Miesiąc: Listopad 2014

Swietłana Aleksijewicz, Ostatni świadkowie


Parady wojskowych, teksty piosenek w rodzaju „jak to na wojence ładnie”, a także legenda polskiego rycerstwa i waleczności sprawiają, że często zapominamy o okropieństwach wojny, o tym co w niej najstraszniejsze i najgorsze. Swietłana Aleksijewicz, białoruska pisarka i dziennikarka, dba o to, byśmy tę  pamięć ocalili. W swojej wcześniejszej książce zatytułowanej Wojna nie ma nic z kobiety opowiadała o wojennych historiach kobiet, przywołując tak często zupełnie pomijane obrazy działań militarnych z udziałem pań. Tym razem przyszła pora na wspomnienia dzieci. Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy to wstrząsający zapis ludzi, którzy przeżyli II wojnę światową w wieku kilku bądź kilkunastu lat.

Swietłana Aleksijewicz, Ostatni świadkowie

Swietłana Aleksijewicz, Ostatni świadkowie

Pomysł autorki na książkę jest prosty, ale ta prostota jest jej siłą. Aleksijewicz przeprowadziła kilkaset wywiadów z dorosłymi już mieszkańcami Białorusi na temat tego, jak zapamiętali lata 1941-1944, lata niemieckiej okupacji tych terenów. Wywołała tym samym w swoich rozmówcach duchy przeszłości, z którymi niektórzy z nich nie poradzili sobie przez całe życie. Bohaterowie książki mówią: „już nie chcę, nie mogę o tym mówić, po co wspominać?” lub nawet „nie mogę, chce mi się płakać”. Zrozumiałe to przecież emocje u kogoś, kto przywołuje dzień, w którym najpierw cudem ucieka z matką i siostrą z konwoju idącego na rozstrzelanie w białoruskich lasach, a następnego dnia chowa własną matkę przy pomocy swojej babci. Pełno zresztą takich scen – osierocenie, błąkanie się po wsiach lub lasach, głód, zimno, wszy i śmierć dookoła. Wiele z przedstawionych historii zawiera opisy lęków i strachów, które minęły lata po wojnie lub nawet zostały na zawsze w tych ludziach.

W książce przewija się kilka podstawowych wątków, jednoczących niejako losy osób, których dzieciństwo przypadło na czas niemieckiej okupacji. Przede wszystkim głód, on towarzyszy wszystkim i zawsze, przez trzy lata wojny. Dla mnie najbardziej wstrząsająca była scena jedzenia jednego jajka na trzy osoby, ale takich wspomnień jest naprawdę sporo. Zaraz obok głodu stoi samotność, sieroctwo, brak bliskich. Jedne z dzieci zostają gdzieś przygarnięte przez instytucje (domy dziecka), inne znajdują schronienie u obcych ludziach na wsiach, jeszcze inne zostały na początku wojny wywiezione na Daleki Wschód. Są też i wspomnienia wywiezionych przez Niemców, do obozów koncentracyjnych lub w pobliże wojskowych szpitali, gdzie służyły jako magazyny krwi dla niemieckich kuracjuszy. Ówcześnie w Niemczech sądzono, że krew dzieci do lat pięciu znacznie przyśpiesza proces rekonwalescencji rannych żołnierzy, zatem korzystano z tych porywanych na wschodzie.

Są w Ostatnich świadkach opisy straconych lat, spędzonych z dala od szkoły i rodzinnego, szczęśliwego domu. Lata wojny to dla wielu przede wszystkim czas wytężonej pracy w fabryce lub na roli, na równi z dorosłymi, bez możliwości kontynuowania nauki. Przeczytamy także i o „dzieciach pułku”, czyli kilkunastoletnich chłopcach, którzy większość wojny spędzili w oddziałach wojskowych, tych partyzanckich i tych będących częścią regularnego wojska.

Książkę czyta się trudno, z każdą stroną coraz bardziej i bardziej. W pewnym momencie jej lektura zaczyna czytelnika po prostu uwierać.  Ten wyraźnie odczuwany dyskomfort nie jest powodowany samym faktem przesycenia wyobraźni odbiorcy okropieństwami wojny. Jest w tym zbiorze dziesiątek – a może nawet i setek – głosów coś odrobinę niepokojąco fałszywego. Wydaje się, że autorka sama w pewien sposób nie potrafiła unieść tej dziecięcej traumy, o której tak wiele usłyszała podczas zbierania materiałów do książki. W efekcie jej wybory, sposób prezentacji każdej wypowiedzi zaczynają układać się w zlepek tych samych, powtarzanych bez końca fraz, ułożonych w coraz bardziej jednostajnie brzmiący głos. Wszystkie historie zaczynają się do siebie upodabniać, co odbiera im siłę wyrazu, tak zdecydowanie wstrząsającą odbiorcą na początku lektury. Być może zaś jest i tak, że po prostu nie jesteśmy w stanie przyswoić więcej cierpienia, że nasz umysł ma pewną pojemność, poza którą rzeczywiste ofiary zamieniają się w statystyczne liczby.

