Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Czarna bandera

Powieści z serii Assassin’s Creed ukazują się w naszym kraju regularnie, temu zjawisku nie towarzyszyła jednak jakość. Nowy tom serii zatytułowany Czarna bandera w wyraźny sposób wyróżnia się na tle poprzedników. Kogo bowiem nie pociągają piraci i ich barwne życie?

Oliver Bowden, Assassin's Creed. Czarna bandera

Oliver Bowden, Assassin’s Creed. Czarna bandera

Historia Edwarda Kenwaya jest raczej typowa, zgodna z oczekiwaniami czytelników sięgających po literaturę przygodową. Syn hodowcy owiec zauroczony marynarskim życiem, jakie podpatrywał w bristolskim porcie, coraz mocniej pragnie wyruszyć w morze. Jego ożenek z córką bogatego kupca zamiary te przyspiesza – protagoniście szybko potrzebne są pieniądze, które zdobyć może jako kaper na usługach monarchii. Potencjalny majątek jest motorem poczynań Edwarda, nie ma w nim żadnych szczytnych zamiarów. Szybko okazuje się jednak, że to zadanie wcale nie będzie takie łatwe, zwłaszcza że zmierzch wojny między Anglią a Hiszpanią jest rychły, co wielu korsarzy zmusza do zostania piratami. Od tej pory będzie wyjęty spod prawa, a każda bitwa może być tą ostatnią. Pojawiają się także asasyni i templariusze toczący swą wielowiekową wojnę o panowanie nad światem. Edward bez wykorzystania wszystkich swoich sił i sprytu raczej nie zachowa głowy na karku.

Z wydanych dotąd części cyklu Czarna bandera odchodzi chyba najdalej od historii pisanej wielką literą. Opisywane wydarzenia i bohaterowie to w sporej mierze literacka fikcja. Sądzę jednak, że wyszło to książce jedynie na dobre. Osadzenie realiów w świecie piratów jest nie tylko atrakcyjne dla odbiorcy, ale przede wszystkim posiada wymiar niemalże edukacyjny. Nie ma tu nadmiaru faktograficznych opisów, wspomina się właściwie jedynie nazwiska najsłynniejszych korsarzy. Każdy odrobinę bardziej zainteresowany historią ludzi takich jak Edward Thatch, Charles Vance, Calico Jack, Mary Read czy Anne Bonny może sięgnąć po jakieś książki poruszające ten temat lub choćby poszukać informacji w sieci. Ten walor na pewno nie może zostać pominięty.

Podczas lektury tej książki przyjemnie zaskoczyło mnie też coś innego. Od początku serii autor posługiwał się dość prostym schematem, przez który niekiedy przebijała powierzchowność postaci, żywcem wzięta z gry komputerowej. Tym razem tego w ogóle nie ma, fabuła jest literacką kompozycją, nie scenariuszem, w którym najważniejsze jest zbieranie kolejnych artefaktów. W tej części nawet wątek potyczek mających bezpośredni związek z konfliktem asasynów i templariuszy nie jest mocno eksponowany. Nie znaczy to wcale, że Czarna bandera jest słaba lub nudna, wręcz przeciwnie. Znajdziemy tu wszystko to, czego spodziewamy się, biorąc do ręki powieść przygodową: bitwy morskie, potyczki i pojedynki, egzotyczna sceneria, pogonie i ucieczki. Jest też wielka miłość i nadzieje na lepszą przyszłość.

Całość opisana została naprawdę dobrym językiem. Dzięki tym wszystkim elementom można uznać, że Bowden wreszcie zaczął tworzyć pełnoprawne powieści, które nie muszą pozostawać w cieniu gry. Nie znajdziemy w książce nie tylko męczącej na dłuższą metę fabuły, idącej od jednej misji do drugiej, nie ma też wrażenia czytania wielu różnych fragmentów połączonych na siłę w całość. Do Edwarda czujemy sympatię od pierwszych stron książki i nie zmienia tego odczucia nawet jego wkroczenie na przestępczą ścieżkę.

Ewidentnym brakiem rzutującym na ocenę jest to, że to powieść o piratach, a niemal brak w niej marynistycznego języka. Poza oczywistościami w rodzaju mostka, rufy czy kajuty nie uświadczymy tutaj żadnych terminów żeglarskich. Można zrozumieć, że nie każdy musi wiedzieć, co to jest bezanmaszt, ale jednak uczucie niedosytu pozostaje. Naprawdę można było stworzyć o wiele bardziej realistyczną powieść dzięki umiejętnemu wpleceniu marynarskiego żargonu w narrację. Można było również pokusić się o przygotowanie słowniczka tychże terminów, co przecież było praktyką stosowaną w poprzednich tomach przy okazji obcojęzycznych wyrażeń lub postaci historycznych. Niby rzecz niewielka, ale jednak dość istotna z punktu widzenia miłośników przygód załóg pływających pod banderą z czaszką i piszczelami.

Trzeba jednak przyznać, że Czarna bandera jest na pewno najlepszą częścią całego cyklu. Wszystkie wymienione wyżej zalety na pewno świadczą na jej korzyść. Jeśli zatem ktoś szuka godziwej rozrywki w scenerii Karaibów z początków XVIII wieku, może po najnowszą książkę Bowdena sięgać bez obaw. Znajdzie tam to, czego oczekuje. A może nawet więcej.

 

recenzja opublikowana na portalu polter.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s