Miesiąc: Grudzień 2014

Leon Hendrix, Adam Mitchell, Jimi Hendrix. Oczami brata


Zazwyczaj jestem mocno podejrzliwy w stosunku do książek traktujących o gwiazdach szeroko pojmowanej muzyki pisanych przez członków rodziny. Wyczuwam jakoś podskórnie zwyczajną chęć odcinania kuponów od nieswojej sławy. Tak na szybko to chyba najlepiej z dotychczas poznanych przeze mnie książek – trochę ich jednak było – jakoś tam broni się jedynie twór Deborah Curtis, żony Iana Curtisa, wokalisty Joy Division. I to broni się raczej ostatkami sił. Reszta jest raczej bełkotem lub zwyczajnym naciągactwem, napisanym przez jakiegoś ghostwritera, często-gęsto myląca fakty i wybielająca postać autora/autorki. Niestety, tak jest również w przypadku i tej książki. Jimi Hendrix zdaje się nadal nie mieć szczęścia, zupełnie jak za życia.

Leon Hendrix, Adam Mitchell, Jimi Hendrix. Oczami brata

Leon Hendrix, Adam Mitchell, Jimi Hendrix. Oczami brata

Leon Hendrix to młodszy brat Jimiego, zupełnie przy tym od niego różny. Jego wspomnienia dotyczące słynnego brata są – jak każda historia przecież – swoistą osobistą narracją. Rację ma Wiesław Weiss, gdy pisze we wstępie o tym, że możemy zobaczyć proces dojrzewania największego gitarzysty w historii rocka z pierwszej ręki. To właśnie rozdziały poświęcone dzieciństwu i wczesnej młodości obu Hendriksów są w Oczach brata najlepsze. Widzimy w nich dwójkę chłopców, których różni pięć lat życia, walczących niemal o przeżycie u boku ojca alkoholika i hazardzisty, dla którego ważniejsze są karty i alkohol od zapłacenia czynszu i nakarmienia synów. To przejmująca historia o dorastaniu w biedzie, o rozłąkach i powrotach z kolejnych rodzin adopcyjnych, to wreszcie dramatyczna historia chłopca, który tak bardzo chciał mieć instrument, że na początku grał na jednej strunie, bo jego banjo było wyciągnięte ze śmietnika.

Szczerze mówiąc, w książce Leona Hendrixa po opisie dorastania niewiele się dzieje. Jimi zaciąga się do wojska, potem zaczyna grać jako muzyk i podróżuje po całych Stanach Zjednoczonych. Kontakty braci są sporadyczne i dopiero kiedy Hendrix zostaje ogłoszony bogiem gitary, spotykają się ponownie. Leon ciągle rozpisuje się o rodzinnej miłości, ale jakoś trudno nie wyczytać między wierszami, że być może jakieś uczucia były, ale raczej stygły niż rosły. Gwiazda rocka przybywa do rodzinnego Seattle tylko z powodu koncertu w tym mieście. Owszem, rodzina spędza ze sobą trochę czasu, ale to wszystko gdzieś ginie. Podobnie zresztą jak opis szalonego życia w Hollywood, gdzie przez jakiś czas Leon Hendrix mieszkał z bratem. Nazwisko pomagało mu podbijać tabuny kobiet i dostawać tony kokainy od mężczyzn, ale z samej muzyki chyba niewiele rozumiał. Widoczne to jest w krótkich opisach albumów, gdzie Leon mówi jedynie o tekstach, nie o muzyce. Trochę szkoda.

Końcowe rozdziały książki Jimi Hendrix. Oczami brata nie mają już nic wspólnego z wielkim gitarzystą. Chyba, że ktoś lubi pasjonować się historią rodziny, w której każdy walczy o prawa do olbrzymich pieniędzy związanych ze spuścizną Jimiego Hendrixa. To zresztą chyba istota tej książki. Jimi Hendrix. Oczami brata to raczej opowieść przede wszystkim o samym Leonie Hendriksie, jego życiu i jego nałogach. A także o tym, co dookoła Jimiego Hendriksa narosło przez lata, w sensie wszystkich doniesień o kłopotach z ojcem i słabymi rodzinnymi więzami. Zamiast miłości raczej awantury i krzyki, zamiast wspierania się, raczej zakazy.