Ostatni świadkowie. Utwory solowe rozpisane na głos dziecięcy są – mimo wspomnianego wyżej schematyzmu – książką niezwykłą, wartą uważnej lektury. Powinniśmy ją czytać i o niej rozmawiać przede wszystkim dziś, gdy coraz bliżej naszych granic toczy się wojna. Być może nie jesteśmy w stanie jej powstrzymać, ale za to będziemy mocniej próbować.

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie kanapa.it

Reklamy

Ann Cleeves, Ukryta głębia


Niemal każdy zna literackie przedstawienie postaci stereotypowego detektywa – mężczyzna po przejściach, w wieku średnim, samotny, nadużywający alkoholu, żonaty z własną pracą. Nierzadko ścigają go demony z przeszłości. Mało w literaturze kryminalnej kobiet wpisujących się w ten schemat. Jeśli już kobiety prowadzą śledztwa, ich osoby są przeważnie obdarzone niepoślednią inteligencją i równie nieprzeciętną urodą. Detektyw Vera Stanhope jest natomiast postacią niemalże wyjątkową, bo unika tego wyświechtanego schematu. Powieści o jej dochodzeniach doczekały się ekranizacji, dzięki czemu możemy i my przeczytać te historie, wydawane przez wydawnictwo Amber. Uprzejmie donoszę, że warto.

Ann Cleeves, Ukryta głębia

Ann Cleeves, Ukryta głębia

Ukryta głębia wprowadza nas w ten specyficzny nastrój angielskiego prowincjonalnego życia, które toczy się leniwie i jakby od niechcenia. Tę egzystencję można chyba najtrafniej porównać do życia morza. Na powierzchni nie dzieje się wiele, a to, co istotne, ukrywa się w głębinach. Relacje między bohaterami tej książki są właśnie takie – złożone i skrywane. Autorka analizuje zbrodnię wpisaną w dość klasyczny w gruncie rzeczy schemat. W tym wypadku Vera przypomina najlepsze dochodzenia panny Marple. Rozmowy z ludźmi zamieszkującymi małą społeczność, odkrywanie kolejnych warstw powiązań i skrywanych tajemnic musi prowadzić do rozwikłania tajemniczej śmierci i ujęcia sprawcy. Cała istota popełniania – a także i odkrywania przecież – zbrodni opiera się najmocniej na psychologii, na empatii, na zrozumieniu pobudek postępowania innych.

Przywołałem tu miss Marple nie bez powodu. Ann Cleeves zdaje się postrzegać świat bardzo podobnie do swej wielkiej poprzedniczki, Agathy Christie. Autorka Ukrytej głębi zdaje się również uważać, że w małych społecznościach, gdzie ludzie przecież nie są anonimowymi mieszkańcami wielkich metropolii, wszystko odbywa się w dość tradycyjny sposób. Życie ma określone tory, podobnie ma się rzecz ze śmiercią, także tą gwałtowną i zadawaną przez innych Najczęściej zatem zabija ktoś bliski ofierze, najczęściej też motywami są pieniądze, zawiedzione uczucia, zazdrość lub zwykły przypadek. Dlatego też Vera Stanhope słucha uważnie, patrzy równie wnikliwie i zawsze znajduje sprawcę.

Wspomniałem już, że postać Very jest zupełnie nietypowa. Duża, mało pociągająca kobieta jest twarda niczym skała, a jednocześnie niesie w sobie głęboko ukrytą wrażliwość, jaką na ogół przypisuje się kobietom. Samotna i pogodzona właściwie z losem, sporo czasu poświęca na rozpamiętywanie swoich pogmatwanych relacji z ojcem – tyranem. Można się domyślać, że oprócz kolejnych spraw kryminalnych kolejne tomy serii przyniosą także odkrycie tajemnicy bądź tajemnic dawniejszego życia samej Very Stanhope. Jej twórczyni udało się nakreślić osobowość wyjątkową i zwyczajną zarazem. Wyjątkowa inteligencja, postura czy bezkompromisowość tworzą świetną całość ze zwyczajnym wpisywaniem się w policyjny stereotyp detektywa. Jeśli dodamy do tego wspomnianą kobiecość – kierowanie się emocjami i przeczuciami, ogromne współczucie dla ofiar i wyrozumiałość dla ludzkich słabości, otrzymamy prostą odpowiedź na źródło fenomenalnej popularności książek Ann Cleeves. Jej bohaterka jest po prostu prawdziwa i tyle.

