolenia po dobrze przyjętym debiucie, za który otrzymał nagrodę specjalną Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Napisał jeszcze lepszą książkę, nadal poruszając się we własnym świecie. Pozostaje mieć nadzieję, że dotrzyma słowa i stworzy całą serię, bo Na pokuszenie jest powieścią dobrą. Ja już czekam na kontynuację.

recenzja ukazała się na portalu polter.pl

PM Nowak, Ani żadnej rzeczy


Co przychodzi nam na myśl, kiedy widzimy gdzieś na półce etykietkę „kryminał klasyczny”? W naszej głowie pojawiają się niemal natychmiast dawne angielskie dwory, detektywi posługujących się jedynie własnym umysłem, fabuła rozpisana na kilka podstawowych wariacji, w której najważniejsze będzie obalenie niepodważalnego alibi. Czy można napisać klasyczny kryminał w zupełnie innych dekoracjach? Na przykład we współczesnej Warszawie? PN Nowak przekonuje, że może się taki dość odważny zamiar powieść z powodzeniem. Ani żadnej rzeczy… to książka klasyczna, choć w nowych dekoracjach. Czyta się ją z pewnym uczuciem dawnej znajomości, co akurat w tym wypadku nie jest zarzutem. Mi osobiście kojarzy się z powieściami kryminalnymi polskich autorów sprzed kilkudziesięciu lat, opisujących zbrodnie wyższych sfer, tak zagranicznych jak i polskich.

PM Nowak, Ani żadnej rzeczy...

PM Nowak, Ani żadnej rzeczy…

Wątek kryminalny jest oczywiście dominujący. Wydaje się znany od lat, a jednak wciąż jest aktualny, tak jak wciąż aktualne są tematy miłości, zdrady, zranionych uczuć. Obcowanie z książką Nowaka to coś w rodzaju przejażdżki wehikułem czasu. Bogaty starszy mąż, atrakcyjna młoda żona, odległy krewniak, młody korepetytor. Trójkąt, czworokąt miłosny, ale czy na pewno? Na dodatek niepodważalne alibi każdego z podejrzanych o zamordowanie kobiety. Zagadka nie jest tak prosta, jakby to wynikało z tego krótkiego opisu, więc czytelnik będzie miał przyjemność z prowadzenia własnego śledztwa.

Faktem jest, że klasyczna intryga, znana nie tylko z angielskich pierwowzorów, ale także i z powieści wydawanych w PRL jeszcze w latach osiemdziesiątych, nie zestarzała się. Dekoracje Nowak zmienił jednak na współczesną Warszawę. Stąd znajdziemy w książce ukrytego homoseksualistę, studentów palących trawkę, wiecznie zakorkowaną stolicę. W tym wszystkim porusza się para detektywów, w której pierwsze skrzypce odgrywa policjant, komisarz Jacek Zakrzeński. Jego współpracownik, młody prokurator Kacper Wilk, jest typowym pomocnikiem mistrza. Niezgrabny, zakompleksiony, posiada jednak rzadką cechę widzenia spraw w sposób niekonwencjonalny. Tym samym staje się niezbędny dla komisarza Zakrzeńskiego. Obaj mają swoje wady i zalety, dzięki czemu nie tylko tworzą ciekawą powieściową parę, ale przede wszystkim budzą sympatię czytelnika.

PM Nowak udanie odświeżył klasykę. Jeśli zatem ktoś posiada – zupełnie tak samo jak ja, a i sam autor pewnie też – dużą słabość do dawnych kryminałów, pokazujących zbrodnie oparte o logiczne myślenie, coś w rodzaju dawnej „Kobry” czy śledztw porucznika Columbo na przykład, nie powinien zwlekać ani chwili i zacząć lekturę Ani żadnej rzeczy… Osobiście rozpoczynam polowanie na część drugą, zatytułowaną Na pokuszenie.

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo


Nieufnie podchodzę do wydawniczych notek okładkowych. Trudno się w sumie dziwić, bo niemal każda głosi, że trzymana w ręku książka jest arcydziełem, szczytem geniuszu autora i błyskotliwą pozycją, której po prostu wstyd nie znać. Nie winię przy tym wydawców, każdy orze jak morze. Biorę książkę i trzymam, czytam dopóki nie skończę, potem feruję wyroki. Jakie piękne samobójstwo po lekturze jawi się jako odgrzewany kotlet, na dodatek stanowczo zbyt długo przetrzymany w zamrażarce.