Mimo wszystko, mimo tych moich zastrzeżeń, po książkę warto sięgnąć. Jej pierwsza połowa jest naprawdę interesująca, a całość świetnie pokazuje, że trochę informacji dotąd nie znanych gdzieś tam wyczytać można między wierszami, część dopowiedzieć sobie z tego, co już wiemy. Tym bardziej, że poza książką byłego muzyka The Jimi Hendrix Experience, nie ma chyba na polskim rynku innych książek o Jimim Hendrixie. Tym większe słowa uznania dla wydawnictwa Sin Qua Non, które zadbało, byśmy książkę mogli poznać. Czas poświęcony na lekturę na pewno nie będzie czasem straconym.

Reklamy

Henryk Sienkiewicz i szkoła


Ostatnio znowu pogłoski krążą, że Henryk Sienkiewicz się zużył, lekturą szkolną być nie musi. Z mojej własnej szkolnej obserwacji, poczynionej po obu stronach konfliktu pokoleń w szkolnej klasie, muszę się z tą oceną. zgodzić. Krzyżacy przytłaczają gimnazjalnych pierwszoroczniaków od razu na wstępie, w chwili najgorszej, bo dzieciaki właśnie wyrwano z jednej szkoły i wrzucono do drugiej, przy okazji dzieląc je na lepszych i gorszych. Kto z was chciałby przez to przechodzić? W imię czego, poznania historii jednego z najbardziej niewykorzystanych zwycięstw w naszej historii? Czy może raczej w celu utrwalania nienawiści do zachodnich sąsiadów? Jak ktoś nie lubi Niemców, to Rota jest o wiele lepsza, naprawdę.

Henryk_Sienkiewicz

Henryk_Sienkiewicz

Powie ktoś inny – Trylogia. Chyba nigdy nie przerobiona w całości, męczy znów uczniów przydługimi opisami Dzikich Pól. Ja doskonale rozumiem zachwyty polonistycznej braci i sentyment ludzi z pokolenia moich dziadków czy nawet rodziców. Do tej pory to bestseller, swoisty „must have” polskich domów. W których też nikt do tego nie zagląda. Na półce ładnie wygląda i o polskości zaświadcza, to wystarczy dumnym gospodarzom.

Jest jeszcze Quo vadis, nagrodzone Noblem (po znajomości, jak to literackie nagrody, ale jednak). Bardzo lubię, ale nie widzę sensu w przekonywaniu dzisiejszych pannic w rodzaju Marysi z Gorzowa, która najlepiej wie, że starożytny Rzym upadł przez facetów lubiących uprawiać miłość z innymi facetami. Jak pokazać upadek władzy, walkę z chrześcijaństwem czy choćby wielką miłość ludziom, którzy wszystko już widzieli? A jak nie widzieli, to sobie obejrzą na telefonie na lekcji, nie będą słuchać marudzenia o głupkach (z ich punktu widzenia) dający się zjeść lwom w imię zasad.

No właśnie – widzieli. Młodzież nie zadaje sobie trudu ciężkiej lektury, bo ma ekranizacje wszystkich wymienionych tytułów. Najbardziej ambitni może nawet i zaczną, ale i tak skończą na brykach. I tyle z całej edukacji literackiej zostanie, że zobaczą kulawe polskie opowiastki o tym, jak to biliśmy Germańca, Ukraińca, Szweda i Turka w imię starożytnych ideałów, za które ludzie szli na śmierć przez zagryzienie lub rozerwanie na strzępy. Niby i tyle dobrego, ale czy można znaleźć lepsze dzieła Sienkiewicza? Pewnie, że można. A nawet trzeba, o czym spróbuję przekonać.