Kto lubi ten specyficzny rodzaj angielskiego kryminału prowincjonalnego – w rodzaju nie tylko starszej pani z powieści Agathy Christie ale także na przykład Morderstw w Midsomer, jak najszybciej powinien sięgnąć po powieści Ann Cleeves. Telewizyjny serial również wart jest polecenia. I tylko żal, że przygody nietuzinkowej pani detektyw poznajemy od części trzeciej. To już jednak wina wydawnictwa Amber, nie samej autorki przecież.

Cokoły i pojedynki


Ostatni internetowy flejm, jaki wywołał Konrad T. Lewandowski, obfituje w prześmieszne i kuriozalne momenty. Argumenty jednej i drugiej strony są czasem prawdziwe, ale większość tak kuriozalna, że szkoda czasu na czytanie podobnych wynurzeń. Nie zamierzam więc cytować, opowiadać się po jakieś stronie czy agitować. Chcę za to niejako na marginesie przypomnieć o tym, o czym niewiele osób zdaje się w ogóle pamiętać. Za ten stan rzeczy odpowiada szkoła, brak powszechnej wiedzy o życiu literackim i ogólnym spadku kultury czytelniczej. Szkoła jest niereformowalna, kulturą zajmuje się pewna sieć handlowa, z wiadomym zresztą skutkiem. Pozostaje jedynie przypominać o czymś takim jak życie literackie właśnie. Skoro jednak to osławione życie literackie przeniosło się do rzeczywistości wirtualnej, warto przypomnieć o dwóch istotnych kwestiach w formie elektronicznej. Być może nawet ma to sens.

Wydaje mi się, że po pierwsze problem wyrasta z naszego poczucia ważności figury pisarza czy też, jak dawniej mawiano, literata. Wciąż jeszcze wielu ludzi w naszym kraju uważa, że twórca to właściwie z automatu wielki autorytet społeczny, moralny i w ogóle chodząca doskonałość. Wystarczy poczytać choćby Andrzeja Pilipiuka (felietony, nie prozę), by zobaczyć, że spustoszenie uczynione wielu pokoleniom Polaków przez umiejętną autoprezentację Henryka Sienkiewicza wcale nie zmalało. Podchodzimy nabożnie wręcz do tego czy innego stukacza w klawiaturę, nie myśląc wcale o tym, że nawet wśród autorów lektur szkolnych mamy naprawdę dziwnych osobników. Villon to złodziej i morderca, Dostojewski hazardzista, pijaków możemy liczyć na tuziny i kopy, samobójców, wariatów, degeneratów wszelkiej maści też jest sporo, kiedy się uważnie przyjrzeć biografiom. W szkole się przeważnie o tym milczy, dzieciom i młodzieży musi wystarczyć biograficzna laurka i solenne zapewnienie o tym, że „Słowacki wielkim poetą był”. No, jak był wielkim poetą (to prawda) to i wielkim człowiekiem. Tak wychowywane społeczeństwo nie pomyśli złego słowa o pisarzu. Co więcej, obruszy się okropnie w chwili, gdy z ust pisarza usłyszy swojskie: „wypierdalać”. Uszy i policzki spłoną rumieńcem, a z ust wydobędą się jedynie słowa świętego oburzenia. Im szybciej zaczniemy młodzieży wybijać z głów kryształowe postaci z cokołów, tym lepiej dla wszystkich będzie.

Punktem drugim jest stosunek pomiędzy twórcą a krytykiem. Pomińmy istotę sporu o to, czy blogerska brać pisze dobrze czy źle, choćby w sensie warsztatowym, nie tym subiektywnym i oceniającym. Dawniej były inne warunki, dziś każdy z dostępem do internetu może kreować się na osobę, która o literaturze może wydawać uprawnione sądy. I bronić się tym, że przecież opinia czy recenzja to subiektywna ocena produktu jakim jest książka. Idąc tym tropem mógłbym zostać krytykiem kulinarnym, choć o gotowaniu mam mierne pojęcie.

