Miesiąc: Grudzień 2014

Książki o Wrocławiu cz.1


Wrocławski oddział Gazety Wyborczej zaproponował ostatnio dziesiątkę  książek z Wrocławiem w tle. Przeczytałem i zorientowałem się, że z połowa tytułów tych książek nic mi nie mówi, poza tytułem rzecz jasna. Wszyscy znają Marka Krajewskiego, ale żeby na przykład pamiętać – świetny skądinąd – debiut Siemiona Niskie łąki, to już raczej niekoniecznie, prawda? Pomyślałem też, że z całą pewnością zabrakło miejsca dla literatury popularnej, a przecież nie tylko Markiem Krajewskim możemy się w tej dziedzinie pochwalić. Andrzej Ziemiański, Jacek Inglot, Łukasz Orbitowski, Paweł Pollak, Nadia Szagdaj, Marta Kisiel to tylko kilka nazwisk, które przyszły mi na myśl w ciągu paru chwil. Pomyślałem, że może warto jednak ten temat nieco rozszerzyć. O części z tych książek na tym blogu pisałem, więc czasem będę odgrzewał starego kotleta. Obiecuję jednak, że dodatki zawsze będą świeże.

 

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław

Powieść Orbitowskiego jest na pierwszym miejscu chyba ze względu na tytuł, po prostu najszybciej wpadł mi do głowy. Bardziej wrocławski być po prostu już nie może. Owszem, są te różne „Breslau’y” modne na księgarskich półkach od czasów narodzin komisarza Mocka, ale jednak samo miasto w wersji pełnej piastowskiej dumy i tysiącletniej historii państwowości rzadko niezwykle zajmuje miejsce w tytule. Obok książki Orbitowskiego na tę chwilę pamiętam jeszcze tylko „Waniliowe plantacje Wrocławia” Ziemiańskiego, ale to jest jednak opowiadanie, więc troszkę chyba mniejszy kaliber.

Sam pomysł jest w sumie bardzo prosty. W pewnym bloku dzieje się coś dziwnego, śledztwo trwa, epidemia rośnie, pytania się mnożą, odpowiedzi uciekają sprzed nosa. Horror narasta, emocje sięgają zenitu, finał powieści zaskoczy na pewno. Prosty schemat, to prawda, ale w wersji Orbitowskiego poszczególne elementy układanki połączone są ze sobą w sposób oryginalny.

O samej książce można albo bardzo długo, zajmując się po kolei odczytywaniem znaczeń, aluzji, półsłówek i innych smaczków, hojnie rozsianych przez szanownego autora w dość obszernym tekście. Można, ale chyba niekoniecznie trzeba czytelnika męczyć długim i skomplikowanym analitycznym tekstem o „prawdziwym” odczytaniu zamysłu artystycznego i jego znaczeniu dla światowej literatury lub dla robotników budowlanych w północnej części miasta, pokrywających styropianem pęknięcia wielkich płyt. Można – a zapewnie nawet i należy – rozmawiać, pisać, dyskutować o tym, jak Orbitowski gra z konwencją horroru, jak łamie ramy gatunku i jednocześnie wprowadza go na literackie salony (a czyni to chyba w ten sam sposób, w jaki często nawiedza literackie imprezy – w dresie). Dyskusje i analizy to rzecz niezwykle zajmująca, wymaga jednak czasu, który dostępny jest jedynie garstce akademików i przyciągniętych na siłę studentów. Zostawmy zatem wielkie narracje i skupmy się na przyjemności.