Weźmy choćby takie nowele. Kilka z nich mogłoby odmienić życie tych młodych ludzi naprawdę. Ponad połowa polskich uczniów chce wyjechać z Polski. Jakby poczytali w ramach szkolnych zajęć takie Za chlebem, mogliby mieć szansę na to, by uniknąć losu Wawrzona Toporka i jego córki. Znacznie lepiej mogliby zrozumieć swoich nauczycieli, gdyby poczytali zapomnianą już dziś nowelę Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela. Byłoby naprawdę milej, gdyby zrozumieli alegorię ucisku biednych nauczycieli przez oprawców z ministerstwa tak zwanej edukacji narodowej. Problem uczenia wedle pruskiej metody obciążania pamięci wciąż jeszcze ma się w polskiej szkole dobrze. Jeśli zaś ktoś chciałby jednak zderzyć młodych z patetyzmem zdań sienkiewiczowskiej prozy w dłuższej, powieściowej formie, to polecam Bez dogmatu. To gorzkie oskarżenie ludzi bez wiary (niekoniecznie tej religijnej) pasuje jak ulał do drugiej dekady XXI wieku w polskiej placówce oświatowej. Naprawdę nie sztuka tym naszym wychowankom pokazać, że mogą istnieć w życiu nieco lepsze wartości niż nowszy telefon przynajmniej raz w roku.

Największą zaletę tych pozycji należy upatrywać w tym, że nie ma ich na ekranie. Być może dzięki temu kilka osób w klasie jednak przeczyta. A to już ogromny sukces. Na razie jednak nie mam większych złudzeń – nikomu w MEN nie przyszło to do głowy. I długo nie przyjdzie, jak znam życie. Na całe szczęście mogą zlikwidować te lektury. Wówczas na pewno młodzież przeczyta, bo co zakazane to dobre. Podobnie jak z nauką historii będzie, co raz więcej wiedzą, choć coraz mniej lekcji. Więc w sumie nie mam się czego czepiać, prawda?

Książka za kraty


Książka za kraty

Fot. Agnieszka Kłos

Mieszka we Wrocławiu dziewczyna, która nazywa się Agnieszka Kłos. Być może czytaliście jej książkę „Całkowity koszt wszystkiego”. Być może widzieliście ją na wrocławskiej ASP, być może jeszcze gdzie indziej. Być może nigdy jej nie spotkaliście. W gruncie rzeczy to rzecz nieistotna. Chodzi o to, że Agnieszka pomaga ludziom, nie oczekując rozgłosu czy powodów do chwały, jak czynią to mężczyźni. Po prostu działa, skromnie i bardzo skutecznie, zarażając swoim pomysłem coraz więcej osób. Ta dziewczyna robi – już po raz kolejny- akcję pod nazwą „Książka za kraty”. Nazwa mówi wszystko, prawda? Jeśli zatem macie jakieś niepotrzebne książki, czasopisma, płyty, to możecie się podzielić z więźniami. W tym roku zbiórka organizowana jest dla osadzonych w ZK w Wołowie.

We Wrocławiu książki można przynosić na portiernię ASP, do Muzeum Współczesnego i innych miejsc. Bieżące informacje o rozwoju akcji znajdziecie na profilu akcji „Książka za kraty”.

Ian Rankin, Miecz i tarcza


Do zbrodni popychają różne rzeczy – miłość, pieniądze, władza. Coraz częściej w naszych czasach także religia. O tym, co dzieje się w chwili, gdy do podziałów narodowościowych dochodzi jeszcze różnica w wierze przeczytamy w powieści Iana Rankina Miecz i tarcza, wydanej przez wydawnictwo Albatros. Tym razem inspektor Rebus będzie musiał zmierzyć się z protestanckimi fanatykami z organizacji paramilitarnych. Bez obaw jednak – to nadal będzie ten Rebus, którego kochamy.

Ian Rankin, Miecz i tarcza

Ian Rankin, Miecz i tarcza

Akcja książki dużo bardziej przypomina klasyczny thriller niż kryminał. Groźba podłożenia bomby w Edynburgu podczas trwającego tam cały sierpień festiwalu teatralnego elektryzuje wszystkich. Wyobraźcie sobie, że coś takiego byłoby na przykład przy organizacji Euro2012 w którymś z polskich miast. Rankin przedstawia pracę zespołu policjantów trochę mało przekonująco, bo nie ma tu żadnego sztabu zarządzania kryzysowego, nie biegają po mieście antyterroryści. Jest za to inne śledztwo, a właściwie kilka śledztw, które gdzieś się w finale splotą i wyjaśnią.