Do rzeczy jednak. Od zawsze istniała wojna pomiędzy tworzącymi artystami a oceniającymi ją osobami. Niekiedy dochodziło do pojedynków wręcz (choć przeważnie obie strony były zbyt pijane, by zafundować drugiej kontuzję lub śmierć). Wystarczy jednak sięgnąć po opisy rzeczywistości literackiego światka II RP by zauważyć, że dzisiejsze czasy są bardzo pod tym względem łagodne. Wystarczy poczytać trochę inwektywów w stronę Tuwima, Słonimskiego, Lechonia czy Boya, poczytać ich odpowiedzi, by ze zdumieniem skonstatować, że podobne dzisiejsze afery wzbudziłyby w wielkich naszej literatury jedynie pobłażliwy uśmiech. Kto nie wierzy, niech próbuje na własną rękę przekonać się, że fale nienawiści wcale nie wezbrały w tym kraju dopiero po podłączeniu wtyczki kabla łączącego nas z globalną wioską.

Głupota jest nieuleczalna, ale nikomu jej nie zarzucam. Merytoryczne przygotowanie autora serii kryminałów retro także nie budzi we mnie najmniejszej wątpliwości. Raczej winię ograniczenia wynikające z niewiedzy słynnych „gęsi” lub zwyczajnego lenistwa umysłowego, które każe wszystkim emocjonować się burzą w szklance wody, w dodatku wirtualną i bez znaczenia. Żeby się dobrze spierać o literaturę też trzeba mieć o niej jakieś pojęcie. Wówczas dopiero można toczyć pojedynki i zrzucać z cokołów. Wtedy to będzie huk. Wtedy to będzie się działo. Na razie naprawdę nie ma czym się emocjonować.

Rebecca Pawel, Śmierć nacjonalisty


Hiszpańskie realia powieści kryminalnej są w naszym kraju niezbyt częste. Z tym większą ochotą biorę zawsze do ręki książki, które rozgrywają się na półwyspie Iberyjskim. Rebecca Pavel co prawda jest Amerykanką, ale realia hiszpańskiej stolicy przedstawia z godną podziwu starannością. Jej zadanie jest tym trudniejsze, że Śmierć nacjonalisty rozgrywa się tuż po ustaniu wojny domowej, która mocno wyniszczyła cały kraj.

Rebecca Pawel, Śmierć nacjonalisty

Rebecca Pawel, Śmierć nacjonalisty

Książka rozpoczyna się – jak na dobry kryminał przystało – od znalezienia zwłok. Mała dziewczynka, wracająca do domu ze szkoły, odkrywa zwłoki gwardzisty Franco. Śmierć policjanta wstrząsa nią tak bardzo, że gubi zeszyt i ucieka. W domu żali się swoją stratą, bo wszak tużpowojenne szkoły dają jeden zeszyt na cały  rok. Jej ciotka, była republikanka, nie waha się ani chwili i postanawia odzyskać stracony zeszyt. Kiedy dociera na miejsce i klęka obok zwłok by podnieść cenny dla małej przedmiot, nadchodzi patrol gwardzistów. Jeden z nich nie ma żadnych wątpliwości – to kobieta zabiła. Bez wahania strzela jej w głowę. Od tego momentu sytuacja się tylko komplikuje. Gwardzista zaczyna mieć rozterki co do winy zabitej przez siebie kobiety. Z drugiej strony pojawia się mąż zabitej, który nie zważając na nic – jest zbiegłym rewolucjonistą – wychodzi z ukrycia i stara się odnaleźć mordercę swojej kobiety. Ich losy w końcu się przetną.

To książka nierówna i nieco poszarpana, trochę jak Madryt, jaki opisuje. Akcja przyśpiesza i zwalnia, zmieniają się perspektywy narratora, wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Ciekawa naprawdę intryga co chwilę robi nie tyle zwrot co ujawnia, że w otwartym pudełku zawiera się kolejne pudełko z tajemnicą. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i ostatnie wydarzenia opisane w powieści w ogóle nie wynikają z tego, jak ścieżka rozwoju bohaterów się toczyła. Wygląda to raczej na budowanie jakiegoś szczęśliwego zakończenia niemal na siłę, Przez to Śmierć nacjonalisty dużo straciła w moich oczach.

Ciekawe czasy są ukazane przez Pawel w ciekawy sposób. Sposób prowadzenia narracji, słowa wypowiadane przez bohaterów nie pozostawiają wątpliwości co do tego, po której stronie politycznego spektrum lokowane są sympatie autorki. Jej republikanie – zdecydowana większość w książce – przegrali, ale uczynili to wszystko w słusznej sprawie. Moralne zwycięstwo należy zatem do nich.