Święty Wrocław po prostu trzeba przeczytać i przetrawić we własnym wnętrzu. Tę książkę należy przeżyć, najlepiej dwukrotnie, by potem zastanowić się nad własną opinią w tej kwestii. Dla mnie osobiście to po prostu jedna z lepszych powieści minionych lat XXI wieku. Rozumiem, że można nie lubić dość specyficznej pisarskiej roboty Orbitowskiego, który w swych powieściach łączy języki i poziomy opowiadania w sposób daleki od tego, co zalecał Arystoteles. Nie należy go jednak unikać, bo tym samym pozbawiamy się możliwości obcowania z naprawdę dobrą literaturą, wykraczającą poza zwykłą funkcję rozrywkową. Trzeba zresztą o tym pamiętać: jeśli ktoś szuka tylko rozrywki, Święty Wrocław może spokojnie odpuścić. Inni na pewno się nie rozczarują.

Reklamy

Katarzyna Puzyńska, Więcej czerwieni


Polski kryminał coraz częściej pisany jest przez kobiety. Efekty tych licznych prób bywają różne. Niekiedy ciekawe, znacznie częściej sztampowe, trywialne lub po prostu koszmarnie napisane. Katarzyna Puzyńska na tle konkurencji lśni własnym blaskiem. Jej druga powieść zatytułowana Więcej czerwieni na pewno zasługuje na uwagę.

Katarzyna Puzyńska, Więcej czerwieni

Katarzyna Puzyńska, Więcej czerwieni

Puzyńska dość rozsądnie korzysta ze sprawdzonych i znanych schematów, jednocześnie starając się jakoś zaznaczyć własną osobowość . W tym celu bierze pod lupę małą społeczność i w jej wąskim gronie snuje swą opowieść o seryjnym mordercy, rysując przy okazji ciekawy portret psychologiczny. Niby nic nowego, ale coś w tej książce urzeka czytelnika. Nie myślałem długo nad odpowiedzią na pytanie: Co stanowi o tym, że jej książka wyróżnia się spośród tłumu tak licznych książek polskich autorek? Przede wszystkim naprawdę dobre wykonanie, które jasno pokazuje, że pisarka ma coś oryginalnego do powiedzenia nawet w ramach mocnego gorsetu gatunkowego schematu.

Tak to już jakoś bywa, że kryminał prowincjonalny z kobiecą bohaterką przywykliśmy niejako instynktownie kojarzyć przede wszystkim z postacią Miss Marple. Klementyna Kopp nie uniknęła zatem i tego wytartego porównania, nawet pomimo tak odmiennej aparycji. Niezbyt atrakcyjna, dobiegająca sześćdziesiątki, z fryzurą na jeża i tatuażami nie jest cichą myszką, na którą nikt nie zwraca uwagi. Jej sposób bycia niektórzy postrzegają jako wytwór naszych czasów. Nie jestem przekonany, czy to aby właściwa interpretacja. Skłaniam się raczej ku odczytaniu tej bohaterki jako celowego zabiegu pisarki, który ma na celu przede wszystkim zwrócenie uwagi na konieczność odmienności. Puzyńska pokazuje czytelnikom, że należy budować oryginalne figury nawet wówczas, gdy posługujemy się klasycznym wręcz schematem. Kopp idealna nie jest, tym większa w nas sympatia do niej.

Najważniejsza w powieści kryminalnej jest intryga. Więcej czerwieni posiada ciekawą konstrukcję w tym względzie. Niemal wszyscy są podejrzani, śledztwo zawiera tyle zwrotów akcji, że spokojnie starczyłoby i na dwie książki. Trudno mieć zastrzeżenia do naprawdę ciekawych pomysłów, które dodatkowo zostały po prostu porządnie zrealizowane. Jedynie finalna rozmowa z mordercą jakoś nie przekonuje, wiejąc nieco nudną sztampą rodem z kryminalnych filmów klasy C. Uchodziło to jeszcze Agacie Christie, ale w drugiej dekadzie XXI wieku trąci ramotą i pójściem na łatwiznę, niestety. Niemniej to chyba jedyne, co można tej książce zarzucić.