Najmocniejszym akcentem książki Miecz i tarcza jest właśnie oddanie klimatu wojny w Belfaście. Krótka wizyta Rebusa nie tylko podejmuje ten trudny i nieco w naszym kraju temat z perspektywy dnia dzisiejszego, ale jest punktem wyjścia do rozmowy o historii radykalnego ruchu probrytyjskich protestantów. To temat ciekawy także z punktu widzenia polskiego czytelnika, bo przywykliśmy do tego, że walki toczone w Irlandii są jedynie sprawą działania katolickich bojówkarzy IRA.  Rankin przekonująco i w bardzo atrakcyjnej formie powieściowej pokazuje, że także po drugiej stronie istnieją gotowi na wszystko fanatycy.

Interesujące jest też spojrzenie na biedny Edynburg, na osiedle pełne przemocy, narkotyków, trwałego bezrobocia. Od czasów Trainspotting nikt chyba nie zajmował się w ten sposób mniej zamożną częścią tego pięknego skądinąd miasta. Wcześniejsze śledztwa inspektora Rebusa odbywały się w lepszych miejscach, rzadko zapuszczał się w rejony, gdzie policjanci boją się jeździć i gdzie na chwilę pozostawiony samochód może zamienić się we wrak z małą pomocą młodych chłopaków, którzy nie mają co zrobić z własnym życiem. Owszem, nie ma u Rankina moralizatorstwa w skandynawskim stylu, jest za to kliniczny wręcz opis sytuacji. Dotyka chyba znacznie bardziej niż opisy pochodzące z krajów położonych wokół Bałtyku.

Miecz i tarcza to książka mocna, brutalna, o szybkiej akcji, bardzo powiedziałbym filmowa. Trochę brakuje mi wolniejszego tempa, do jakiego przyzwyczaił nas Rebus, ale to jedyny, bardzo zresztą drobny minus. Innych nie dostrzegłem, za bardzo byłem pochłonięty lekturą. Spróbujcie, a sami się przekonacie.

Leif GW Persson, Ten, kto zabije smoka


Jakoś długo mi zeszło z rozpoczęciem lektury tej książki. Spróbowałem kiedyś raz, wytrzymałem może z pięćdziesiąt stron i się poddałem. Persson pisze dość specyficznie i długi czas po prostu nie miałem ochoty zagłębiać się w jego język, który nieco mnie drażnił. Ten, kto zabije smoka musiał poczekać na swój czas. Wreszcie skończyłem, zupełnie nie żałuję.

Leif GW Persson, Ten, kto zabije smoka

Leif GW Persson,            Ten, kto zabije smoka

Ten, kto zabije smoka opowiada historię w sposób bardzo wciągający czytelnika. Wychodząc od prostego założenia – ot, śmierć starego alkoholika – mnoży zagadki i tropy, by w finale całkowicie zaskoczyć odbiorcę. Kryminalna fabuła jest po prostu znakomita.
Wspomniałem o dość ciężkim w odbiorze języku. Rzeczywiście, nie każdemu może przypaść do gustu. Nieco toporny, pełny zamierzonych powtórzeń i skrótów myślowych, staje się w pełni zrozumiały dopiero gdzieś przy setnej stronie. Kiedy jednak już w niego wejdziemy, okazuje się nie tylko krystalicznie przejrzysty, ale przede wszystkim najbardziej odpowiedni do snucia tej opowieści. Odpowiada rzeczywistości po prostu, jest taki, jak język używany przez nas na co dzień. Zwyczajnie nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale właśnie tak się porozumiewamy z własnym otoczeniem – trzymamy pewne fakty w rezerwie, inne eksponując, jeszcze inne wręcz wbijając naszym rozmówcom do głów. Czasami niedosłyszymy czegoś, niekiedy przez przypadek, niekiedy zaś z premedytacją. Podobnie przebiegają nasze procesy myślowe – skaczemy z tematu na temat, wiążąc częstokroć odległe zdarzenia w nowe ciągi przyczynowo-skutkowe. Persson zdaje się to doskonale rozumieć, stąd też używa właśnie takiej poetyki.

Detektyw w Tym, kto zabije smoka jest również nieprzystający do roli bohatera walczącego o sprawiedliwość za wszelką cenę. To właściwie antybohater, gliniarz za nic mający przepisy, balansujący cały czas na granicy prawa, niekiedy nawet stąpający po tej ciemnej stronie mocy. Nie da się jednak ukryć, że z każdą kolejną przeczytaną stroną darzymy go coraz większą sympatią. Mimo – a może właśnie dzięki – mniej lub bardziej drobnym szwindlom, które po prostu czynią go bardziej ludzkim, wielowymiarowym, zwyczajnym.