Postać sierżanta Tejady, gwardzisty Franco, nie jest jednak jednoznacznie potępiona. Autorka być może nie tłumaczy jego zachowania w pełni, ale stara się zrozumieć także sposób myślenia przeciwników Republiki. Na ile jej to wychodzi? Chyba udało jej się przekonać czytelników do tego, że również po stronie faszystów mogli znajdować się ludzie ideowi. Jej bohater jest sympatyczny, troszczy się o kobiety i dzieci, jest wyrozumiały dla podwładnych i stawia dojście do prawdy na pierwszym miejscu. Wszystko to sprawia, że budzi naszą sympatię po prostu.

Śmierć nacjonalisty to zgrabnie opisana historia splątanych losów tragicznych w skutkach lat wojny domowej. Ciężkie czasy nie sprzyjają sprawiedliwości, ale można próbować ją wymierzyć. Dla tej wiary w oczyszczającą moc prawdy warto tę książkę przeczytać.

Michael Katz Krefeld, Wykolejony


Starszy, na oko mniej więcej pięćdziesięcioletni mężczyzna, żyjący samotnie na starej łodzi, wyrzucony z policji za jakieś przewinienia, powoli zapijający swoją rozpacz po śmierci ukochanej kobiety. Znacie? No to posłuchajcie.

Michael Katz Krefeld, Wykolejony

Michael Katz Krefeld, Wykolejony

Wykolejony to historia losów trzech osób. Masza zostaje sprzedana za długi własnego chłopaka i próbuje wyrwać się z zaklętego kręgu prostytucji. Każda z tych prób kończy się niepowodzeniem, przez co życie Maszy staje się coraz większym piekłem. Thomas „Ravn” Ravnholdt jest przymusowo urlopowanym detektywem kopenhaskiej policji, załamanym po zabójstwie żony. Nie robi nic poza powolnym zapijaniem się na śmierć. Ostatnią osobą dramatu jest seryjny morderca, opętany stworzeniem idealnej ludzkiej mumii. Ich losy splotą się razem, a my doświadczymy kilku godzin godziwej rozrywki.

Krefeld nie odkrywa nowych terytoriów, nie igra z gatunkiem jak choćby nasz rodzimy poeta Marcin Świetlicki. Autor Wykolejonego pracuje zupełnie inaczej, on po prostu chce opowiedzieć dobrą historię. Jeśli miałbym w tym miejscu wskazać kogoś o podobnym stylu pisania spośród polskich twórców, to byłby to zapewne Marek Krajewski. I nie chodzi tu o to, że duński pisarz również tworzy literaturę kryminalną w stylu retro. Nie, wzajemne podobieństwo tych dwóch – odległych od siebie twórców – polega na czymś zgoła innym. To rzemieślnicy, poważnie podchodzący do swej pracy. Żaden z nich prochu nie wymyśli, ale na pewno postara się nie zawieść swoich czytelników.

Przyzwyczailiśmy się do tego, by w każdej skandynawskiej powieści szukać społecznych wątków, dostrzegać krytykę społeczną, piętnującą wszelkie wady pozornie sprawiedliwej i opiekuńczej socjaldemokratycznej wspólnoty, otwartej na innych i żyjącą we względnym dobrobycie. Michael Krefeld zajmuje się w Wykolejonym problemem prostytucji. Wynik jego starań jest jednakże cokolwiek rozczarowujący.

Duński pisarz postanowił pójść w stronę szokowania swych czytelników. Robi to w sposób dość banalny – epatuje dosadnymi opisami ciężkiego życia prostytutek. Jego bohaterka przechodzi całą drogę kariery typowej dziewczyny sprzedającej swoje ciało – od luksusowej call girl do bycia żywym materacem w najbardziej niebezpiecznym miejscu w Sztokholmie. W jej losie odnajdziemy jednak całą masę stereotypów, uprzedzeń i złośliwości, przedstawionych przez autora mocno schematycznie. Handlem kobietami zajmuje się oczywiście gang imigrantów z południa Europy. To Albańczycy, Serbowie, Chorwaci, żaden z rodzimych gangsterów nie występuje w ogóle na kartach powieści, a brutalnością największą odznacza się grupa byłych żołnierzy z czasów wojny w Jugosławii. Duńczyk nie zauważa również ciemnych stron własnej stolicy, cały brud kierując w stronę pobliskiego Sztokholmu. Nie sposób nie zauważyć, że to coś w rodzaju szpilki wtykanej przez złośliwego chłopca swoim sąsiadom z ławki obok w trakcie nudnej lekcji.