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo

Rafał Ziemkiewicz pisze coraz więcej, ilość jednak zupełnie nie przechodzi w jakość. Wręcz odwrotnie – im więcej pisze, tym mniej odkrywczych myśli, mniej czegoś istotnego. Nie chodzi nawet o to, że się z Ziemkiewiczem nie zgadzam. Dotąd, czyli do chwili wydania książki Jakie piękne samobójstwo, nie zgadzałem się, ale przynajmniej pragnąłem poznać poglądy, zmierzyć się na tezy, skonfrontować. Lektura Ziemkiewicza była jakimś intelektualnym wyzwaniem, szukaniem antytez do postawionych przez pisarza tez, zapewniała coś więcej niż tylko parę godzin rozrywki. Już Myśli nowoczesnego endeka mnie zraziły, o czym zresztą pisałem, najnowsza książka w dorobku Ziemkiewicza potwierdza tylko smutny fakt końca tego autora. Trzymane w ręku dzieło znanego przecież publicysty nie jest nawet zjadaniem własnego ogona i pisaniem w kółko na jeden temat. Ziemkiewicz „odkrywa” prawdy dawno już opisane, przemielone, przetrawione nawet przez całe pokolenia Polaków, którzy czytają coś więcej niż tzw. „tygodniki opinii” i pomieszczone w nich cotygodniowe felietony.

Przyjrzymy się tezom Ziemkiewicza bliżej. Oto „niepokorny dziennikarz” obwieszcza nam prawdy nieznane, jakimi są kulisy wrześniowej klęski II RP. Jak sam uczciwie przyznaje, wyczytał te wstrząsające fakty w niezliczonych książkach, zarówno tych pochodzących z okresu krótkotrwałej niepodległości jak i te z czasów późniejszych. Owszem, nie każdy ma – zwłaszcza w dzisiejszych zabieganych czasach – tyle wolnego czasu, by samemu dotrzeć choćby do emigracyjnej prasy lub kilku mniej znanych książek. Trudno jednak uważać się za wykształconą choć trochę jednostkę bez świadomości faktu, że ostatnie lata istnienia II RP to była po prostu degrengolada warstw rządzących. Głosy takie pojawiały się już wówczas, w krytycznej wobec rządu prasie, pochodzącej tak z prawa jak i z lewa. Nie tylko – jak czasami zdaje się to sugerować Ziemkiewicz – krytykowali endecy, krytykowali także ludowcy i socjaliści, krytykowały politykę rządu mniejszości narodowe i komuniści. Podobnie było i później, w czasie wojny. Owszem, wśród wielu tekstów trudno nie zauważyć zwykłego politycznego wyrachowania, wynikającego z potrzeby bieżącej polityki, ale niemniej człowiek inteligentny potrafi sam wyciągnąć wnioski.

Właśnie – wnioski, analizy, obalanie mitów. To wszystko miało być w Jakim pięknym samobójstwie, ale jakoś trudno zauważyć choć jedną oryginalną myśl autora. Książka nie jest, jak chce Fabryka Słów, „błyskotliwą analizą”, jest zaledwie poprawną kompilacją faktów, z przedstawienia których nie wynika absolutnie nic. Po zakończonej lekturze mam tylko poczucie zmarnowanego czasu. Słusznie Ziemkiewicz wielokrotnie podkreśla, że nie jest historykiem. To widać wyraźnie właśnie w jego niemożności przeprowadzenia spójnego wywodu, który miałby siłę oddziaływania na czytelnika.

Jakie piękne samobójstwo to książka rozczarowująca. Nie ma w niej nic odkrywczego, nic świeżego, nic wywołującego choćby cień zainteresowania. Trudno polemizować z teoriami, których nie ma. Szkoda, bo liczyłem na znacznie więcej. Niestety, tym razem przeliczyłem się mocno. Dywagacje i gdybania, wytrzymujące jakoś tam dziennikarską cotygodniową „bieżączkę” można jeszcze jakoś znieść, ale od książki w twardych okładkach oczekuję czegoś więcej. Być może to naiwność, być może powinienem być realistą i nie spodziewać się błyskotliwych analiz. Jeśli to miała być lekcja udzielona mi jako czytelnikowi przez autora, to w tym zakresie Ziemkiewicz dopiął swego. Szkoda, że tylko tego.