Ten, kto zabije smoka to naprawdę dobra książka. Mniej w niej dziennikarskiego ukazywania problematyki społecznej, tak często obecnej w skandynawskiej literaturze kryminalnej. Kwestie społeczne nie są wyrażane wprost, choć grube gangsterskie ryby to imigranci. Persson rozporawia się jednak ze szwedzką policją dużo mocniej niż czynili to Sjowall i Wahloo czy Larsson. W krótkim rozdziale przedstawia historię stworzenia pewnego odznaczenia, które po raz pierwszy otrzymał policjant tłumiących w latach trzydziestych ubiegłego wieku tak zwany „strajk matek”, czyli kobiet walczących o obniżkę cen żywności. Podsumowaniem rozdziału jest wzmianka, że tym samym odznaczeniem uhonorowano Reinharda Heydricha. Czy trzeba więcej dodawać?

Jeśli zatem nie boicie się zmierzenia z dość chropawym językiem narracji, dalekim od tego, do czego przyzwyczaiły nas masowo wydawane książki pisane przez pisarki, sięgnijcie po Tego, kto zabije smoka. Ta lektura na pewno pozwoli popatrzeć na szwedzkie kryminały w nieco odmienny od ustalonego stereotypu sposób.

Leszek Budrewicz, Juliusz Woźny, Odwet


Polski ruch oporu wysadzający pociągi w samym sercu III Rzeszy? Słyszeliście kiedyś podobną historię? Raczej nie, bo temat istnienia grupy „Zagra-Lin” jakoś nie cieszy się dużą popularnością. Do tej pory był znany raczej wąskiej grupie historyków. Od teraz może się to jednak zmienić za sprawą powstałego we Wrocławiu komiksu zatytułowanego po prostu Odwet.

Komiks jest pełnoprawną sztuką – takie stwierdzenie w drugiej dekadzie XXI wieku to właściwie banał. Komiks był nią od zawsze, podobnie jak był także narzędziem edukacji, czy nawet propagandy politycznej. Od kilku lat odkrywamy w Polsce tę prawdę po raz kolejny. Zapoczątkowaną przez Muzeum Powstania Warszawskiego moda na komiks historyczny zaczyna pociągać coraz więcej autorów i wydawnictw. Jednym z nich jest wrocławski Ośrodek Pamięć i Przyszłość. Odwet  jest ich czwartym komiksem, jak dotąd ukazały się graficzne opowieści Orędzie o słynnym liście polskich biskupów, 1241 o oblężeniu Wrocławia przez Mongołów i Wrocław. Komiksowy spacer, czyli przewodnik po Wrocławiu, przytaczający również sporo informacji o historii miasta. Ponieważ „Zagra-Lin” wykonała akcję dywersyjną na Dworcu Głównym ówczesnego Breslau, kolejny komiks świetnie wpasowuje się nie tylko w propagowanie historii Armii Krajowej, ale także tej lokalnej, jaką zajmuje się w swej codziennej pracy Ośrodek.

odwet

Odwet został napisany przez autorski duet. Leszek Budrewiczprzygotował scenariusz, Juliusz Woźny narysował całą tę arcyciekawą historię. Już okładka zapowiada zawartość tej cienkiej książeczki. Dominująca czerń pokazuje nie tylko metaforyczny mrok czasów wojny, ale kieruje nasze myśli w stronę komiksu wywodzącego się z nurtu noir. Nawiązania do kreski Franka Millera wydają się oczywiste, ale niesprawiedliwością byłoby patrzeć na rysunki Woźnego tylko poprzez ten pryzmat. Widać bowiem wielokrotnie, że rysownik ma swój własny, oryginalny styl. Co więcej, w graficznych przedstawieniach historycznych wydarzeń odznacza się ogromną dbałością o detale. Odkrywanie tych – z pozoru niewielkich czy może nawet dla wielu nieistotnych – drobiazgów stanowi jedne z najprzyjemniejszych chwil lektury.