Rezultat końcowy tego szokującego przedstawienia problemu istnienia niewolnictwa seksualnego jakoś niezupełnie przekonuje. Jeśli ktoś chce poznać naprawdę przerażającą powieść kryminalną o losie sprowadzanych z postkomunistycznych krajów dziewczyn, powinien sięgnąć po powieść reporterskiego duetu Andreas Roslund – Börge Hellström zatytułowaną Dziewczyna, która chciała się zemścić. Nie należy przy tym sugerować się polskim tłumaczeniem oryginalnego Box 21, warto natomiast przyjrzeć się opisanym tam metodom i praktykom handlarzy kobiet. Najbardziej pomocny w tym celu jest rozdział ostatni, będący rodzajem odautorskiego posłowia, w którym znajdziemy autentyczne przykłady tego, jak działa seksualny biznes w stolicy Szwecji. Krefeld znajduje się bardzo daleko od uchwycenia istoty rzeczy.

Można w tej powieści dopatrywać się związków z twórczością Jo Nesbø. A to dzięki niewątpliwemu podobieństwu postaci detektywa Ravna do postaci Harry’ego Hole’a. Atutem Michaela Krefelda jest jednakże naprawdę dobre pisanie w znaczeniu językowym. Możemy zżymać się na pewne rozwiązania fabularne czy mało oryginalny sposób konstruowania postaci, ale na pewno nie sposób zarzucić autorowi Wykolejonego nieumiejętności wciągnięcia czytelnika w świat swoich bohaterów. Z ogromną łatwością pisarz odmalowuje rzeczywistość, a jego bohaterowie mówią jak żywi ludzie. Widać w tym wieloletnie doświadczenie w pisaniu scenariuszy, jakie pisze dla telewizji. Szybkość akcji, oszczędność opisu, budowanie napięcia za pomocą zaledwie kilku linijek to najlepiej widoczne cechy dystynktywne duńskiego pisarza. Lektura jego książki jest bez wątpienia przyjemnością i nietrudno zrozumieć przyczyny jego popularności.

Akcja, jak wspomniałem wyżej, toczy się szybko i sprawnie. Wszystkie zwolnienia jej tempa są dobrze umotywowane, służą przede wszystkim pogłębieniu naszej wiedzy o bohaterach, co dzieje się głównie za pomocą licznych retrospekcji i wspomnień. Jako że postaci są dość schematycznie zbudowane, ich koleje losu również nie będą dla nas zaskakujące, przez co książka traci jako całość. Niemniej jednak warto doczytać do końca, bo zakończenie jest w sumie zaskakujące, dalekie od przewidywalności akcji podczas całej powieści.

Wykolejony to książka po prostu dobra, nic więcej ale też i nic mniej. Nie widać w niej przebłysku geniuszu, raczej efekt ciężkiej rzemieślniczej pracy autora. Niemniej jednak jej lektura pozostawia w nas pewien niepokój, zasiany przez Krefelda nie dzięki szokującym opisom szwedzkiej rzeczywistości, ale raczej poprzez niedopowiedzenie historii detektywa Ravna. Mimo wszystko zżyłem się z nim i chętnie poznam dalsze losy tej powykrzywianej przez los postaci.

Tekst ukazał się na stronie Wywrota.pl

Craig Russell, Zmartwychwstały


Craig Russell, brytyjski autor powieści kryminalnych, tworzy dwa cykle. Pierwszy z nich to czarny kryminał rozgrywający się w Glasgow lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Drugi to tak zwany „hamburski”, gdzie główną rolę odgrywa Jan Fabel, szef wydziału zabójstw. Zmartwychwstały należy właśnie do tego cyklu. Trzeba przyznać, że z książki na książkę czyta mi się Russella coraz lepiej.

Craig Russell, Zmartwychwstały

Craig Russell, Zmartwychwstały

Zmartwychwstały na pozór jest zwykłym thrillerem policyjnym. Fabel i jego ludzie prowadzą śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, który skalpuje swoje ofiary. Z każdą kolejną odkrytą śmiercią strach w mieście narasta, a gazety mianują mordercę przydomkiem Hamburskiego Fryzjera. Jest tak sprytny, że nie pozostawia za sobą śladów. Gra z policją coraz śmielej, posuwając się do bezpośrednich gróźb wobec samego Fabla i członków jego zespołu.