Na okładce przeczytałem, że autorka jest psycholożką, jednak w Więcej czerwieni nadmiernego psychologizowania nie ma. Na szczęście dla czytelnika nie ma nudnych i drewnianych wywodów w rodzaju tych, jakie serwuje nam Katarzyna Bonda, próbując tworzyć aurę erudycji i profesjonalizmu na podstawie przepisanych akademickich podręczników. Puzyńska pisze w sposób zdradzający sporą umiejętność obserwacji ludzkich charakterów i wynikających z nich zachowań. Lektura przypomina ciekawą opowieść snutą przez osobę zwyczajnie (a może nadzwyczajnie?) umiejącą słuchać, oglądać i rozumieć innych. W ten sposób każda z wykreowanych przez nią postaci jest kimś wyrazistym, złożonym, niejednokrotnie wielopłaszczyznowy. Dzięki temu radość obcowania z grupą policjantów i mieszkańców Lipowa z okolicami jest naprawdę duża. To zwykli ludzie, z wynikającymi z tego faktu wszystkimi plusami i minusami.

Więcej czerwieni to książka po prostu dobra. Wbrew grozie wielu śmierci przynosi dużo ciepła i pozytywnej energii. Zdecydowanie lepsza od całego szeregu innych pisarek, tak licznie ostatnimi czasy eksplorujących gatunek kryminału. Katarzyna Puzyńska pokazuje, że można pisać porządną literaturę w sposób jednocześnie lekki, ciekawy i niebanalny. Dla mnie na pewno mocna kandydatka do miejsca na podium tegorocznych książek. Czekam na kolejną powieść niecierpliwie.

Michał R. Wiśniewski, Jetlag


Niewielka księgarnio-kawiarnia w centrum Wrocławia przeżywa prawdziwe oblężenie. Promocja pisma Rita Baum przyciągnęła wielu ludzi, w tym mnie. Na kanapie pisarz rozpoczyna swój wieczór autorski czytając rozdział piąty, bo lubi go najbardziej. Czyta chwilę, bo rozdział krótki. Potem mówi o tym, że dzisiejsze społeczności sieciowe mogą być przyrównane do rozmowy z kukiełkami. Nie mamy żadnej pewności, że ktoś żywy jest po drugiej stronie. Posłuchałbym dalej, ale dramatycznie kończy mi się czas. Nie potrafię już skoncentrować się dłużej niż kilka minut. Jestem idealnym czytelnikiem prozy autora siedzącego przede mną na kanapie.

Jetlag wedle definicji zamieszczonej na czwartej stronie okładki powieści nie jest jedynie chorobą podróżną. To także – a może nawet przede wszystkim – stan ducha. To opowieść o ludziach, którzy nie mają nikomu nic do powiedzenia, nic do przekazania. Ich historie są powtarzalne, zapętlone, przypadkowe. Nie mają początku, środka i końca, nie mają żadnego celu, przypominają obijanie się elektronów w jądrze atomu. Pokolenie biurowej klasy średniej, która w połowie czwartej dziesiątki lat ze zdumieniem odkrywa, że nie może pójść w ślady swoich rodziców, bo jeszcze nie dorosła. Fizycznie zaś czuje się już wypalona, ciągłe poszukiwanie samorealizacji, obiecywanej przez tak wielu, jest zajęciem godnym Syzyfa: tak samo bezużytecznym i wyczerpującym.

To powieść więc banalna, miałka i pusta, powieść o niczym i o nikim. Nie oznacza to jednak, że jest to książka zła. Wręcz przeciwnie – w tym jej kształcie widzimy spory talentWiśniewskiego. Udało mu się opisać pokolenie dzisiejszych trzydziestokilkulatków w sposób chyba najlepiej chwytający istotę rzeczy. Chłopcy, którzy przed laty toczyli osiedlowe wojny pod sztandarami Commodore i Atari, dorośli tylko fizycznie. Skończyli studia, znaleźli pracę w korporacjach, wzięli kredyty na mieszkania, bywają w świecie. Mają na swoje usługi technologie, o których czytali w powieściach science fiction, ale ich używanie nie polepsza jakości życia. Ze zdumieniem odkrywają, że posiadanie setek wirtualnych znajomych wcale nie oznacza, że w piątkowy wieczór będą mogli umówić się z kimś na piwo. Zawiedzione nadzieje to prawdopodobnie najlepszy opis tego, co dzieje się z bohaterami powieści. W przewrotny sposób spełnił się sen starszych o pokolenie punkowców. Przyszłość nie istnieje, jesteśmy uwięzieni w kole wiecznej młodości, niedojrzałości, youngadultowej kategorii wymyślonej w dziale marketingu. Cały świat tak działa, postęp stał się faktem. Nawet mój opis tej książki opiera się na tych samych zasadach.