Budrewicz wcale nie ustępuje klasie Woźnego. Oszczędne opisy wydarzeń i jeszcze krótsze dialogi mogą wydawać się mało finezyjne, właściwie w niewielkim stopniu wymagające od czytelnika czegoś więcej niż prześledzenia liter wzrokiem. Jednak jest sztuką zawszeć w kilku słowach istotne kwestie, które nie zostały wyrażone obrazem. Nie można nie docenić subtelnego poczucia humoru autora, objawiającego się na przykład w scenie ukrywania bomby w dworcowej toalecie. Polski żołnierz armii podziemnej czyta na ścianie napis „Ernst Thalmann” i zastanawia się, kim on, u licha, jest. Takich subtelnych i zawoalowanych scen jest w Odwecie znacznie więcej, ale radość ich odkrywania warto pozostawić czytelnikom.

Co z samą historią? To fascynująca opowieść o tym, jak niewielka, kilkunastoosobowa grupa żołnierzy Armii Krajowej walczyła na jednym z najtrudniejszych frontów II wojny światowej. Polski ruch oporu prawdopodobnie był jedynym, który przeprowadzał swoje akcje na terenie III Rzeszy. Trzykrotnie urządzono zamachy bombowe w samym Berlinie, wysadzono pociąg na Dworcu Głównym w Breslau, podłożono także bombę w kasynie oficerskim w Rydze. Dowódcą tego oddziału AK był por. Bernard Drzyzga ps. „Kazimierz 30”, „Jarosław”, a jego zastępcą Józef Lewandowski, ps. „Jur”. Świetnie mówiący po niemiecku, od lat żyjący na Śląsku, pod przykrywką pracowników firm budowlanych mogli w miarę swobodnie podróżować po całej III Rzeszy, a ich bagaże rzadko były sprawdzane. Dzięki temu, a także wzorowej organizacji własnej pracy, nikt z członków grupy nie został nigdy ujęty przez Niemców, nawet pomimo wyznaczenia nagrody 10 tysięcy marek za każdego członka grupy. Niestety, po tragicznej wpadce blisko dziewięćdziesięciu członków AK podczas ślubu por. Mieczysława Uniejewskiego i Teofili Suchanek, oddział „Zagra-Lin” został rozwiązany, choć żaden z jego członków nie został aresztowany. Bernard Drzyzga znalazł się w Łodzi, a potem w strefie okupowanej przez aliantów.

Historia z całą pewności sensacyjna, a jednak pozostawiona sama sobie i garstce najbardziej dociekliwych historyków. W idealnym świecie mielibyśmy kilka lub nawet kilkanaście książek na ten temat, na pewno też minimum jedną ekranizację. W rodzimych warunkach historia oddziału Bernarda Drzyzgi nawet nie zasłużyła na dwudziestominutowy program telewizyjny. Jak widać zbyt mała to sensacja XX wieku.

Można też patrzeć na tę historię współcześnie. Opowieść ta przecież bez wątpienia wpisuje się w wzbierającą falę dyskusji o „polskich terrorystach”. Kiedy dziś potępiamy ataki bombowe przeprowadzane w miejscach publicznych, częstokroć nie wiemy, jak odnieść się do tego, że polscy bojownicy o Niepodległą używali tych samych metod w walce z okupantami. Rodzą się także pytania o moralną odpowiedzialność za represje, jakie spadały na społeczeństwo po zamachach i akcjach dywersyjnych. Trzeba w tym miejscu zatem mocno podkreślić, że w przypadku oddziału „Zagra-Lin” nie były to kwestie w ogóle brane pod uwagę. Wszak nie represjonowano w Berlinie mieszkających tam Niemców. Co więcej, wydźwięk takich akcji działał na morale obu stron – wzmacniając polskie osłabiał jednocześnie niemieckie, bo przecież strach musiał budzić się w mieszkańcach Berlina czy Breslau po tym, jak na ich dworcach kolejowych wybuchały bomby.
Odwet to dobrze napisana i narysowana opowieść o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych do przeprowadzenia. To także opowieść o tym, że polski ruch oporu powodów do chwały ma setki. Ale to przede wszystkim zwrócenie uwagi szerszej publiczności na zapomniane akcje Armii Krajowej. Kto chce poznać szczegóły, musi po prostu komiks przeczytać. Może to zrobić nawet w tej chwili, ponieważ komiks jest dostępny online.