Prawdziwą siłą pisarstwa Russella jest jednak fakt, że stara się on wyjść poza schemat powieści akcji. Ważne dla niego są inne elementy budowania dobrej opowieści. Te starania widoczne są we wszystkich powieściach cyklu, ale w Zmartwychwstałym udało się autorowi połączyć wiele elementów w jedną, spójną historię w sposób bardzo przekonywujący. Od zawsze wielkie znaczenie dla twórcy postaci Jana Fabla ma ukazanie Hamburga i jego historii. Fascynacja tym miastem jest ogromna, niemalże na każdym kroku możemy się o tym przekonać. Opisy całych dzielnic, wspominanie przeszłych wydarzeń, czynią lekturę książki jeszcze bardziej zajmującą. Niezwykle drobiazgowy i emocjonalny opis wielkiego bombardowania miasta z czasów II wojny światowej naprawdę robi wrażenie. Być może niektórzy się zastanowią nad tym, kto naprawdę ponosi winę za to, co się stało, a być może jedynie wzruszą ramionami, stwierdzając, że to wina samych Niemców. Russell nie rozstrzyga, po prostu przedstawia, wnioski pozostawiając czytelnikom.

Kolejną ważną kwestią jest zagadnienie terroryzmu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Zmartwychwstały staje się w ten sposób powieścią aktualną, podejmującą problemy nurtujące od czasu do czasu niemiecką opinię społeczną. Chodzi o fakt, iż wielu dzisiejszych było przed laty zaangażowanych w radykalne lewicowe ugrupowania, często nie stroniące od przemocy. Części z nich udało się ukryć przeszłość i zrobić kariery zawodowe. Problem jest jednak wciąż żywy, o czym przekonał się przed laty Joschka Fischer, który musiał odejść z rządu po tym, jak opublikowano zdjęcie na którym bije policjanta podczas zamieszek sprzed lat. Russell ponownie przedstawia, nie wartościuje, ocenę pozostawiając innym.

Kolejnym istotnym tematem jest kwestia pamięci genetycznej. Niektórzy uważają, że geny są w stanie przenosić informacje. Na poparcie swojej tezy przytaczają badania, które zawierają informacje dotyczące na przykład zwiększonej podatności na choroby wywołane przez stres lub uraz psychiczny u potomków ofiar Holocaustu. Są też historie ludzi, którzy znajdując się po raz pierwszy w jakimś miejscu, poruszali się po nim zupełnie swobodnie. Teoria ciekawa, a na dodatek udało się Russellowi przedstawić ją w dość interesujący sposób.

Fascynacja historią jest zresztą u Russella widoczna od początku cyklu. Nieprzypadkowo  komisarz Jan Fabel z wykształcenia jest historykiem. Pozwala to pisarzowi na kreślenie historycznych i archeologicznych dygresji, dość zajmujących, trzeba przyznać. Jego opisy sprawiają, że nawet osoby nielubiące historii od czasów szkolnych mogą zmienić zdanie.

Zmartwychwstały to naprawdę inteligenta rozrywka na dużym poziomie. Fabularnie i językowo świetna, autor nie zapomina o niczym. Nawet jeśli ktoś nie zna poprzednich części cyklu, nie będzie czuł się zagubiony. Zafascynowany – na pewno tak.

Peter Hook,Nieznane przyjemności. Joy Division od środka.


Joy Division to zespół, który ma dla mnie ogromne znaczenie. Tyle lat słuchania i wciąż jeszcze słucham go na kolanach. Dwie płyty, epka, parę singli, sporo koszmarnie nagranych (i zagranych!) koncertów. I legenda wokalisty, co się powiesił w szafie. Tak czy siak, wspaniała muzyka na listopad.

Książka Petera Hooka, basisty Joy Division, różni się mocno od innych na temat zespołu. W przypadku tych pisanych przez dziennikarzy muzycznych to dość oczywiste, wszak historia opowiedziana przez świadka zawsze będzie się różniła od tego, co napiszą obserwatorzy z boku lub piszący po latach. Różni się też oczywiście od Przejmującego z oddali, autorstwa Deborah Curtis, żony Iana Curtisa. To też zrozumiałe, wszak opowieść żony pozostawianej w domu musi być odmienna od tego, co zapamiętał z tras członek wydarzeń. Sam Hook ma tego świadomość, pisząc kilkukrotnie o tym, że to jest „historia taka, jaką zapamiętałem”, takimże mottem rozpoczynając całą książkę. A biorąc pod uwagę rosnące spożycie alkoholu i innych używek, mógł coś przegapić, prawda?