jetlag_okladka_druk1

Można próbować ucieczki, tak jak czynią to bohaterowie Wiśniewskiego. Co znamienne jednak, wybierają oni ucieczkę do tyłu, wstecz, w głąb swojego życia. Zinfantylizowani przez system, buntują się w sposób jedynie im dostępny – organizując sobie „dzień dziecka”. To jedyne na co ich stać, podobnie jak politycznie są w stanie jedynie zaprotestować przeciw zakusom na sieć, która ich upupia i ogłupia jednocześnie.

Trudno zresztą oczekiwać czegoś innego. Tożsamość stała się kostiumem, ubieranym w zależności od okazji. Dzięki zanurzeniu w elektroniczny świat poznaliśmy uczucie tworzenia awatarów. Doświadczenie zaczerpnięte ze szklanych ekranów przenosimy – częstokroć zupełnie nieświadomie – w rzeczywiste życie. Chcemy czegoś więcej, ale wszystkie wysiłki okazują się nadaremne, a my kończymy z jeszcze mniejszą pewnością siebie. Każda z tych prób przynosi rozczarowanie, kończy się niepowodzeniem i rozbudzeniem nowych pragnień. Niespełnienie towarzyszy każdemu ruchowi, w tej grze nie można wygrać. Niemożliwość dokonania ostatecznego kroku staje się jedyną stałą cechą życia jednostki.

Jetlag tak odczytywany może być bez wątpienia określony mianem powieści pokoleniowej. To swoistego rodzaju zapis stanu ducha czasu przełomu, którzy z racji urodzenia trafili na najmniej sprzyjające warunki wchodzenia w dorosłość. Ci kilka lat starsi załapali się jeszcze na lepsze życie, bo początki transformacji ustrojowej gwarantowały duże kariery i wielkie pieniądze. Po drugiej stronie osi pokoleniowego czasu znajdują się ci młodsi, którzy czują się w nowym świecie zadomowieni, bo przecież nie znają innej rzeczywistości. Pomiędzy tymi dwoma grupami tkwią ci wszyscy, którzy już nie mają młodzieńczych nadziei, choć nadal muszą tkwić w paradygmacie wiecznej młodości.

Książka rozpoczyna się dwoma zdaniami: To nie jest moja historia. To jest twoja historia. Im dłużej o tym myślę, tym mocniej przekonany jestem, że to nie tylko moja historia. Stan ducha bohaterów powieści jest zbyt znany, zbyt powszechny, by sądzić, że to zwyczajna nadinterpretacja. Opowieść tak boleśnie prawdziwa sprawia, że identyfikacja odbiorcy z poczynaniami postaci zaludniającymi Jetlag pozostaje na długo w pamięci. Stąd też sądzę, że warto zdobyć się na odwagę stanięcia przed zwierciadłem, jakie usłużnie podaje nam Wiśniewski. Owszem, odbicie może nam się nie spodobać, ale innym przecież nie dysponujemy. Czy możemy je zmienić to kwestia zupełnie inna.

tekst ukazał się pierwotnie na portalu kanapa.it

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto


Słyszeliście na lekcjach historii o tym, że pod koniec XIX wieku uboga austriacka prowincja nazywana Galicją i Lodomerią miała szansę zmienić nieco położenie bardzo ubogich mieszkańców tych terenów? Wszystko za sprawą odkrycia ropy. Ten okres historyczny przypomina w swojej powieści Czarne złoto Bartłomiej Rychter, w drugiej części przygód Borysa Pasternaka, ubogiego nauczyciela znanego z powieści Złoty wilk.