Krzysztof Beśka, Pozdrowienia z Londynu


Przyznam szczerze, że bardzo długo zwlekałem z lekturą drugiej części cyklu „łódzkiego” autorstwa Krzysztofa Beśki. Główną przyczyną tej zwłoki było moje niejakie rozczarowanie otwierającym cykl Trzecim brzegiem Styksu. Zbyt wiele w tamtej książce odnajdywałem mocno nużących fragmentów o architekturze, topografii i życiu „polskiego Manchesteru”, co sprawiła, że lektura stawała się ciężka. Miałem wrażenie, że autor uległ temu samemu grzechowi, któremu poddało się tak wielu przed nim (i po nim też!) z licznego przecież grona podejmujących próby stworzenia ciekawego kryminału retro. Informacje są ciekawe i mogą interesować czytelnika, zgoda, ale muszą wynikać jakoś z fabuły, a najlepiej byłoby gdyby popychały akcję do przodu. Jeśli tak się nie dzieje, to zaczyna być po prostu nudno. Do tej pory pamiętam lekturę książki Anety Ponomarenko, u której na bodajże trzeciej stronie powieści stróż zamiatający ulicę snuje rozmyślania o historii budynku mieszczącego teatr, łącznie z nazwiskami jego projektantów, kosztami budowy i klasyfikacją stylu. Pomijając fakt, że pod koniec wieku w Kaliszu stróż raczej nie czytałby gazet, sam opis jest po prostu nudnawy i nie zachęca do przejścia do strony czwartej, nawet jeśli kryminalna zagadka okazuje się frapująca. Podobne pasusy w Trzecim brzegu Styksu nie zachęcały mnie do sięgnięcia po kolejną część przygód Stanisława Berga. Cóż, nie doceniłem autora.

Krzysztof Beśka, Pozdrowienia z Londynu

Krzysztof Beśka, Pozdrowienia z Londynu

Muszę w tym miejscu przyznać, że Pozdrowienia z Londynu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Zamiast przydługich opowieści o wyglądzie łódzkiej ulicy AD 1892, jest szybko krocząca do przodu akcja. Opisy są, ale właśnie wynikają w jakiś sposób z akcji, umotywowane fabułą stanowią jej kostium, nie dominując w tak wyraźny sposób. Niezależnie od tego, czy znajdujemy się w fabryce czy szulerni, to ludzie są głównymi aktorami. Dzięki temu mamy powieść, nie przewodnik po dawnej Łodzi. Jednocześnie jest to powieść retro z prawdziwego zdarzenia, posiadająca odpowiedni klimat. Jest po prostu dobrze, proporcje zostały zachowane, czytelnik może po prostu rozkoszować się lekturą.

Fabuła powieści też powinna zadowolić nawet najbardziej wybrednych miłośników powieści kryminalnej. Autor po raz kolejny sięgnął po motyw już ograny, ten użyty w Pozdrowieniach z Londynu jest chyba najbardziej znany z możliwych, bo któż nie słyszał o słynnym londyńskim mordercy? Ambitne to zadanie, bardzo łatwo polec w tym boju. Wypada w tym miejscu pogratulować Krzysztofowi Beśce udanego zmierzenia się z legendą. W tym pojedynku polski pisarz okazuje się zwycięzcą. Intryguje na tyle sprawnie, by przykuć uwagę czytelnika jednocześnie wodząc go za nos. Za to przecież kochamy kryminały, prawda?

Można znaleźć jakieś słabsze elementy powieści, trzeba jednak czytać uważnie. Największym chyba jest nadto kwiecisty język, jakim posługuje się Beśka (ten grzech wyznaje sam autor na swoim blogu). Do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego ojciec ukochanej Berga „odbył studia”. Niemniej jednak autor nie męczy nadmiernie swojego czytelnika, tym bardziej że udaje mu się snuć ciekawą intrygę, która skutecznie odciąga uwagę od pisarskich potknięć.

Przyznaję też, że czekam z dużą niecierpliwością na zapowiadaną już kolejną część cyklu, Dolinę Popiołów. Jeśli Krzysztof Beśka utrzyma zwyżkujący poziom, możemy spodziewać się czegoś naprawdę godnego uwagi. Pozdrowienia z Londynu udowodniły, że to pisarz o bogatej wyobraźni i dużej sprawności fabularnej. Warto poświęcić chwilę i sprawdzić to na własną rękę.