Właśnie – prawda. Czy w ogóle coś takiego jest możliwe? Pytanie raczej retoryczne, szczegółową odpowiedź pozostawmy raczej filozofom, szczególnie tym zajmującym się filozofią dziejów. Pozostańmy przy opowieści faceta, który miał okazję współtworzyć jeden z najbardziej legendarnych zespołów nie tylko brytyjskiej sceny muzycznej końca lat 70. ubiegłego wieku. Człowiek-legenda w tym przypadku nie jest żadną przesadą, tym bardziej że to właśnie charakterystyczne brzmienie basu stało się jedną z przyczyn ciągłej popularności Joy Division.

Peter Hook, Joy Division od środka

Peter Hook, Joy Division od środka

Książka jest, jaka jest, niczego nie udaje, nie przybiera póz. Demistyfikuje nieco legendę Iana Curtisa, ale czyni to z sympatią i ogromnym wyczuciem. Ikona rocka niezależnego jest tu przedstawiona jako żywy człowiek, normalny młody facet, który chce po prostu fajnie się bawić. Jest też i depresyjna nuta, a jakże, ale również opisana w sposób budzący sympatię czytelnika. Peter Hook nie boi się wspominać o tym, że pozostali (przy życiu) członkowie zespołu czy też ludzie współpracujący z nimi są w dużym stopniu odpowiedzialni za samobójczą śmierć wokalisty. Schorowany, rozdarty między rodzinnymi powinnościami wobec żony i małej córeczki z jednej a chęcią życia w sposób właściwy gwiazdom rocka, Curtis wmawiał kolegom, że jest z nim dobrze, a oni przechodzili nad tym do porządku dziennego. Nawet wówczas, gdy dostawał ataków padaczki podczas każdego niemal koncertu. Oczywiście, basista zespołu sam niejednokrotnie przyznaje, że bycie mądrym po szkodzie jest idiotyczne. Niemniej jednak widać, że trzydzieści lat nie zdołało do końca zmazać swoistego poczucia winy. To chyba dość powszechne wśród bliskich osób, które odeszły śmiercią samobójczą.

Dużą wartością tej książki są kalendaria i opisy poszczególnych utworów na obu albumach grupy. Wszystko to trochę kronikarskie, mocno pisane „pod fanów”, ale niemniej jednak miłe i potrzebne. Po stronie minusów zaś należy odnotować rzeczy zawinione nie tyle przez autora, co przez wydawnictwo Bukowy Las. Ja rozumiem, że oryginalny tytuł czasem się zmienia i że ze względów marketingowych lepiej było umieścić nazwę zespołu na pierwszym miejscu, ale jednak mam pewien niedosyt. Zwyczajnie nie wiadomo, jaki jest prawdziwy tytuł tej książki, co widać w sieci, gdzie znajdziemy obie wersje tytułu. Podobnie rzecz się ma z pracą tłumaczki – nie czytałem książki w oryginale, Peter Hook sam wspomina swoje braki w wykształceniu, ale jednak pewne zdania odznaczają się topornością właściwą jedynie kalkom gramatyki angielskiej w języku polskim. Na szczęście nie ma ich zbyt wiele.

Musze przyznać, że unikałem tej książki przez dość spory czas. Wolę chyba raczej te pisane przez osoby z zewnątrz, wolne od osobistych wycieczek i wywlekania dawnych brudów, jak czynił to choćby były basista Jimiego Hendrixa. Podobnych rzeczy spodziewałem się po Nieznanych przyjemnościach. Faktem jest, że kilka akapitów, rozsianych tu i ówdzie w treści książki, nie do końca przekonuje o bezstronności Petera Hooka. Sam autor ma jednak tę świadomość, pisze wprost o animozjach przeszłych i obecnych wśród byłych kolegów z zespołu. Za takie samokrytyczne spojrzenie, za tę cywilną odwagę przyznania się do własnych słabości należy się – albo przynajmniej powinien należeć się – szacunek. I tego muzykowi Joy Division nie odmawiam. Szczerość i dystans do samego siebie są chyba cechą główną tej publikacji.

Lektura Nieznanych przyjemności jest jednak dużą przyjemnością. Nie wiem, czy książka w jakiś sposób zainteresuje osoby spoza kręgu fanów zespołu, choć może być doskonałym wstępem do zapoznania się z twórczością. Wiem za to na pewno, że dla wszystkich tych, dla których muzyka Joy Division jest w jakiś sposób ważna, to lektura po prostu obowiązkowa.

P.S. Mój osobisty faworyt wśród piosenek Joy Division