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto,

Bartłomiej Rychter, Czarne złoto,

Podobnie jak w poprzedniej książce Rychter skłania się ku mieszaniu gatunków. Jego kryminał jest jednocześnie powieścią grozy. Połączenie to nie jest oczywiście niczym nowym, w wykonaniu Rychtera jednakże przekonuje czytelnika. Wykreowany przez pisarza świat jest czymś swojskim i obcym jednocześnie. Posługując się niszą gatunkową wymyśloną i utrwaloną przed laty, autor Czarnego złota czyni to na własnych niejako warunkach, co z całą pewnością tworzy nową jakość. Świetnie poprowadzona intryga kryminalna w połączeniu z tajemniczością wywołującą poczucie nieustannego zagrożenia stanowi prawdziwą czytelniczą ucztę.

Główną zasługą Rychtera jest chyba to, że nie męczy czytelnika historycznie. Z wprawą odmalowuje świat dawno miniony, to prawda, ale jego sposób opisania tamtej rzeczywistości jest oparty na tworzeniu klimatu. Nie ma tu wielu – tak powszechnych u innych twórców retro kryminałów – szczegółów historycznych, często nużących czytelnika bardziej niż czytanie opisów muzealnych eksponatów. Jego świat żyje: Polacy, Ukraińcy, Żydzi to ludzie z krwi i kości, mający swoją kulturę, religię, swoje poglądy. W tych opisach dawno minionego życia jest Rychterowi bliżej do powieści obyczajowej, czytelnik doznaje silnego uczucia obcowania z książką pochodzącą z epoki. To oczywiście nie zarzut, bo ramotą Czarne złoto z całą pewnością nie jest.

Jak wspomniałem już wcześniej, w powieści wykorzystano elementy grozy. Dwór, w którym straszy wydaje się być chwytem mocno zużytym, zupełnie nie potrafiącym wyjść poza wąski, od dawna już przecież ustalony schemat. Dzięki Rychterowi przekonujemy się, że można lepiej, można mądrzej, ciekawiej po prostu. Wątek jest naprawdę świetny, tajemniczość kolejnych zgonów oplata czytelnika w subtelny acz zdecydowany sposób. Naprawdę trudno się od lektury oderwać.

Ciężko jest pisać szeroko o tej książce z jednego, dość prozaicznego powodu. Bardzo łatwo jest po prostu zbyt wiele odsłonić z treści. Problem poruszony przez pisarza jest jakoś rzadko poruszany w naszej literaturze, tym większa zasługa autora Czarnego złota. Kto chce poznać tajemnicę strasznego dworu na dalekiej Ukrainie początków XX wieku? Na pewno po lekturze nie będzie zawiedziony.

Craig Russell, Mistrz karnawału


Cykl hamburski trwa. Ta część jest jednak nieco przewrotna. Jan Fabel wyruszy do Kolonii, by tam ścigać seryjnego mordercę. Przypadkiem całkiem inne śledztwo zaprowadzi tam jedną z jego współpracownic. Jak zwykle będzie się sporo działo, trupów znajdzie się też kilka.

Craig Russell, Mistrz karnawału

Craig Russell, Mistrz karnawału

Muszę przyznać, że Mistrz karnawału nieco mnie rozczarował. Z pozoru jego części składowe odpowiadają innym częściom serii. Fabuła jest wielowątkowa, autor nie ogranicza się do jednego wątku seryjnego mordercy, mamy trochę historii Niemiec i Hamburga, zawsze poruszane tematy społeczne również są łatwe do odnalezienia. Niestety, większość z tych elementów w tej powieści sprawia wrażenie pisanych na szybko i bez większego pomysłu.

Weźmy na przykład historię. Tym razem akcja przenosi się do Kolonii. Niestety, Russell w ogóle nie wykorzystał szansy na to, by dobrze przedstawić swoim czytelnikom miasto opisywanego w powieści śledztwa. Jego opisy ograniczają się do słynnej katedry i kilku przejażdżek policjantów po mieście. Równie dobrze możemy pobawić się Street View od Google’a. A może i nawet lepiej, bo przy odrobinie wysiłku poznamy na pewno więcej z ciekawej historii miasta. Tym razem w tej kwestii pisarz zawodzi.

Podobnie rzecz się ma z kilońskim karnawałem. Szkocki pisarz daje nam garść informacji o tradycjach, ale czyni to w sposób mało satysfakcjonujący czytelnika. Odniosłem wrażenie, jakby głównym celem Russella było epatowanie swych odbiorców skandalem. Stąd najwięcej się mówi o tym, że istnieje noc pełna zdrad małżeńskich, rozpusty i ogólnego rozpasania. Mowa jest także o dniu, w którym kobiety obcinają mężczyznom krawaty na znak wyzwolenia z patriarchalnej opresji, ale znowu w książce Russella jest to raczej egzotyczny prztyczek w męski nos, który za chwilę dostaje pocieszenie dzięki skierowaniu opisu w stronę nachalnego podrywu ze strony tak „wyzwolonych” kobiet.

Ciekawe jest za to połączenie tematyki karnawału i kanibalizmu. Jak informuje nas usłużnie autor, karnawał to przecież nic innego jak łacińskie carne vale, czyli pożegnanie z mięsem na okres nadchodzącego postu. W tym kontekście istnienie seryjnego zabójcy-kanibala, jest czymś dużo bardziej uprawdopodobnionym.

Problem kanibalizmu – zwłaszcza tego dobrowolnego, co stało się przecież rzeczywistym wydarzeniem w Niemczech przed kilku laty – opisany jest obszernie i z całą pewnością zgodnie z najnowszymi badaniami na ten temat. To chyba najjaśniejszy w ogóle moment konstrukcji fabularnej powieści. Postaci jak zwykle słuchają ekspertów, więc czytelnik otrzymuje wykłady na ten temat, ale nie męczą one czytelnika w jakiś szczególny sposób. Co więcej – zaryzykowałbym twierdzenie, że są bardziej niekiedy intrygujące od kryminalnej zagadki, która ciągnie się w sposób momentami niemalże usypiający.

Mistrz karnawału to powieść dwutorowa, choć oczywiście w pewien sposób oba dochodzenia są ze sobą powiązane. O ile jednak tym razem Jan Fabel robi niewiele, jego współpracownica Maria Klee przeżywa przygody godne filmu akcji. Spajający wcześniejsze tomy wątek ukraińskiego przestępcy rządzącego niemalże podziemnym światkiem naszych zachodnich sąsiadów wreszcie nabiera rumieńców. Niemniej jednak ciężko mi się pozbyć wrażenia, że cały ten wątek zbudowany jest w sposób mało zaskakujący czytelnika. W tym wypadku śledztwo dotyczące szalejącego kanibala jest zdecydowanie lepsze.

Trudno napisać dużo więcej o tej odsłonie przygód nadkomisarza Jana Fabla i jego zespołu śledczych. Nie jest to książka całkowicie zła, ale Craig Russell zdążył przyzwyczaić nas do znacznie lepszego poziomu. Z tego też powodu wypada potraktować Mistrza karnawału jako zwyczajny wypadek przy pracy i cierpliwie czekać na ciąg dalszy serii. Miłośnikom mimo wszystko polecam, chcącym dopiero poznać najlepszego śledczego hamburskiej policji Jana Fabla polecałbym jednak inną część serii. Choćby powieść Zmartwychwstały, opisywaną przeze mnie ostatnio na blogu.